| Uwaga! Książka prof. Marii Anny Jarochowskiej "Poza gniazdem. Wizerunki emigrantki polskiej w Kanadzie w XX wieku" jest już do nabycia w Bibliotece Polskiej w Montrealu oraz Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa w Warszawie; można ją także zamówić ONLINE. Dostępne są również krótka ulotka informacyjna oraz spis treści. |
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
PRZEDMOWA
Opracowanie ma charakter szkicu, opartego na różnych źródłach. Pierwszym z nich są wypowiedzi własne Polek i rzadziej Polaków, którzy w różnych czasach przybywali do Kanady, aby tu stworzyć sobie i rodzinie nowe życie. Siłą rzeczy wypowiedzi te - cytaty, pochodzą z biografii, life-writings i dlatego są wyrwane ze swoich kontekstów, stąd potrzeba im tła odpowiadającego najogólniejszym warunkom czasu i miejsca dramatów rozgrywających się na naszych oczach. Drugim źródłem są notatki i obserwacje zebrane przez autorkę podczas jej pobytu w Kanadzie. Trzecim jest anonimowa mini-ankieta z lat 1998/99 oraz rozmaite publikacje polonijne powstałe z okazji rocznic i ich obchodów oraz inne informatory o życiu poszczególnych grup związanych organizacyjnie, a ostatnim publikacje omawiające polityke imigracyjną oraz różne aspekty imigracji do Kanady. W części pierwszej, w miarę rozwijania się narracji, uwaga przesuwa się ze spraw dotyczących czysto fizycznego przeżycia w Nowym Kraju, w którym dosłownie trzeba było wszystko zaczynać od zera, ku sprawom związanym ze stanami uczuciowymi imigrantów próbujących znaleźć w Kanadzie swoje miejsce do życia, a jednocześnie godzić ze sobą dwie różne kultury. W części drugiej opracowania wśród detali życia imigranckiego wypływają problemy związane z przewartościowywaniem przywiezionych norm oraz uczucia i sposoby wypełniania obowiązków wobec przynależności do dwu różnych kulturowo narodowości. Przez tekst przesuwają się postacie Polek własnymi słowami opowiadających o swoich problemach życia w Kanadzie. Najpierw były to żony i córki pierwszych osadników w Preriach, albo służące na farmach lub po miastach. Następnie żony generalicji i dyplomatów- uciekinierki z czasów II wojny światowej. Po nich przybyły do Kanady żony i córki zdemilitaryzowanych na Zachodzie żołnierzy, żołnierki i DiPiski często samotne, które wybrały emigrację zamiast wrócić do Polski, później dołączają emigrantki z Polski Ludowej, a wreszcie pod koniec stulecia, w czasach rozpadania się komunizmu w Polsce oraz niepokojów związanych ze zmianą ustroju i z powstaniem niepodległej III Rzeczpospolitej, opowiadają o swojej emigracji młode kobiety, dla których życie w Polsce straciło swój sens, albo, których emigracja miała charakter polityczny. Asymilacja tych wszystkich kobiet do kultury kanadyjskiej za każdym razem przebiegała inaczej, inne były ich priorytety i inne reakcje na różnice pomiędzy kulturami polską i kanadyjską. W poszukiwaniu równowagi pomiędzy obu kulturami pomocna stała się praca społeczna, z jednej strony wspierająca rodaków na obczyźnie a z drugiej pamiętająca o społeczeństwie w Starym Kraju. Emocjonalne i podświadome przywiązanie do kultury Starego Kraju działało często jako hamulec na drodze do przyswajania sobie elementów nowej kultury, jednocześnie życie wymagało przyswojenia sobie elementów właśnie tej nowej. W rezultacie powstawała swoista mieszanka. Pod wpływem nacisków dnia codziennego, pracy zarobkowej, kontaktów z sąsiadami, urzędami, własnymi dziećmi, które łatwiej przyswajały sobie rzeczywistość Nowego Kraju, Polki automatycznie, a czasami świadomie przystosowywały się do otaczającego je społeczeństwa. Bywała to jednak asymilacja "nieciągła", pełna dziur, przez które przeświecały fragmenty kultury dnia codziennego wyniesione z dzieciństwa spędzonego w Starym Kraju. Skale wartości, normy społeczne, określające stosunki wewnątrz rodziny, formy przyjaźni, stosunek do religii i do hierarchii kościelnej, zasada kategoryczności w osądzaniu bliźnich, pojęcia zasady przyzwoitości, szacunku dla prywatnej własności i tym podobne pojęcia, nagle w otoczeniu nowej kultury nabierały innej barwy. W nowym świetle jawiły się czasami staromodne, lecz trudne do odrzucenia odruchy, święte zasady, albo twarde kategorie osądu, na którym budowany był, a może jeszcze jest nowy prywatny świat imigrancki. Stąd częste wśród imigrantów dylematy wewnętrzne, miotania się w nieprzystających do siebie sieciach kulturowych, próby zrozumienia własnych spontanicznych reakcji, zawsze wysiłek emocjonalny, którego nie znają ci, co żyją w swojej kulturze od zawsze. A wszystko to najczęściej okraszone wiernym towarzyszem emigracji: swoistą imigrancką samotnością Te wewnętrzne burze, to jak określił Benedykt Heydenkorn, sam emigrant z czasów wojny, jest to "uczenie się Kanady", uczenie, z którego większość wyszła zwycięsko, ale niektórzy nie mogli się pozbierać. Stąd subiektywność reakcji poszczególnych imigrantek na nowe otoczenie jest zawsze bardzo różna. Ich skargi lub opinie czasami wydają się błahe, a nawet śmieszne, kiedy indziej są przejmujące w swej bezsilności albo choć rzadziej wręcz odrażające w swym egoiźmie Bo wśród tej masy kobiet, które wypełniały podania o przyjęcie do Kanady na stałe są żony i matki, których celem życia jest dom i wychowanie dzieci, wielkie patriotki i społecznice, są służące szukające w Kanadzie mężów, oddane nauce profesorki szkolne i uniwersyteckie, kobiety kariery zawodowej, ale są także kobiety niedbałe, wyrachowane i wykorzystujące swoich najbliższych, lub zgoła wrogie swoim współrodakom i współrodaczkom, lub nawet społeczeństwu kanadyjskiemu. Są kobiety szczęśliwe dobrze układające sobie nowe życie i głęboko sfrustrowane, gorzkie, ponieważ wyrwane z dawnego rodzinnego środowiska. Emigracja, jak probież, w każdym oddzielnym wypadku zrzucała z nich ochrony konwenansów i odsłaniała prawdziwego człowieka, który krył się pod nimi.
Jednym ze
wspólnych
źródeł dla bardzo wielu wewnętrznych szarpań jest
niewiedza
co to jest emigracja i jaki jest Nowy
Kraj,
a nie fantazje o nim. Mało kto do dziś
zdaje
sobie sprawę, że decyzja emigrowania jest
początkiem
długiego łańcucha zmian, koniecznych, aby życie
w
Nowym Kraju mogło się ułożyć. Przez większą
część
XX wieku imigrantki jechały do Kanady wiedząc o tym
kraju
i jego społeczeństwie bardzo mało lub zgoła nic.
Nawet
w ostatnich dziesięcioleciach ub.
stulecia
bardzo wiele polskich kobiet szło na emigrację, nie
myśląc
co je czeka, ale od czego chcą uciec. Wiele z
nich
nie nadawało się na emigrację i może lepiej by było, aby
jej
nie próbowały. Inne, były może lepiej
poinformowane
o rzeczywistości kraju i ludzi, do których im było
spieszno,
może miały mniejsze opory w przyswajaniu
sobie nowych obyczajów życia i te przeważnie
łatwiej
przechodziły pierwsze lata adaptowania się do Nowego Kraju.
Niektóre imigrantki n
Po latach pobytu
w Nowym
Kraju nachodzą nas czasami
pytania
o sens emigracji. Co pozostało po Starym Kraju?
Jakie korzenie wyrosły w Nowym? Co się stało
ze
moim życiem w Nowym Kraju i kim teraz
jestem? Odpowiedzi na nie są tak
zróżnicowane
jak
charaktery dumających nad nimi. WSTĘP
Zapytała mnie kiedyś jedna z Polek, imigrantek w Kanadzie, co to właściwie oznacza być imigrantem. Dlaczego
niektórzy ludzie mieszkając całe życie poza swoim krajem macierzystym nigdy nie
są imigrantami, a inni stają się
nimi natychmiast po opuszczeniu granic kraju urodzenia. Czy więc jest to stan
umysłu, postawa wewnętrzna człowieka, czy też warunki od niego niezależne,
które czynią z niego
imigranta. Dlaczego o
Polakach mieszkających za granicą mówi
się, że są imigrantami,
a nie mówi się tak
o Francuzach lub
Brytyjczykach?
Natomiast ubodzy Europejczycy
z południa i środkowego wschodu kontynentu,
w tym także Polacy, którzy w początkach XX-go wieku byli
masowo sprowadzani
do Kanady, uważali się za emigrtantów już od chwili
opuszczenia swojej wsi
i gotowi
byli się szybko asymilować do
społeczeństwa i kultury
Nowego Kraju.
Jednak po przybyciu do Kanady ogromna
większość z nich
była traktowana przez Kanadyjczyków jako ubodzy i niemile widziani petenci,
wpuszczeni do Kanady po to,
aby wykonywać najcięższe prace nie zawadzając przy
tym Kanadyjczykom. O
stosunku ludności miejscowej do polskich imigrantów
tak pisze H.
Radecki
i Benedykt Heydenkorn : "Pierwsi
, którzy przybyli,
prekursorzy masowej imigracji polskiej z lat 1896 -
1914 byli przyjęci
z ciekawością i w najlepszym razie zainteresowaniem
ludźmi, którzy byli śmiesznie
ubrani, mówili niezrozumiałym językiem i zachowywali dziwaczne
obyczaje. W ciągu kilku lat wzrastająca liczba przybyszów
spowodowała, że
ciekawość zamieniła się w
niepokój, a następnie w
alarm. Nowo przybywający
byli zbyt dziwaczni! Analfabetyzm
i zacofanie ich
- mogą opóźnić postęp
kanadyjskiego społeczeństwa. Ich obyczaje i tradycje czyniły ich nieodpowiednimi.... do
przyjęcia kanadyjskiego obywatelstwa..." Dalej
ci sami autorzy
piszą Polacy ( i inni Słowianie)
byli uważani za ignorantów, okrutnych,
brudnych, niecywilizowanych ludzi często wybuchających nieusprawiedliwioną
złością, co dla agencji /w
domyśle - rządowych/ było w
najwyższym stopniu
denerwujące. Zwyczaje i
tradycje, z których oni byli dumni były uważane za
obrażające, pogardzano nimi.
Było ogólnym
przekonaniem, że ci ludzie nadają się jedynie do
prymitywnej pracy fizycznej w rolnictwie, przy budowie dróg, wydobyciu węgla i w
podobnych pracach wykonywanych pod kontrolą i kierownictwem
Kanadyjczyków. "[2]
Oni sami
natomiast gotowi byli ciężko pracować aby ziścić sny, z którymi płynęli do
Kanady. Kanada jednak nie zamierzała im pomóc
w tych marzeniach. Zostali przecież przyjęci jako siła robocza
potrzebna do realizacji wielkich
planów rozwoju kraju, albo
jako pionierzy-osadnicy na
bezludnych kanadyjskich
preriach, właśnie otwartych,
ale to nie oznaczało, że mają mieć te
same prawa co lokalna ludność. Wielu bowiem uważało, że Galicians nie
są odpowiednim materiałem na obywateli kanadyjskich. Obietnice agentów
imigracyjnych werbujących w
Europie z reguły były przesadzone. Na naiwnych wieśniakach
"z Galicji" lub innych części
Polski pod rozbiorami zaczynano żerować od momentu opuszczenia rodzinnej
wsi. Roiło się od austro-węgierskich i niemieckich
urzędników, którzy
wymagali łapówek na wydanie zgody na
wyjazd, na podróż koleją . Agenci podróży, lekarze sprawdzający ich stan
zdrowia, obsługa jadłodajni, w których emigranci
stołowali się podczas podróży, aż po załogi
statków,
którymi odpływali z
Europy wykorzystywali
naiwność
wieśniaków pierwszy raz
udających się "za morze". Tak samo zresztą postępowali cwaniacy
w miastach Kanady wyciągając
emigrantom ostatnie
grosze z kieszeni.[3] Prace do których byli zakontraktowani, jak cięcie
drzew w lasach, budowa
dróg i linii kolejowych, lub
wydobycie węgla były
zazwyczaj sezonowe, poprzedzielane
okresami bezrobocia i nawet bezdomności i naogół kończyły się poszukiwaniem działki
osadniczej. Te ostatnie dostępne europejskim emigrantom
były zazwyczaj oddalone od miasteczek z połączeniami
kolejowymi, w
których nowi osadnicy musieli się
zaopatrywać w żywność i sprzęt rolniczy. Bez pieniędzy,
w buszu, musieli zdobywać się
na heroiczne wysiłki, aby
przeżyć. To
też czterech osadników z każdej dziesiątki nie zdołało
przetrwać na swych "farmach" więcej
niż trzy lata. A
jeśli zapragnęli wrócić do Startego Kraju to zwykle okazywało się, że nie
stać
ich na bilet okrętowy,
więc, aby żyć
musieli nadal pracować w Kanadzie bez względu na dyskryminację i trudności, i
... powoli przyzwyczajali się do Nowego Kraju. Dirk Hoerder [4] podaje,
że
gorzkie doświadczenia
życia
ogromnej większości imigrantów z
pierwszej połowy XX-go wieku
najlepiej wyrażają się w przysłowiu
popularnym wśród ówczesnej rosyjskiej
i niemieckiej emigracji w
Kanadzie Zachodniej : death
to the first generation, need to the
second, bread to the
third (pierwszemu
pokoleniu śmierć, drugiemu nędza a chleb dopiero dla
trzeciego)[5]. Dodatkową udręką ogromnie utrudniającą
życie imigrantów na wsi i w miastach Kanady Zachodniej były
coroczne plagi komarów.
Osadnicy dla ochrony przed komarami przy pracy w buszu
nosili na plecach kubły
z dymiącym drewnem . Ponieważ większość
nowoprzybyłych żyła w najbardziej prymitywnych warunkach, tak
na wsi, jak i w miastach,
bez bieżącej wody, bez żadnych
urządzeń sanitarnych, w byle jak
zbudowanych chatach lub
mieszkaniach, więc chmary komarów żyjących wokół wiejskich osad i
miejskich przeludnionych
mieszkań przenosiły także choroby
. Stąd śmiertelność, szczególnie
niemowląt i
małych dzieci, była bardzo wysoka. Pierre Berton podaje jako przykład, że w 1913 roku, reporterka gazety w Winnipegu, odwiedzająca
owe "slumsy" spotkala imigrantkę, która urodziła dziesięcioro dzieci, ale
zdołała wychować tylko troje.[6] Epidemie biegunki, tuberkuł i innych chorób powtarzały
się nader często
w środowiskach imigranckich i ówczesna
medycyna nie umiała znaleźć na nie
odpowiedzi. Surowe przepisy imigracyjne rządu federalnego
wymagające dowodów na przyzwyczajenie do ciężkiej pracy fizycznej wynikały w
dużej
mierze z pierwszych doświadczeń Kanady z początku XX-go wieku. Dwa z tych doświadczeń były
dla rządu kanadyjskiego szczególnie kłopotliwe.
Pierwsze związane było
z osadzeniem
Dukoborów w
Saskatchewanie w okolicach Battleford, a drugim sprowadzenie
kilku tysięcy
angielskich rodzin jako kandydatów na osadników preriowych. W pierwszym przypadku duża grupa Dukoborów, zwących się swobodnikami w jakiś czas po osadzeniu postanowiła poszukać
Jezusa
i raju na ziemi
i w czasie zimy
1903 roku opuściła
swoje wioski,
aby wędrować po
preriach, żywiąc się surowymi kartoflami
i mielonym owsem, aż dopóki kilkaset mil dalej na południe
Królewska
Konna Policja nie zaaresztowała ich i nie odstawila
do ich osiedli. Krótko po tym z powodu sporu z rządem federalnym większość Dukoborów porzuciła już zagospodarowane
przez siebie tereny w Saskatchewanie
, które otrzymała za
darmo od rządu kanadyjskiego i przeniosła się do wnętrza Brytyjskiej Kolumbii idąc za swoim duchowym przywódcą Viereginem.
W drugim
przypadku pastor
-misjonarz w ferworze misyjnym sprowadził na prerie kilka
tysięcy Anglików z rodzinami obiecując im nieprawdopodobnie wygodne
życie w nowej
kolonii Britannia w północnym Saskatchewanie. Przyszli osadnicy, w
ogromnej większości angielska drobna burżuazja i biedota miejska nie mieli pojęcia o trudnościach życia
w prymitywie
pionierów na preriach, natomiast przynieśli ze sobą swoje angielskie snobizmy
i przesądy . W konsekwencji rząd kanadyjski poniósł ogromne
wydatki a zyskał niewielu osadników, ponieważ znaczna
część Anglików powróciła do Anglii. Odtąd też przestano wierzyć w osadnictwo Anglików na preriach, a wszystkich kandydatów na imigrantów poddawano nawet ścisłej kontroli jak
np. sławne oględziny rąk - spracowane ręce pozwalały przypuszczać, że kandydat
da sobie radę w preriach, natomiast delikatne powodowały odmowę wpuszczenia
kandydata do
Kanady Do lat
czterdziestych ub wieku kandydat na
emigranta z poza
W. Brytanii, który miał wyższe wykształcenie poprostu nie
był przez Kanadę
akceptowany,
ponieważ rząd kanadyjski obawiał się, że imigracja inteligencji
innej niż brytyjska, mogłaby negatywnie oddziałać na anglosaski charakter jej społeczeństwa.[7] Trzeba było
dopiero II wojny światowej, aby pod naciskiem konieczności
dostarczania zaopatrzenia wojskowego
Wielkiej Brytanii, rząd federalny zgodził
się na przyjecie wysokiej klasy specjalistów-uciekinierów
z krajów europejskich okupowanych przez
Hitlera, w tym także dużej grupy inżynierów i techników polskich. Zadaniem tych wszystkich specjalistów było uzupełnienie kadr potrzebnych do szybkiego rozwoju strategicznych przemysłów wojennych oraz do kontynuacji dalszego rozwoju gospodarczego Kanady po zakończeniu wojny. Ten
przełom
w dotychczasowej kanadyjskiej polityce imigracyjnej został wymuszony
naciskami W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych oraz
sytuacją rozwijającej
się II wojny
światowej. W
ciągu dziesięcioleci powojennych dzięki
nowej polityce imigracyjnej, Kanada otworzyła
drzwi setkom tysięcy
zdemobilizowanych na Zachodzie żołnierzy różnych krajów europejskich oraz DP ( Displaced
Persons) w popularnym
skrócie DiPisom,
czyli cywilom, którzy nie mogli, lub nie chcieli
powrócić do swoich krajów. Dzięki nim Kanada
zrealizowała swój ogromny skok gospodarczy i kulturalny lat powojennych. II wojna światowa
spowodowała
nie
tylko szybki wzrost
zamożności społeczeństwa kanadyjskiego, ale
także, zdarzyła się w czasie kiedy
jak pisze Robert Collins[8], pod
wpływem własnych ciężkich doświadczeń wielkiego kryzysu lat
30-tych Kanadyjczycy próbowali znaleźć dla
siebie nową formułę społeczeństwa. Zaczęte wówczas przemiany w
ich mentalności
dokończyły świadectwa okropności II
wojny światowej widziane
z pozycji żołnierzy
wyzwalających wygłodniałe miasta i wsie północno wschodniej Francji, Holandii i terenów nad reńskich. Obrazy z wyzwalanych niemieckich
obozów
koncentracyjnych na długo zapadły w pamięć kanadyjskich żołnierzy.
Wreszcie był to także czas, kiedy
dzieci i wnuki
pierwszych
imigrantów z kontynentu
europejskiego, już kompletnie zasymilowane
i wykształcone w szkołach kanadyjskich zaczęły sięgać po studia, a następnie po
możliwości
włączenia się w życie
publiczne i polityczne swego kraju.
Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia
jest mówiący po
polsku syn polskich emigrantów, dr Stanley Haidasz, lekarz z
Toronto i długoletni
poseł do kanadyjskiego parlamentu.
Posłami do parlamentu byli także Jesse Flis i
Tadeusz (Ted) Glista,
również potomkowie pierwszych
emigrantów polskich.
Wiele dzieci i wnuków polskich
emigrantów weszło także
do administracji Kraju i uważając się poprostu
za Kanadyjczyków zaczęło brać
aktywny udział w
życiu publicznym, w tym także określać jaką Kanadę widzą
dla siebie
i swoich rodzin.[9] Tak zwana
revolution tranquille
w prowincji Quebec w latach 50-tych
rozpoczęła
ostatni etap przekształcania
się Kanady brytyjskiej
w kraj wielokulturowy. Spór o
supremację francuską w Quebecu, który w następnych
dziesięcioleciach rozrósł się
aż do prób uzyskania
suwerenności Quebecu miał między innymi
oczywiste konsekwencje w
polityce
imigracyjnej Kanady. Kiedy
w latach
80-tych Partia Quebecka (PQ) postawiła na
język francuski i korzenie ludności de vielle souche
(francusko- języcznych Quebecczyków od
wielu pokoleń) , rząd
federalny i razem
z nim anglo-języczna część ludności postawiły na spójność całego terytorium kanadyjskiego.
Stało
się wówczas oczywiste,
że les allophones (różno
języczni) w Quebecu są
języczkiem u wagi, w minimalnym procencie wygrywając dla Kanady dwa referenda. Rząd federalny,
który już
wcześniej zaczął zmieniać swoją politykę imigracyjną zdobył
jeszcze jeden dowód ,
że
postawa les allophones w sporze o Quebec
zadecydowała o całości terytorium kanadyjskiego i dowiodła
brytyjskiej i anglojęzycznej
części Kanadyjczyków znaczenia i
ważności
protegowania
kultur wszystkich grup etnicznych
Kanady, a co za
tym idzie,
potwierdziła, że tolerancja w
wielokulturowym państwie jest
spoiwem społecznym. Około lat sześćdziesiątych zaczęły się zmieniać przepisy
imigracyjne. Imigranci z
cenzusami posiadający zaproszenia do pracy w kanadyjskich
przedsiębiorstwach lub
instytucjach stali się mile widziani w
urzędach imigracyjnych i ich
wykształcenie było uznawane za czynnik pozytywny. Ich udział
procentowy w całości
liczby imigrantów zaczął szybko rosnąć. Kanada
jednak jako kraj jeszcze
ciągle nie była
całkowicie przygotowana
do wchłonięcia
powojennej masy imigrantów i zapewnienia im natychmiastowego zatrudnienia. Stąd
długo
po wojnie bardzo się przydawał
stary system obowiązkowych kontraktów dla wszystkich, których
sponsorował rząd
kanadyjski. Tysiące zdemobilizowanych
żołnierzy i
DiPisów niezależnie od poziomu wykształcenia
i zawodu zaczynało
wtedy swoje życie w Kanadzie od pracy fizycznej na farmach lub w obozach drwali.
Dla kobiet rezerwowano
nadal
stanowiska sprzątaczek, lub służących
na farmach albo po miastach,
to jest w zawodach w których istniał chroniczny brak siły roboczej. Obowiązani byli do niej imigranci
nawet o najwyższych kwalifikacjach, do których często się nie
przyznawali przy składaniu podań o kanadyjską wizę. W atmosferze coraz bardziej
opartej
na współczuciu dla uciekających spod
reżymów komunistycznych i dyktatorskich, a
także w dobrze zrozumianym
interesie
własnym,
rząd kanadyjski wprowadził
wreszcie w 1971 roku prawo o
wielo-etnicznosci Kraju. Zasada ta
zastąpiła dawne prawo anglo-saskiej dominacji.
Położono nacisk na procesy
adaptacyjne imigrantów. Urzędy imigracyjne
zwiększyły swą troskę o
świeżo przybyłych, o ułatwienie
im pierwszych kroków w nowej ojczyźnie. . Rząd rozumiał, że początkowa pomoc
nowo-przybyłym
opłaca się szybszą i lepszą asymilacją i większą produkcyjnością ich pracy. Wielu imigrantów,
którzy przybyli w różnych okresach drugiej połowy XX-go wieku do Kanady z trudem jednak dawało
sobie radę z asymilowaniem się do Nowego
Kraju. Oczywiście im dalsza od kanadyjskiej była ich rodzima kultura, tym trudniejszy był proces asymilacji . Wielu uciekinierów albo imigrantów "mimo
woli" wcale nie
było mentalnie przygotowanych do przyjęcia
kultury dnia codziennego
Kanady. Stąd konfrontacja ze
statusem imigranta była szokiem psychicznym. Jak pisze Morton Beiser, profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii
w Vancouverze[10] o imigrantach ostatnich dziesięcioleci minionego
stulecia: w Kanadzie znalazło się wielu imigrantów szczególnie
z krajów Azji,
którzy z wielkim trudem latami przystosowywali się
do nowej kultury i nie zawsze osiągali w
tym sukces. Zdarzało się to i Polakom, że
po latach pobytu
w Nowym Kraju pod byle
pretekstem zaczynali odstawać
od zaakceptowanej kultury i
nawracać do swojej dawnej, co w
konsekwencji prowadziło do ich wewnętrznej izolacji. Zdarzały się
nawet wypadki samobójczej śmierci. Inni dziwaczeli, szczególnie niechetnie patrząc na swoich
współrodaków, którzy proces
asymilacji przeszli bez większego trudu. Z takimi trudnościami asymilacji wiąże się dość
wyraźnie sprawa nieznajomości społeczeństwa Nowego Kraju wykazywana przez
kandydatów
na imigrantów. Można się założyć, że około 90 % Polaków i
Polek, którzy wybierali
się na emigrację do Kanady wiedziało
albo bardzo
niewiele o
tym kraju albo
poprostu nic i w
zastępstwie prawdziwej wiedzy posługiwało się własną, lub cudzą imaginacją. Przyczyniały
się także do tego reportaże
z podróży Polaków odwiedzających Kanadę. Taka publikacja
jak "Kanada pachnąca żywicą" Arkadego Fiedlera, przedstawiała Kanadę widzianą okiem turysty zachwyconego pięknem jej borów i jezior, rozległością
terytorium oraz bohaterskimi, jak z kina Hollywood wziętymi, traperami lub
osadnikami. To były barwne i ciekawe
opisy wspaniałego kraju,
nie mające nic wspólnego z szarą rzeczywistością przeciętnego imigranta
z Polski, zmagającego się z obcością kultury dnia codziennego oraz powszechną
dyskryminacją trwającą więcej niż pół wieku. Ale na takich właśnie
reportażach przyszli
emigranci budowali swoją wiedzę o
Kanadzie. Książka Melchiora
Wańkowicza "Tworzywo"
poruszała wprawdzie trudności życia pierwszych osadników polskich w preriach,
w
początkowych latach ich pobytu, ale i on nie
ustrzegł się od hollywoodzkiego zabarwienia jej polską bohaterszczyzną Aż do
lat powojennych Kanadyjczycy
byli społeczeństwem imigrantów nielubiących imigrantów [11]. Przewojenni chłopi
i robotnicy wyjeżdżający
za chlebem wiedzę
swoją o Kanadzie albo opierali na
obietnicach werbujących ich agentów
w kanadyjskich biurach w Europie, albo na informacjach pochodzących
z
listów krewnych lub przyjaciół już mieszkających
w Kanadzie. Agenci imigracyjni, a
nawet członkowie owczesnego rządu federalnego świadomie przesadzali dobre
strony rozwijającego się
kraju.[12] Agenci zresztą często
sami wiedzieli
bardzo niewiele o trudnościach jakie w
Kanadzie
zachodniej mieli napotkać
ubodzy emigranci z
Europy centralnej,
wschodniej i południowej. O
powszechnej wówczas dyskryminacji "innych" czyli imigrantów nie pochodzących z wysp brytyjskich oczywiście wogóle się nie
mówiło, a to przecież
była jedna z najcięższych
przeszkód w życiu jeszcze nie
zadomowionych
imigrantów. Z listów krewnych i przyjaciół
też niewiele można
się było dowiedzieć
o dyskryminowaniu i przerażających
trudnościach życia w
pionierskich preriach. Powojenni emigranci
natomiast wyrabiali sobie
fałszywe wyobrażenie o
Kanadzie na jeszcze innej podstawie. W wygłodzonej Europie czasów wojny i lat powojennych Kanada była symbolem obfitości podstawowego pożywienia
takiego jak masło, mleko,mięso, jaja, a
spontaniczna życzliwość
kanadyjskich żołnierzy
wkraczających do wygłodzonej Europy dawała pozór społeczeństwa z kraju błogostanu. Jak
mogły pasować do niego przeżycia pierwszych lat
imigracji na pracach kontraktowych, u przedsiębiorców, jakże często bezwzględnych i wykorzystujących każdą odrobinę siły emigranta? Dyskryminacja imigrantów europejskich, szczególnie Słowian, była powszechna. Obraźliwe przezwiska "Bohunk" i "Pollack" były na porządku dziennym Dopiero po
latach gorzkich doświadczeń, upokorzeń
i bardzo powolnej poprawy
losu powojenni imigranci polscy
zaczynali się "urządzać". Przenosili się do
miast, kupowali domki,
aby oszczędzić na
rosnącym czynszu za mieszkanie lub uniknąć dyskryminujących
gospodarzy domów czynszowych. I przeważnie wówczas okazywało się, że sąsiedzi, Kanadyjczycy patrzą na nowo przybyłych z życzliwością i
nawet akceptują
ich obcy akcent Wrastanie w
społeczeństwo odbywało się bardzo powoli i w dużej mierze było nieświadomie. Trzeba było przede wszystkim zarobić na życie
codzienne, na naukę dzieci, później myślano o emeryturze, więc
poza nielicznymi wyjątkami
chwytano się prac
dostępnych w danym miejscu,
bez oglądania się na
wyniesione
z Polski wykształcenie
i doświadczenie. Robienie "kariery" było przywilejem niedostępnym większości imigrantów wojennych i
powojennych. Tak, jak ich
poprzednicy, ludzie z
PRL-u przybywali
w większości nie znając ani
kraju ani stosunków międzyludzkich w nim panujących. Dla
nich słowo Kanada oznaczało
wszystko co
najlepsze,
więc i tego spodziewali
się po społeczeństwie do
którego ich urzędy imigracyjne wpuszczały. Mieli jednak pewną przewagę nad swoimi poprzednikami
. Kanadyjczycy już wtedy wiedzieli, że
potrzebują ludzi wykształconych i, że w wyścigu ze Stanami Zjednoczonymi, Australią i Południową
Afryką w przechwytywaniu fachowych imigrantów, muszą kandydatom
ofiarować lepsze warunki startu od tych, jakie otrzymywali przybysze z poprzedniej epoki. Pierwsi
przybysze
z PRL-u byli
naogół onieśmieleni bogactwem Kanady
rzucającym się w oczy
i doceniali każdy przywilej (np. bezpłatne
lekcje
angielskiego, bezpłatne mieszkanie,
opiekę lekarską, które im
Kanada ofiarowała) Ale i oni w
większości nie byli przygotowani
na trzy stałe atrybuty
imigracji: wykorzenienie, izolację
kulturalną i samotność. Kanada jednak
oczekiwała od nich pracy w wyuczonych
zawodach i tylko od nich zależalo jak
daleko się w nich posuną. Dyskryminacja
oficjalnie zakazana od początku od lat powojennych
przestawała być problemem bo społeczeństwo było już dobrze
poinformowane o przydatnej
roli imigrantów w rozwoju gospodarczym kraju. Ofiarowywane emigrantom
wówczas przywileje były
normalną częścią składową startu kanadyjskiego i perspektywy kariery migotały przed prawie wszystkimi.
Wreszcie zmienili się
także imigranci, z
potulnych i wdzięcznych "bezpaństwowców" formalnych, lub rzeczywistych stali
się pewniejszymi
siebie i swoich praw kandydatami na
robienie kariery w wielkim świecie, ludźmi, którzy
wyjeżdżali ze swego kraju, jaki by on nie byl, ale istniejącego i oficjalnie
uznawanego przez rządy
innych państw. Jeszcze w końcu XIX-go wieku ( nieliczne)
i
następnie w ciągu XX-go wieku znacznie
liczniejsze powstawały
w rejonach wiejskich ugrupowiania takie
jak np. Little Italy, albo Little Swiss, w których
współrodacy - emigranci
mieszkali stosunkowo
niedaleko i
utrzymywali stałe osobiste kontakty na
wzór dawnych wspólnot społecznych
( np. wiosek)
w Starym Kraju. Po drugiej wojnie
światowej
zjawisko to było
przez administrację federalną życzliwie oceniane ale polskich imigrantów
już
wtedy nie dotyczyło. W dziejach emigracji
polskiej do Kanady, powstanie
pierwszej wspólnoty, odbyło się jeszcze
w XIX-tym wieku
w Ontario. Kaszubi, którzy
pracowali przy budowie
dróg w Ontario (Opeongo Road) mogli następnie wybrać sobie
działki rolnicze w nowo
otwieranych
częściach tej Prowincji, i wybrali sobie
okolice obecnego miasta Barry's Bay, ponieważ
tamtejsze pagórkowate tereny
przypominały
im ich
rodzinne strony. Okolice te,
chociaż malownicze nie miały jednak dobrej gleby i nowi osadnicy z trudnością na nich
gospodarowali.
Dopiero
po II wojnie
światowej , polscy imigranci
z Ottawy odkryli turystyczne wartości tych
okolic, poważnie
przyczyniając
się do ich rozwoju gospodarczego i kulturalnego. Zaskoczył
ich przy
tym fakt, że ontaryjscy
Kaszubi nadal
posługiwali się językiem polskim, pomimo, że od przybycia
pierwszych osadników minęło już okolo 100
lat. Dynamika powojennej emigracji
spowodowała, że osadnictwo polskie w ontaryjskich Kaszubach
stało się wkrótce przedmiotem
szeregu publikacji w języku
polskim i angielskim a następnie powstał Polish
Heritage Institute -
Kaszuby, dwujęzyczna
instytucja propagująca turystyczne zalety
okolicy, ale i dokumentująca
zabytki kulturalne Kaszubów
zachowane do dziś..[13] Na zachodzie Kanady niektóre wiejskie
parafie polskie w preriach organizowane przez pierwszych
polskich księży Oblatów,
a szczególnie trzech
braci oo. Kulawych i o. Scella zbliżały się
charakterem do takich właśnie etnicznych wspólnot
wiejskich, ale nigdy
nie były dostatecznie zwarte, aby zasłużyć
na nazwę Małej Polski. Kanada, która według M. Beisera jest
obecnie w czołówce 7 krajów
uważanych za najbardziej humanitarne
zainicjowała na przełomie lat 70-tych i 80-tych
kilka kierunków studiów nad skomplikowaną naturą
asymilacji w
Nowym Kraju. Trzy z tych
badań związane z pracą M. Beisera koncentrują
się na analizie odporności
epidemiologicznej imigrantów i na
badaniu zdrowia psychicznego
uczestników Refugee
Re-settlement Project (projektu
osiedlenia
uchodźców)[14], który jednak odnosi
się do imigrantów azjatyckich. Liczne są natomiast tematy badań znacznie wcześniejszych,
bo
sięgających nawet lat
przedwojennych i
50-tych ub. stulecia. Dotyczą one wielokulturowości oraz
analiz tematycznych z dziedzin zatrudnienia
emigrantów. Niektóre z
badań uniwersyteckich
zajmowały się nawet sprawami
nostalgii za Starym Krajem.
Są one oparte na starannie zebranej obfitej dokumentacji. Do dziś dnia nia ma jednak pełnej analizy
przebiegu adaptacji do Nowego
Kraju. Ciekawostką jest, że większość tych studiów była prowadzona albo z punktu widzenia
imigrantów jako takich
bez rozróżniania ich płci, albo
najczęściej z punktu widzenia
imigrantów mężczyzn. Dopiero
ostatnie lata kończącego się XX-go wieku przyniosły studia
o kobietach
imigrantkach . Do bardzo niedawna w imigracji liczyli się przede
wszystkim mężczyźni. Oni byli odpowiedzialni za otwieranie nowych terenów,
za pionierskie osadnictwo
i tworzenie zrębów nowego
społeczeństwa. To oni budowali domy,
uprawiali pola, siali i zbierali żniwa, to oni byli właścicielami farm,
sklepów, przedsiębiorstw i oni zbierali słowa uznania za ciężko przepracowane życie i za
zasiedlony kraj. Było
jednak wiadomo od
dawna, że mężczyźni emigranci bez kobiet są mniej stateczni, łatwiej ulegają nałogom, są
skłonni do włóczęgi i tak naprawdę to
dopiero obecność kobiet cywilizuje
męski świat mocy i przemocy
i przekształca przypadkową
zbieraninę emigrantów w
grupy społeczne. Kobiety
emigrantki rzadko kiedy były widoczne
spoza szerokich męskich pleców , a napewno nie było badań związanych z adaptacją emigrantek polskich
do Nowej Ojczyzny. W naszym
szkicu
będziemy często przeciwstawiali sobie obie
płci. Wynika to z faktu, że świat taki jaki był w XX-tym wieku i jaki jeszcze jest
dzisiaj, zarówno
Polska jak i Kanada, to świat w którym
o porządku społecznym i
gospodarczym
decydują mężczyźni. Prawa
imigracyjne były więc
ustalane przede wszystkim pod kątem
praw
i obowiązków imigrantów-mężczyzn. Nawet dziś,
kiedy Kanadyjki uzyskały
już wiele równouprawnień,
podstawy
polityki imigracyjnej i jej analizy
odnoszą się głównie do imigrantów rodzaju męskiego. Stąd i my będziemy się często odwoływać do przykładów
z życia
mężczyzn, jak i ich udziału w ogólnej sytuacji imigrantów. Drugą przyczyną dla
której w
opracowaniu dotyczącym kobiet często
jest mowa o mężczyznach
jest oczywiste powiązanie obu płci. Tak jak w życiu mężczyznom
potrzebne są
kobiety, tak samo w życiu kobiet
ogromną rolę odgrywają meżczyźni i nie
ma powodu do eliminowania ich udziału
w kształtowaniu wizerunków
imigrantek polskich. Nie
sposób także mówić o kobietach imigrantkach, dla
których takie zjawiska jak izolacja,
wykorzenienie, asymilacja są elementami rzeczywistości, w której
rozgrywa się ich życie i odbijają się stosunki międzyludzkie
jeśli pomija się mężczyzn pojawiających
się w ich życiu. Na koniec należy dodać, że opracowanie niniejsze jest próbą uporządkowania (ale nie inwentarzem), p |