WSTĘP
Zapytała mnie kiedyś jedna z Polek, imigrantek w Kanadzie, co to właściwie oznacza być imigrantem. Dlaczego
niektórzy ludzie mieszkając całe życie poza swoim krajem macierzystym nigdy nie
są imigrantami, a inni stają się
nimi natychmiast po opuszczeniu granic kraju urodzenia. Czy więc jest to stan
umysłu, postawa wewnętrzna człowieka, czy też warunki od niego niezależne,
które czynią z niego
imigranta. Dlaczego o
Polakach mieszkających za granicą mówi
się, że są imigrantami,
a nie mówi się tak
o Francuzach lub
Brytyjczykach?
Ci ostatni przybywali na przykład do Indii
jako administratorzy
lub wojskowi i będąc
w tej roli ani przez chwilę nie przestawali być Brytyjczykami, przebywającymi
poza granicami W. Brytanii. Ich pobyt w Indiach służył
celom Brytyjskiego Imperium
, byli zwierzchnikami ludności miejscowej, która z kolei nie
była uważana za im równą.
Dlatego np.
ogromna większość Brytyjczyków unikała przyswajania
sobie miejscowych kultur
Indii, a małżeństwa mieszane
były wręcz zakazywane lub bardzo
utrudniane. Po 1947 roku, kiedy India uzyskała niepodległość, pewna
część członków administracji brytyjskiej zdecydowala się
pozostać w kraju,
w którym nieraz przeżyła większość życia
i w którym członkowie
jej mieli więcej
osobistych kontaktów, aniżeli w
kraju macierzystym. Decydując się
wówczas pozostać w Indii zmienili swój status społeczny i stali się expatriots czyli ludźmi,
którzy żyją w obcym
kraju zachowując swój paszport i więzy kulturalne z krajem
macierzystym, ale podlegają lokalnym prawom na równi ze wszystkimi jego mieszkańcami. Expatriotami byli także młodsi synowie bogatych angielskich rodzin, którzy w końcu XIX-go i w początkach XX-go wieku byli
przez rodziny wysyłani do kolonii, ponieważ zgodnie z angielską
tradycją nie mieli praw
do tytułów i spadków, a nie byli przygotowani do
pracy zarobkowej lub
jej nie chcieli. W Kanadzie
nazywano ich remittance
men
gdyż otrzymywali z
W. Brytanii stałą pomoc finansową. Nigdy
nie stali się oni kanadyjskimi imigrantami i nigdy nie
próbowali włączyć się w lokalną ludność, która zresztą w najlepszym razie
ich tylko tolerowała. Z chwilą wybuchu I-szej wojny światowej
prawie wszyscy natychmiast wrócili do Wielkiej Brytanii.
Natomiast ubodzy Europejczycy
z południa i środkowego wschodu kontynentu,
w tym także Polacy, którzy w początkach XX-go wieku byli
masowo sprowadzani
do Kanady, uważali się za emigrtantów już od chwili
opuszczenia swojej wsi
i gotowi
byli się szybko asymilować do
społeczeństwa i kultury
Nowego Kraju.
Jednak po przybyciu do Kanady ogromna
większość z nich
była traktowana przez Kanadyjczyków jako ubodzy i niemile widziani petenci,
wpuszczeni do Kanady po to,
aby wykonywać najcięższe prace nie zawadzając przy
tym Kanadyjczykom. O
stosunku ludności miejscowej do polskich imigrantów
tak pisze H.
Radecki
i Benedykt Heydenkorn : "Pierwsi
, którzy przybyli,
prekursorzy masowej imigracji polskiej z lat 1896 -
1914 byli przyjęci
z ciekawością i w najlepszym razie zainteresowaniem
ludźmi, którzy byli śmiesznie
ubrani, mówili niezrozumiałym językiem i zachowywali dziwaczne
obyczaje. W ciągu kilku lat wzrastająca liczba przybyszów
spowodowała, że
ciekawość zamieniła się w
niepokój, a następnie w
alarm. Nowo przybywający
byli zbyt dziwaczni! Analfabetyzm
i zacofanie ich
- mogą opóźnić postęp
kanadyjskiego społeczeństwa. Ich obyczaje i tradycje czyniły ich nieodpowiednimi.... do
przyjęcia kanadyjskiego obywatelstwa..." Dalej
ci sami autorzy
piszą Polacy ( i inni Słowianie)
byli uważani za ignorantów, okrutnych,
brudnych, niecywilizowanych ludzi często wybuchających nieusprawiedliwioną
złością, co dla agencji /w
domyśle - rządowych/ było w
najwyższym stopniu
denerwujące. Zwyczaje i
tradycje, z których oni byli dumni były uważane za
obrażające, pogardzano nimi.
Było ogólnym
przekonaniem, że ci ludzie nadają się jedynie do
prymitywnej pracy fizycznej w rolnictwie, przy budowie dróg, wydobyciu węgla i w
podobnych pracach wykonywanych pod kontrolą i kierownictwem
Kanadyjczyków. "
Oni sami
natomiast gotowi byli ciężko pracować aby ziścić sny, z którymi płynęli do
Kanady. Kanada jednak nie zamierzała im pomóc
w tych marzeniach. Zostali przecież przyjęci jako siła robocza
potrzebna do realizacji wielkich
planów rozwoju kraju, albo
jako pionierzy-osadnicy na
bezludnych kanadyjskich
preriach, właśnie otwartych,
ale to nie oznaczało, że mają mieć te
same prawa co lokalna ludność. Wielu bowiem uważało, że Galicians nie
są odpowiednim materiałem na obywateli kanadyjskich.
Obietnice agentów
imigracyjnych werbujących w
Europie z reguły były przesadzone. Na naiwnych wieśniakach
"z Galicji" lub innych części
Polski pod rozbiorami zaczynano żerować od momentu opuszczenia rodzinnej
wsi. Roiło się od austro-węgierskich i niemieckich
urzędników, którzy
wymagali łapówek na wydanie zgody na
wyjazd, na podróż koleją . Agenci podróży, lekarze sprawdzający ich stan
zdrowia, obsługa jadłodajni, w których emigranci
stołowali się podczas podróży, aż po załogi
statków,
którymi odpływali z
Europy wykorzystywali
naiwność
wieśniaków pierwszy raz
udających się "za morze". Tak samo zresztą postępowali cwaniacy
w miastach Kanady wyciągając
emigrantom ostatnie
grosze z kieszeni.
Prace do których byli zakontraktowani, jak cięcie
drzew w lasach, budowa
dróg i linii kolejowych, lub
wydobycie węgla były
zazwyczaj sezonowe, poprzedzielane
okresami bezrobocia i nawet bezdomności i naogół kończyły się poszukiwaniem działki
osadniczej. Te ostatnie dostępne europejskim emigrantom
były zazwyczaj oddalone od miasteczek z połączeniami
kolejowymi, w
których nowi osadnicy musieli się
zaopatrywać w żywność i sprzęt rolniczy. Bez pieniędzy,
w buszu, musieli zdobywać się
na heroiczne wysiłki, aby
przeżyć. To
też czterech osadników z każdej dziesiątki nie zdołało
przetrwać na swych "farmach" więcej
niż trzy lata. A
jeśli zapragnęli wrócić do Startego Kraju to zwykle okazywało się, że nie
stać
ich na bilet okrętowy,
więc, aby żyć
musieli nadal pracować w Kanadzie bez względu na dyskryminację i trudności, i
... powoli przyzwyczajali się do Nowego Kraju. Dirk Hoerder podaje,
że
gorzkie doświadczenia
życia
ogromnej większości imigrantów z
pierwszej połowy XX-go wieku
najlepiej wyrażają się w przysłowiu
popularnym wśród ówczesnej rosyjskiej
i niemieckiej emigracji w
Kanadzie Zachodniej : death
to the first generation, need to the
second, bread to the
third (pierwszemu
pokoleniu śmierć, drugiemu nędza a chleb dopiero dla
trzeciego). Dodatkową udręką ogromnie utrudniającą
życie imigrantów na wsi i w miastach Kanady Zachodniej były
coroczne plagi komarów.
Osadnicy dla ochrony przed komarami przy pracy w buszu
nosili na plecach kubły
z dymiącym drewnem . Ponieważ większość
nowoprzybyłych żyła w najbardziej prymitywnych warunkach, tak
na wsi, jak i w miastach,
bez bieżącej wody, bez żadnych
urządzeń sanitarnych, w byle jak
zbudowanych chatach lub
mieszkaniach, więc chmary komarów żyjących wokół wiejskich osad i
miejskich przeludnionych
mieszkań przenosiły także choroby
. Stąd śmiertelność, szczególnie
niemowląt i
małych dzieci, była bardzo wysoka. Pierre Berton podaje jako przykład, że w 1913 roku, reporterka gazety w Winnipegu, odwiedzająca
owe "slumsy" spotkala imigrantkę, która urodziła dziesięcioro dzieci, ale
zdołała wychować tylko troje. Epidemie biegunki, tuberkuł i innych chorób powtarzały
się nader często
w środowiskach imigranckich i ówczesna
medycyna nie umiała znaleźć na nie
odpowiedzi.
Surowe przepisy imigracyjne rządu federalnego
wymagające dowodów na przyzwyczajenie do ciężkiej pracy fizycznej wynikały w
dużej
mierze z pierwszych doświadczeń Kanady z początku XX-go wieku. Dwa z tych doświadczeń były
dla rządu kanadyjskiego szczególnie kłopotliwe.
Pierwsze związane było
z osadzeniem
Dukoborów w
Saskatchewanie w okolicach Battleford, a drugim sprowadzenie
kilku tysięcy
angielskich rodzin jako kandydatów na osadników preriowych. W pierwszym przypadku duża grupa Dukoborów, zwących się swobodnikami w jakiś czas po osadzeniu postanowiła poszukać
Jezusa
i raju na ziemi
i w czasie zimy
1903 roku opuściła
swoje wioski,
aby wędrować po
preriach, żywiąc się surowymi kartoflami
i mielonym owsem, aż dopóki kilkaset mil dalej na południe
Królewska
Konna Policja nie zaaresztowała ich i nie odstawila
do ich osiedli. Krótko po tym z powodu sporu z rządem federalnym większość Dukoborów porzuciła już zagospodarowane
przez siebie tereny w Saskatchewanie
, które otrzymała za
darmo od rządu kanadyjskiego i przeniosła się do wnętrza Brytyjskiej Kolumbii idąc za swoim duchowym przywódcą Viereginem.
W drugim
przypadku pastor
-misjonarz w ferworze misyjnym sprowadził na prerie kilka
tysięcy Anglików z rodzinami obiecując im nieprawdopodobnie wygodne
życie w nowej
kolonii Britannia w północnym Saskatchewanie. Przyszli osadnicy, w
ogromnej większości angielska drobna burżuazja i biedota miejska nie mieli pojęcia o trudnościach życia
w prymitywie
pionierów na preriach, natomiast przynieśli ze sobą swoje angielskie snobizmy
i przesądy . W konsekwencji rząd kanadyjski poniósł ogromne
wydatki a zyskał niewielu osadników, ponieważ znaczna
część Anglików powróciła do Anglii. Odtąd też przestano wierzyć w osadnictwo Anglików na preriach, a wszystkich kandydatów na imigrantów poddawano nawet ścisłej kontroli jak
np. sławne oględziny rąk - spracowane ręce pozwalały przypuszczać, że kandydat
da sobie radę w preriach, natomiast delikatne powodowały odmowę wpuszczenia
kandydata do
Kanady
Do lat
czterdziestych ub wieku kandydat na
emigranta z poza
W. Brytanii, który miał wyższe wykształcenie poprostu nie
był przez Kanadę
akceptowany,
ponieważ rząd kanadyjski obawiał się, że imigracja inteligencji
innej niż brytyjska, mogłaby negatywnie oddziałać na anglosaski charakter jej społeczeństwa. Trzeba było
dopiero II wojny światowej, aby pod naciskiem konieczności
dostarczania zaopatrzenia wojskowego
Wielkiej Brytanii, rząd federalny zgodził
się na przyjecie wysokiej klasy specjalistów-uciekinierów
z krajów europejskich okupowanych przez
Hitlera, w tym także dużej grupy inżynierów i techników polskich. Zadaniem tych wszystkich specjalistów było uzupełnienie kadr potrzebnych do szybkiego rozwoju strategicznych przemysłów wojennych oraz do kontynuacji dalszego rozwoju gospodarczego Kanady po zakończeniu wojny.
Ten
przełom
w dotychczasowej kanadyjskiej polityce imigracyjnej został wymuszony
naciskami W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych oraz
sytuacją rozwijającej
się II wojny
światowej.
W
ciągu dziesięcioleci powojennych dzięki
nowej polityce imigracyjnej, Kanada otworzyła
drzwi setkom tysięcy
zdemobilizowanych na Zachodzie żołnierzy różnych krajów europejskich oraz DP ( Displaced
Persons) w popularnym
skrócie DiPisom,
czyli cywilom, którzy nie mogli, lub nie chcieli
powrócić do swoich krajów. Dzięki nim Kanada
zrealizowała swój ogromny skok gospodarczy i kulturalny lat powojennych.
II wojna światowa
spowodowała
nie
tylko szybki wzrost
zamożności społeczeństwa kanadyjskiego, ale
także, zdarzyła się w czasie kiedy
jak pisze Robert Collins, pod
wpływem własnych ciężkich doświadczeń wielkiego kryzysu lat
30-tych Kanadyjczycy próbowali znaleźć dla
siebie nową formułę społeczeństwa. Zaczęte wówczas przemiany w
ich mentalności
dokończyły świadectwa okropności II
wojny światowej widziane
z pozycji żołnierzy
wyzwalających wygłodniałe miasta i wsie północno wschodniej Francji, Holandii i terenów nad reńskich. Obrazy z wyzwalanych niemieckich
obozów
koncentracyjnych na długo zapadły w pamięć kanadyjskich żołnierzy.
Wreszcie był to także czas, kiedy
dzieci i wnuki
pierwszych
imigrantów z kontynentu
europejskiego, już kompletnie zasymilowane
i wykształcone w szkołach kanadyjskich zaczęły sięgać po studia, a następnie po
możliwości
włączenia się w życie
publiczne i polityczne swego kraju.
Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia
jest mówiący po
polsku syn polskich emigrantów, dr Stanley Haidasz, lekarz z
Toronto i długoletni
poseł do kanadyjskiego parlamentu.
Posłami do parlamentu byli także Jesse Flis i
Tadeusz (Ted) Glista,
również potomkowie pierwszych
emigrantów polskich.
Wiele dzieci i wnuków polskich
emigrantów weszło także
do administracji Kraju i uważając się poprostu
za Kanadyjczyków zaczęło brać
aktywny udział w
życiu publicznym, w tym także określać jaką Kanadę widzą
dla siebie
i swoich rodzin.
Tak zwana
revolution tranquille
w prowincji Quebec w latach 50-tych
rozpoczęła
ostatni etap przekształcania
się Kanady brytyjskiej
w kraj wielokulturowy. Spór o
supremację francuską w Quebecu, który w następnych
dziesięcioleciach rozrósł się
aż do prób uzyskania
suwerenności Quebecu miał między innymi
oczywiste konsekwencje w
polityce
imigracyjnej Kanady. Kiedy
w latach
80-tych Partia Quebecka (PQ) postawiła na
język francuski i korzenie ludności de vielle souche
(francusko- języcznych Quebecczyków od
wielu pokoleń) , rząd
federalny i razem
z nim anglo-języczna część ludności postawiły na spójność całego terytorium kanadyjskiego.
Stało
się wówczas oczywiste,
że les allophones (różno
języczni) w Quebecu są
języczkiem u wagi, w minimalnym procencie wygrywając dla Kanady dwa referenda. Rząd federalny,
który już
wcześniej zaczął zmieniać swoją politykę imigracyjną zdobył
jeszcze jeden dowód ,
że
postawa les allophones w sporze o Quebec
zadecydowała o całości terytorium kanadyjskiego i dowiodła
brytyjskiej i anglojęzycznej
części Kanadyjczyków znaczenia i
ważności
protegowania
kultur wszystkich grup etnicznych
Kanady, a co za
tym idzie,
potwierdziła, że tolerancja w
wielokulturowym państwie jest
spoiwem społecznym.
Około lat sześćdziesiątych zaczęły się zmieniać przepisy
imigracyjne. Imigranci z
cenzusami posiadający zaproszenia do pracy w kanadyjskich
przedsiębiorstwach lub
instytucjach stali się mile widziani w
urzędach imigracyjnych i ich
wykształcenie było uznawane za czynnik pozytywny. Ich udział
procentowy w całości
liczby imigrantów zaczął szybko rosnąć. Kanada
jednak jako kraj jeszcze
ciągle nie była
całkowicie przygotowana
do wchłonięcia
powojennej masy imigrantów i zapewnienia im natychmiastowego zatrudnienia. Stąd
długo
po wojnie bardzo się przydawał
stary system obowiązkowych kontraktów dla wszystkich, których
sponsorował rząd
kanadyjski. Tysiące zdemobilizowanych
żołnierzy i
DiPisów niezależnie od poziomu wykształcenia
i zawodu zaczynało
wtedy swoje życie w Kanadzie od pracy fizycznej na farmach lub w obozach drwali.
Dla kobiet rezerwowano
nadal
stanowiska sprzątaczek, lub służących
na farmach albo po miastach,
to jest w zawodach w których istniał chroniczny brak siły roboczej. Obowiązani byli do niej imigranci
nawet o najwyższych kwalifikacjach, do których często się nie
przyznawali przy składaniu podań o kanadyjską wizę.
W atmosferze coraz bardziej
opartej
na współczuciu dla uciekających spod
reżymów komunistycznych i dyktatorskich, a
także w dobrze zrozumianym
interesie
własnym,
rząd kanadyjski wprowadził
wreszcie w 1971 roku prawo o
wielo-etnicznosci Kraju. Zasada ta
zastąpiła dawne prawo anglo-saskiej dominacji.
Położono nacisk na procesy
adaptacyjne imigrantów. Urzędy imigracyjne
zwiększyły swą troskę o
świeżo przybyłych, o ułatwienie
im pierwszych kroków w nowej ojczyźnie. . Rząd rozumiał, że początkowa pomoc
nowo-przybyłym
opłaca się szybszą i lepszą asymilacją i większą produkcyjnością ich pracy.
Wielu imigrantów,
którzy przybyli w różnych okresach drugiej połowy XX-go wieku do Kanady z trudem jednak dawało
sobie radę z asymilowaniem się do Nowego
Kraju. Oczywiście im dalsza od kanadyjskiej była ich rodzima kultura, tym trudniejszy był proces asymilacji . Wielu uciekinierów albo imigrantów "mimo
woli" wcale nie
było mentalnie przygotowanych do przyjęcia
kultury dnia codziennego
Kanady. Stąd konfrontacja ze
statusem imigranta była szokiem psychicznym. Jak pisze Morton Beiser, profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii
w Vancouverze o imigrantach ostatnich dziesięcioleci minionego
stulecia: w Kanadzie znalazło się wielu imigrantów szczególnie
z krajów Azji,
którzy z wielkim trudem latami przystosowywali się
do nowej kultury i nie zawsze osiągali w
tym sukces. Zdarzało się to i Polakom, że
po latach pobytu
w Nowym Kraju pod byle
pretekstem zaczynali odstawać
od zaakceptowanej kultury i
nawracać do swojej dawnej, co w
konsekwencji prowadziło do ich wewnętrznej izolacji. Zdarzały się
nawet wypadki samobójczej śmierci. Inni dziwaczeli, szczególnie niechetnie patrząc na swoich
współrodaków, którzy proces
asymilacji przeszli bez większego trudu. Z takimi trudnościami asymilacji wiąże się dość
wyraźnie sprawa nieznajomości społeczeństwa Nowego Kraju wykazywana przez
kandydatów
na imigrantów.
Można się założyć, że około 90 % Polaków i
Polek, którzy wybierali
się na emigrację do Kanady wiedziało
albo bardzo
niewiele o
tym kraju albo
poprostu nic i w
zastępstwie prawdziwej wiedzy posługiwało się własną, lub cudzą imaginacją. Przyczyniały
się także do tego reportaże
z podróży Polaków odwiedzających Kanadę. Taka publikacja
jak "Kanada pachnąca żywicą" Arkadego Fiedlera, przedstawiała Kanadę widzianą okiem turysty zachwyconego pięknem jej borów i jezior, rozległością
terytorium oraz bohaterskimi, jak z kina Hollywood wziętymi, traperami lub
osadnikami. To były barwne i ciekawe
opisy wspaniałego kraju,
nie mające nic wspólnego z szarą rzeczywistością przeciętnego imigranta
z Polski, zmagającego się z obcością kultury dnia codziennego oraz powszechną
dyskryminacją trwającą więcej niż pół wieku. Ale na takich właśnie
reportażach przyszli
emigranci budowali swoją wiedzę o
Kanadzie. Książka Melchiora
Wańkowicza "Tworzywo"
poruszała wprawdzie trudności życia pierwszych osadników polskich w preriach,
w
początkowych latach ich pobytu, ale i on nie
ustrzegł się od hollywoodzkiego zabarwienia jej polską bohaterszczyzną
Aż do
lat powojennych Kanadyjczycy
byli społeczeństwem imigrantów nielubiących imigrantów . Przewojenni chłopi
i robotnicy wyjeżdżający
za chlebem wiedzę
swoją o Kanadzie albo opierali na
obietnicach werbujących ich agentów
w kanadyjskich biurach w Europie, albo na informacjach pochodzących
z
listów krewnych lub przyjaciół już mieszkających
w Kanadzie. Agenci imigracyjni, a
nawet członkowie owczesnego rządu federalnego świadomie przesadzali dobre
strony rozwijającego się
kraju. Agenci zresztą często
sami wiedzieli
bardzo niewiele o trudnościach jakie w
Kanadzie
zachodniej mieli napotkać
ubodzy emigranci z
Europy centralnej,
wschodniej i południowej. O
powszechnej wówczas dyskryminacji "innych" czyli imigrantów nie pochodzących z wysp brytyjskich oczywiście wogóle się nie
mówiło, a to przecież
była jedna z najcięższych
przeszkód w życiu jeszcze nie
zadomowionych
imigrantów. Z listów krewnych i przyjaciół
też niewiele można
się było dowiedzieć
o dyskryminowaniu i przerażających
trudnościach życia w
pionierskich preriach.
Powojenni emigranci
natomiast wyrabiali sobie
fałszywe wyobrażenie o
Kanadzie na jeszcze innej podstawie. W wygłodzonej Europie czasów wojny i lat powojennych Kanada była symbolem obfitości podstawowego pożywienia
takiego jak masło, mleko,mięso, jaja, a
spontaniczna życzliwość
kanadyjskich żołnierzy
wkraczających do wygłodzonej Europy dawała pozór społeczeństwa z kraju błogostanu. Jak
mogły pasować do niego przeżycia pierwszych lat
imigracji na pracach kontraktowych, u przedsiębiorców, jakże często bezwzględnych i wykorzystujących każdą odrobinę siły emigranta? Dyskryminacja imigrantów europejskich, szczególnie Słowian, była powszechna. Obraźliwe przezwiska "Bohunk" i "Pollack" były na porządku dziennym Dopiero po
latach gorzkich doświadczeń, upokorzeń
i bardzo powolnej poprawy
losu powojenni imigranci polscy
zaczynali się "urządzać". Przenosili się do
miast, kupowali domki,
aby oszczędzić na
rosnącym czynszu za mieszkanie lub uniknąć dyskryminujących
gospodarzy domów czynszowych. I przeważnie wówczas okazywało się, że sąsiedzi, Kanadyjczycy patrzą na nowo przybyłych z życzliwością i
nawet akceptują
ich obcy akcent Wrastanie w
społeczeństwo odbywało się bardzo powoli i w dużej mierze było nieświadomie. Trzeba było przede wszystkim zarobić na życie
codzienne, na naukę dzieci, później myślano o emeryturze, więc
poza nielicznymi wyjątkami
chwytano się prac
dostępnych w danym miejscu,
bez oglądania się na
wyniesione
z Polski wykształcenie
i doświadczenie. Robienie "kariery" było przywilejem niedostępnym większości imigrantów wojennych i
powojennych.
Tak, jak ich
poprzednicy, ludzie z
PRL-u przybywali
w większości nie znając ani
kraju ani stosunków międzyludzkich w nim panujących. Dla
nich słowo Kanada oznaczało
wszystko co
najlepsze,
więc i tego spodziewali
się po społeczeństwie do
którego ich urzędy imigracyjne wpuszczały. Mieli jednak pewną przewagę nad swoimi poprzednikami
. Kanadyjczycy już wtedy wiedzieli, że
potrzebują ludzi wykształconych i, że w wyścigu ze Stanami Zjednoczonymi, Australią i Południową
Afryką w przechwytywaniu fachowych imigrantów, muszą kandydatom
ofiarować lepsze warunki startu od tych, jakie otrzymywali przybysze z poprzedniej epoki.
Pierwsi
przybysze
z PRL-u byli
naogół onieśmieleni bogactwem Kanady
rzucającym się w oczy
i doceniali każdy przywilej (np. bezpłatne
lekcje
angielskiego, bezpłatne mieszkanie,
opiekę lekarską, które im
Kanada ofiarowała) Ale i oni w
większości nie byli przygotowani
na trzy stałe atrybuty
imigracji: wykorzenienie, izolację
kulturalną i samotność. Kanada jednak
oczekiwała od nich pracy w wyuczonych
zawodach i tylko od nich zależalo jak
daleko się w nich posuną. Dyskryminacja
oficjalnie zakazana od początku od lat powojennych
przestawała być problemem bo społeczeństwo było już dobrze
poinformowane o przydatnej
roli imigrantów w rozwoju gospodarczym kraju. Ofiarowywane emigrantom
wówczas przywileje były
normalną częścią składową startu kanadyjskiego i perspektywy kariery migotały przed prawie wszystkimi.
Wreszcie zmienili się
także imigranci, z
potulnych i wdzięcznych "bezpaństwowców" formalnych, lub rzeczywistych stali
się pewniejszymi
siebie i swoich praw kandydatami na
robienie kariery w wielkim świecie, ludźmi, którzy
wyjeżdżali ze swego kraju, jaki by on nie byl, ale istniejącego i oficjalnie
uznawanego przez rządy
innych państw.
Jeszcze w końcu XIX-go wieku ( nieliczne)
i
następnie w ciągu XX-go wieku znacznie
liczniejsze powstawały
w rejonach wiejskich ugrupowiania takie
jak np. Little Italy, albo Little Swiss, w których
współrodacy - emigranci
mieszkali stosunkowo
niedaleko i
utrzymywali stałe osobiste kontakty na
wzór dawnych wspólnot społecznych
( np. wiosek)
w Starym Kraju. Po drugiej wojnie
światowej
zjawisko to było
przez administrację federalną życzliwie oceniane ale polskich imigrantów
już
wtedy nie dotyczyło.
W dziejach emigracji
polskiej do Kanady, powstanie
pierwszej wspólnoty, odbyło się jeszcze
w XIX-tym wieku
w Ontario. Kaszubi, którzy
pracowali przy budowie
dróg w Ontario (Opeongo Road) mogli następnie wybrać sobie
działki rolnicze w nowo
otwieranych
częściach tej Prowincji, i wybrali sobie
okolice obecnego miasta Barry's Bay, ponieważ
tamtejsze pagórkowate tereny
przypominały
im ich
rodzinne strony. Okolice te,
chociaż malownicze nie miały jednak dobrej gleby i nowi osadnicy z trudnością na nich
gospodarowali.
Dopiero
po II wojnie
światowej , polscy imigranci
z Ottawy odkryli turystyczne wartości tych
okolic, poważnie
przyczyniając
się do ich rozwoju gospodarczego i kulturalnego. Zaskoczył
ich przy
tym fakt, że ontaryjscy
Kaszubi nadal
posługiwali się językiem polskim, pomimo, że od przybycia
pierwszych osadników minęło już okolo 100
lat. Dynamika powojennej emigracji
spowodowała, że osadnictwo polskie w ontaryjskich Kaszubach
stało się wkrótce przedmiotem
szeregu publikacji w języku
polskim i angielskim a następnie powstał Polish
Heritage Institute -
Kaszuby, dwujęzyczna
instytucja propagująca turystyczne zalety
okolicy, ale i dokumentująca
zabytki kulturalne Kaszubów
zachowane do dziś..
Na zachodzie Kanady niektóre wiejskie
parafie polskie w preriach organizowane przez pierwszych
polskich księży Oblatów,
a szczególnie trzech
braci oo. Kulawych i o. Scella zbliżały się
charakterem do takich właśnie etnicznych wspólnot
wiejskich, ale nigdy
nie były dostatecznie zwarte, aby zasłużyć
na nazwę Małej Polski.
Kanada, która według M. Beisera jest
obecnie w czołówce 7 krajów
uważanych za najbardziej humanitarne
zainicjowała na przełomie lat 70-tych i 80-tych
kilka kierunków studiów nad skomplikowaną naturą
asymilacji w
Nowym Kraju. Trzy z tych
badań związane z pracą M. Beisera koncentrują
się na analizie odporności
epidemiologicznej imigrantów i na
badaniu zdrowia psychicznego
uczestników Refugee
Re-settlement Project (projektu
osiedlenia
uchodźców), który jednak odnosi
się do imigrantów azjatyckich. Liczne są natomiast tematy badań znacznie wcześniejszych,
bo
sięgających nawet lat
przedwojennych i
50-tych ub. stulecia. Dotyczą one wielokulturowości oraz
analiz tematycznych z dziedzin zatrudnienia
emigrantów. Niektóre z
badań uniwersyteckich
zajmowały się nawet sprawami
nostalgii za Starym Krajem.
Są one oparte na starannie zebranej obfitej dokumentacji. Do dziś dnia nia ma jednak pełnej analizy
przebiegu adaptacji do Nowego
Kraju. Ciekawostką jest, że większość tych studiów była prowadzona albo z punktu widzenia
imigrantów jako takich
bez rozróżniania ich płci, albo
najczęściej z punktu widzenia
imigrantów mężczyzn. Dopiero
ostatnie lata kończącego się XX-go wieku przyniosły studia
o kobietach
imigrantkach .
Do bardzo niedawna w imigracji liczyli się przede
wszystkim mężczyźni. Oni byli odpowiedzialni za otwieranie nowych terenów,
za pionierskie osadnictwo
i tworzenie zrębów nowego
społeczeństwa. To oni budowali domy,
uprawiali pola, siali i zbierali żniwa, to oni byli właścicielami farm,
sklepów, przedsiębiorstw i oni zbierali słowa uznania za ciężko przepracowane życie i za
zasiedlony kraj. Było
jednak wiadomo od
dawna, że mężczyźni emigranci bez kobiet są mniej stateczni, łatwiej ulegają nałogom, są
skłonni do włóczęgi i tak naprawdę to
dopiero obecność kobiet cywilizuje
męski świat mocy i przemocy
i przekształca przypadkową
zbieraninę emigrantów w
grupy społeczne. Kobiety
emigrantki rzadko kiedy były widoczne
spoza szerokich męskich pleców , a napewno nie było badań związanych z adaptacją emigrantek polskich
do Nowej Ojczyzny.
W naszym
szkicu
będziemy często przeciwstawiali sobie obie
płci. Wynika to z faktu, że świat taki jaki był w XX-tym wieku i jaki jeszcze jest
dzisiaj, zarówno
Polska jak i Kanada, to świat w którym
o porządku społecznym i
gospodarczym
decydują mężczyźni. Prawa
imigracyjne były więc
ustalane przede wszystkim pod kątem
praw
i obowiązków imigrantów-mężczyzn. Nawet dziś,
kiedy Kanadyjki uzyskały
już wiele równouprawnień,
podstawy
polityki imigracyjnej i jej analizy
odnoszą się głównie do imigrantów rodzaju męskiego. Stąd i my będziemy się często odwoływać do przykładów
z życia
mężczyzn, jak i ich udziału w ogólnej sytuacji imigrantów.
Drugą przyczyną dla
której w
opracowaniu dotyczącym kobiet często
jest mowa o mężczyznach
jest oczywiste powiązanie obu płci. Tak jak w życiu mężczyznom
potrzebne są
kobiety, tak samo w życiu kobiet
ogromną rolę odgrywają meżczyźni i nie
ma powodu do eliminowania ich udziału
w kształtowaniu wizerunków
imigrantek polskich. Nie
sposób także mówić o kobietach imigrantkach, dla
których takie zjawiska jak izolacja,
wykorzenienie, asymilacja są elementami rzeczywistości, w której
rozgrywa się ich życie i odbijają się stosunki międzyludzkie
jeśli pomija się mężczyzn pojawiających
się w ich życiu.
Na koniec należy dodać, że opracowanie
niniejsze jest
próbą uporządkowania (ale nie inwentarzem),
pod względem czasowym
i merytorycznym zebranych wypowiedzi własnych polskich
imigrantek na temat ich życia, przedstawioną na
szerszym tle ówczesnej
polityki i rzeczywistości
kanadyjskich i polonijnych.
Jest wysoce subiektywne, nacechowane goryczą bieżących konfrontacji
dwu kultur, czesto związane z
entuzjazmem planów na nowe życie. Mówi
o trudnościach i osiągnięciach
Polek, które znalazły się na emigracji
w Kanadzie w
momentach stosowania
różnych zasad polityki imigracyjnej
i rozwoju gospodarczego
Kraju. Takie uporządkowanie
czasowe nie zmierza do podkreślania większego
lub mniejszego cierpiętnictwa
poszczególnej fali imigracyjnej, ale do
pogłębienia
obrazu ewolucji naszych kobiet i ich reakcji na bądź co bądź , niesłychanie ważną
decyzję życiową. Nie mogłam więc pominąć krótkich szkiców
postaci wybitnych imigrantek, ktore swoim życiem
w Kanadzie przyczyniły się do
budowy Polonii, społeczeństwa kanadyjskiego
oraz tworzenia,
przekształcania i wzbogacania wizerunków imigrantki polskiej. Opisując procesy przemian w
Polonii posługiwałam się
informacjami zaczerpniętymi przede
wszystkim z informatorów polonijnych, wspomnień opublikowanych, lub nieraz tylko
opowiadanych o znanych
przedstawicielkach imigracji. Wreszcie sięgnęłam także do wiadomości nazbieranych dzięki
życzliwej pomocy współrodaczek i współrodaków
zainteresowanych niniejszym opracowaniem.
Jest oczywiste, że nie
wymieniłam wszystkich zasłużonych kobiet
pracujących w Kanadzie
na
niwie tak szerokiej jak
wielka jest rozpiętość
zainteresowań, możliwości i dziedzin życia społecznego,
kulturalnego, politycznego
i ekonomicznego w tym ogromnym kraju. Napewno nie zdołałam wymienić i naszkicować wszystkich wybitnych przedstawicielek imigracji polskiej w Kanadzie. Nie
zrobiłam tego, ani z niechęci, ani z lenistwa,
ani
z faworytyzmu. Jednak ograniczona własnymi możliwościami, częstą nieufnością
kobiet, do
których się zwracałam i licznymi
odmowami wypełnienia ankiety
rozesłanej w 1998/99 roku, musiałam dokonywać wyboru na podstawie
dostępnych mi publikacji oraz faktów publicznie znanych. Tylko
w tym ostatnim przypadku pozwoliłam sobie
na zastosowanie mojej subiektywnej oceny wielkości
wkładu poszczególnej imigrantki w
całość życia polonijnego,
pozycji Polaków w
Kanadzie i jej udziału w
pomocy, lub pracy na rzecz
społeczeństwa polskiego lub jego części w PRL-u oraz w III Rzeczpospolitej.
Z tej racji unikałam
używania
suchych danych statystycznych, dając przede wszystkim głos
samym imigrantkom. Jest
także oczywiste, że w gromadzie tych kobiet znajduję się i ja, imigrantka od prawie 40 lat. Jako taka pozwolilam sobie włączyć
do
naszego opracowania moje osobiste
spostrzeżenia, zapamiętane uwagi
oraz wnioski, które w ciągu długich lat nazbierałam nie tylko
na podstawie własnych doświadczeń, ale także
i tych, które przekazane mi zostały przez innych jako
ostrzeżenia, wyjaśnienia, lub
poprostu obserwacje różnic kulturowych pomiędzy Polską i
Kanadą.
Nazwiska imigrantek i imigrantów
wymienione w
naszym
opracowaniu zebrałam,
jako powszechnie znane dzięki ich działalności
społecznej ,
albo znalazłam je w dokumentach
opublikowanych. Natomiast cytowane w
tekście ustne uwagi osób, z
którymi rozmawiałam w
różnych okresach podczas mego pobytu w Kanadzie
pozostawiam anonimowe, ponieważ nie mam
możliwości ich autoryzowania. Z przyczyn ode mnie
niezależnych nie dotarłam głębiej do dokumentacji
dotyczącej szczegółów
działalności organizacyjnej wielu polskich imigrantek, nie wymieniłam również nazwisk
wszystkich wolontariuszek
poświęcających setki tysięcy
godzin pracy społecznej
na
rzecz Polonii i Polski,
ponieważ było ich za dużo, a dotarłam tylko
do niewielkiej ich części.
Z uwagi na zupełną
wyjątkowość
wyników działalności Wandy Stachiewiczowej
w Kanadzie poświęciłam jej więcej miejsca w mym
opracowaniu aniżeli innym
wybitnym imigrantkom. Załuję, że bogatego wkładu innych imigrantek
polskich do dorobku Polonii
i społeczeństwa kanadyjskiego
nie
mogłam omówić równie szczegółowo. Z uwagi na swoje bogactwo, temat ten mógłby się stać osobnym długo
falowym projektem.
Ograniczenie się przede
wszystkim do szczegółów wydobytych
z biografii oraz wypowiedzi
pojedyńczych imigrantek odpowiadających na anonimową mini-ankietę z roku 1998/99 wymagało
uzupełnień w postaci opisu ogólnych sytuacji, w
których
znajdowała się imigracja polska w Kanadzie w różnych epokach rozwoju tego Kraju. Tło powstawało z uogólnień opartych albo
na doświadczeniach indywidualnych
wielokrotnie powtarzanych,
albo na
sytuacjach, które
grupowo tworzyły podobne losy : etapy adaptacji,
klęski i sukcesu życiowego
itd. Było ono
także budowane
przez politykę imigracyjną w różny sposób
stosowaną nie
tylko
w czasie ale i
w miejscu i wreszcie przez reakcje społeczeństwa kanadyjskiego na napływ
imigrantów.
Poruszając temat prostytucji
w Kanadzie Zachodniej w
latach 1900-1939
posłużyłam się
informacjami opublikowanymi na ten temat,
próbując oddać specjalny społeczno-moralny klimat
Kanady Zachodniej z tamtych
czasów.
W żadnym
wypadku
zebranej informacji nie traktowałam jako pełnej i
kategorycznej, która by
wykluczała odmienne warianty życiowe. Jest jasne, że los poszczególnej
imigrantki zawiera elementy
związane wyłącznie z
jej osobą. Tym ważniejsze jest
jednak poszukiwanie uogólnień tła na
tyle otwartych, że obejmują one elementy typowe w życiu licznych imigrantów
i dzięki temu dają pełniejszy
obraz sytuacji w
danym miejscu i
w danym czasie.
Pozostają jeszcze do
omówienia
używane przeze mnie określenia
emigrantki-imigrantki. Wprawdzie oba te
słowa odnoszą się
do tego samego zjawiska,
ale nie są to słowa zamienne, ponieważ każde z nich dotyczy innego punktu widzenia. Emigrantka
oznacza kobietę,
która opuszcza lub opuściła
swój kraj rodzinny, czyli wychodzi
lub wyszła z kręgu
kulturowego społeczeństwa
Starego Kraju. Natomiast
imigrantka - to kobieta, która urządza lub
już urządziła nowe życie
sobie
i swojej rodzinie w Nowym Kraju, czyli podjęła kroki
odpowiednie
do związania się ze społeczeństwem
Nowego Kraju . W kolejności czasowej z punktu widzenia Nowego Kraju emigrantki przekształcają się
w
imigrantki
w chwili zmian w ich statusie
formalnym w Nowym Kraju, to znaczy przez nabycie prawa stałego pobytu,
a
następnie obywatelstwa. Ponadto
członkowie Polonii, którzy
dla Polski są emigrantami, dla
Kanady są imigrantami a
następnie Neo-Kanadyjczykami lub Kanadyjczykami (po otrzymaniu obywatelstwa
kanadyjskiego).
Rozróżnienie
to odzwierciedla
także
zmiany w legalnych uprawnieniach jakimi Kanada
obdarzała
emigrantów w ub. stuleciu. Na
koniec warto dodać, że wielu zasymilowanych
Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest bardzo
czułych na
przymiotnik "polonijny", ponieważ w
niektórych wypadkach, szczególnie w
kontekście mowy o kulturze, może on oznaczać coś, co nie
jest polskie, bo nie
powstało nad Wisłą lub Wartą, ale w Toronto, Montrealu lub
zgoła na preriach kanadyjskich lub nad Pacyfikiem.
Takie stawianie
sprawy jest dla członków Polonii kanadyjskiej
bolesne,
bo odmawia uznania ich przywiązania
do polskości, a nawet jak w niektórych przypadkach bardzo
jaskrawych (to
Polonus, a nie Polak), przerywa ciągłość historyczną,
kulturalną i emocjonalną, którą tak wielu
członków
Polonii kanadyjskiej, zarówno mężczyzn jak i
kobiet
budowało z
zaparciem się siebie i ze stratą
własnych korzyści. świadoma tego, używam
przymiotnika
polonijna/y tylko w znaczeniu pochodząca/y lub
przynależna/y do Polonii jako całej grupy polskiej w
Kanadzie, grupy przywiązanej i przechowującej
polską kulturę i polski język.
CZĘŚĆ PIERWSZA : Etapy imigracji
ROZDZIAŁ I
O emigracji polskiej w Kanadzie wogóle
Dla zrozumienia polskiej emigracji do Kanady w wieku XX-tym
wydaje się ważne podkreślenie dziwaczności jej korzeni. Ta
dziwaczność wynikała
ze sprzeczności
pomiędzy decyzją
polityczną rządu dominialnego, a
dokładnie Ministra Spraw
Wewnętrznych Clifforda
Siftona dotyczącą otwarcia prerii kanadyjskich dla biednych Europejczyków
i zasadą
zachowywania "czystości anglosaskiej rasy"
głoszoną zarówno przez rząd
jak i w pełni
akceptowaną przez ówczesne społeczeństwo Dominium.
Przez pierwsze połowę ub. wieku
społeczeństwo kanadyjskie wcale nie
chciało przyjmować Polaków
i innych Słowian jako
emigrantów, pogardzało nimi,
uważając że nie nadają się na
obywateli kanadyjskich.
Zostali mu oni
narzuceni przez
Clifforda Siftona, ministra
Spraw Wewnętrznych Kanady na
przełomie XIXgo i XXgo wieku i jego linię polityczną dążącą
do szybkiego zaludnienia powstających trzech prowincji preriowych.
Zbieżne z tym były też interesy
transkontynentalnej kompanii kolejowej Canadian Pacific Railway (CPR
), która dążyła do szybkiego wzrostu zaludnienia Kanady zachodniej , aby
zapewnić
sobie zyskowność
przez przewozy
pszenicy produkowanej na
preriach.
Clifford Sifton istotnie
doprowadził do szybkiego zaludnienia prerii,
przyjmując
do Kanady osadników z
całej Europy, ale społeczeństwo kanadyjskie zareagowało niechęcią na masowy napływ imigrantów z centralnej,
wschodniej i południowej Europy.
Dyskryminacja ich stała sie
ich chlebem powszednim przez
następne dziesiątki lat.
Potem przyszła II wojna
światowa
i naciski Wielkiej Brytanii
przyczyniły się do narzucenia
Kanadzie imigrantów, których Dominium Kanadyjskie do czasu wojny nie chciało, nie
wpuszczało i nadal
nie miało zamiaru
wpuszczać. Tym razem chodziło
o wykształconych fachowców pochodzenia nie brytyjskiego. W. Brytania
także wymogła na Kanadzie
przyjęcie europejskich
uciekinierek wojennych pochodzących
z wyższych klas społecznych ich
krajów, ponieważ brytyjskie zapasy żywnościowe podczas hitlerowskiej blokady prędko się kurczyły, więc Anglia pozbywała się z wyspy kogo tylko było
można.
Obie grupy wojennych przybyszów spełnily bardzo ważne role
dla Polonii i Kanady. Stworzyły bowiem nowe role-models dla Polaków
na emigracji w Kanadzie
(powielane później masowo) i w
społeczeństwie kanadyjskim wypracowały
miejsce dla polskiej kultury,
równocześnie zachowując swój udział w zmienianiu rolniczego Dominium w
kraj o zaawansowanej gospodarce przemysłowej . Ten udział wojennej
emigracji w prawie błyskawicznym przekształcaniu prowincjonalnego, a przy tym bardzo
słabo zaludnionego
państwa w kraj,
należący do pierwszej dziesiątki
najbardziej rozwiniętych
krajów na świecie był niezwykłym dowodem elastyczności jego społeczeństwa, ale
także wprowadził do
niego ferment, który spowodował głębokie przemiany w tymże społeczeństwie, paręnaście
lat później stawianym
już jako wzór
humanitarnego
traktowania przybywających emigrantów. Wszystkiego
tego dokonało społeczeństwo
kanadyjskie nasycone tysiącami imigrantów, w
tym Polaków, mężczyzn i kobiet tęskniących za Polską, obolałych psychicznie
konsekwencjami traktatu jałtańskiego, a
równocześnie zmagających
się ze zwykłymi trudnościami
ubiegłowiecznego życia emigranckiego.
Tożsamość imigrancka
Asymilacja do Nowego Kraju
wiąże się ściśle z tożsamością
imigrancką. Im większe są różnice pomiędzy kulturami obu krajów (Starego i
Nowego) tym wyraźniejsze i bardziej widoczne stają się przemiany zachodzące w tożsamości
przybysza asymilującego się do Nowego
Kraju. Asymilacja jest długim
procesem, czasami trwającym
przez całe życie
i przeważnie nie
odbywa się
łatwo. Jej pierwszym elementem jest nauka nowego języka
i swoboda posługiwania się nim. Elementem równie
ważnym jest zrozumienie, później przyswajanie
sobie nowych sposobów bycia,
typowych dla Nowego Kraju, przejmowanie
sposobów życia i świętowania
istniejących w Nowym Kraju, akceptowanie przekonań, którymi posługuje się na codzień jego społeczeństwo,
udział w kształtowaniu się tego społeczeństwa, rozumienie jego norm,
nakazów i zakazów, według których toczy się życie i układają się
wszystkie elementy stosunków międzyludzkich.
Tożsamością imigrantów
polskich w Ameryce zajmowano się w Ameryce od czasów I wojny światowej . Jednym z najbardziej znanych pośród socjologów
był Florian Znaniecki,
który wspólnie z Williamem
Thomasem opublikował
dwa grube
tomy Pamiętników Chłopów Polskich w Europie
i Ameryce. Autorzy
omawiali zebrane przez siebie
życiorysy
imigrantów polskich przede wszystkim z końca XIX-go
wieku. Zdaniem obu autorów asymilacja jest wynikiem
rozwoju grup emigranckich, a nie jednostek
. Polsko-Amerykańskie
społeczeństwo owego czasu - według nich - ewoluowało powoli jako całość od
polonizmów do amerykanizmów. Dowodzi tego fakt, że członkowie jego, szczególnie
druga generacja, nabywali coraz więcej
postaw
amerykańskich i byli pod
coraz większym wpływem
amerykańskiej cywilizacji.
Według obu
autorów ta "asymilacja jest na tyle
zjawiskiem grupowym, że
można ją
porównać z
takimi procesami jak germanizacja społeczeństwa czeskiego, trwająca od stu lat, albo jak przyjmowanie w ciągu XVIII wieku kultury francuskiej przez polską,
rosyjską i niemiecką arystokrację".
Dla
naszego opracowania dwa
punkty
są tu ważne. Pierwszy, że proces
asymilacji , tak jak pojmowali go Thomas i Znaniecki jest
długi i powolny. Rozciąga się najczęściej
na drugą generację
imigrantów. Drugim ważnym punktem jest opinia autorów, że
asymilacja może się odbywać tylko grupowo, poparta jakimś centrum, które
musiało wcześniej wykrystalizować
najważniejsze dla siebie
elementy polskości na
obczyźnie, a dopiero potem narzucało je
wprost albo pośrednio jednostkom które skupiły się wokoło niego. Obaj autorzy są
świadomi, że badane przez
nich grupy
polsko-amerykańskie miały jednorodne pochodzenie chłopskie lub chłopsko robotnicze i że
ten fakt ułatwiał tworzenie się lokalnych
polsko-amerykańskich
centrów przyciągania.
W badanych
przez nas
etapach
emigracji polskiej do Kanady w XX-tym wieku, a
więc, w czasie
późniejszym od okresu opisywanego
przez Thomasa i Znanieckiego uderza brak podobieństw do sposobów asymilacji
arystokracji polskiej, rosyjskiej i
niemieckiej XVIII-go
wieku do kultury francuskiej.
Wynika to zapewne zarówno z odmiennego charakteru
etapów imigracji polskiej do
Kanady jak i z
odmienności jej przyczyn.
Oprócz tego naszym zdaniem liczni imigranci polscy pozostawali
długi czas w rozproszeniu, np polskie
służące na kanadyjskich
farmach, lub w miastach często
asymilowały się
poza ośrodkami
krystalizującymi i dlatego ten proces nie
wszędzie przechodził w
taki sam sposób. Nie mówiąc o tym, że o asymilowaniu się do
kultury francuskiej decydowała moda, a
o asymilacji w nowym kraju -
życiowa konieczność.
W okresie miedzy wojennym pamiętnikami Polaków w Kanadzie
zajmował się Instytut Gospodarstwa
Społecznego w Warszawie.
W roku 1936-tym
ogłosił on konkurs z
nagrodami na
życiorysy
członków wychodźctwa polskiego planując publikacje tych pamiętników
jeszcze w
roku 1939-tym.
Prace zostały przerwane wojną, a ocalałe
oryginały pamiętników oraz
ocalała odbitka drukarska przygotowanego do druku tomu pamiętników z Kanady pozwoliły Instytutowi Gospodarstwa Wiejskiego
w Warszawie w
roku 1971 na publikację
p.t. Pamiętniki emigrantów.
Kanada. Nr. 1-16. To opracowanie Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego nie pretenduje
jednak do analizy procesów
asymilacyjnych.
Za czasów PRL-u
próbowano kontynuować zbieranie pamiętników
emigrantów, ale dla nas nie przedstawiają one
żadnej wartości ze
względu na swój bardzo propagandowy, a
mało prawdziwy charakter.
Po drugiej
wojnie
światowej tożsamością imigrantów polskich w Stanach Zjednoczonych zajmowała się socjolog
i imigrantka dr. Danuta Mostwin, również zamieszkała
w Stanach Zjednoczonych.
Jej opracowanie Trzecia wartość
poświęcone jest
dyskusji na temat stanu i
rozwoju
tożsamości emigranckiej Polaków w US. Uwzględniając powolne
przeistaczanie się indywidualnego Polaka w Amerykanina.
Mostwin zastanawia
się nad pytaniem czy asymilujący się w Stanach Zjednoczonych imigranci
przestawali być
Polakami. W tym celu wprowadza pojęcie trzeciej
wartości i następnie
opiera na nim klasyfikację stopni asymilacji
równorzędnej do zachowywania lub tracenia poczucia polskości. W ten sposób otrzymuje 5
kategorii
opartych na wyrażaniu stopnia polskiej lub amerykańskiej
tożsamości.
1 -
tożsamość polska
2 -
tożsamość polska zmierzająca ku tożsamości
dwukierunkowej
3 -
tożsamość dwukierunkowa
4 -
tożsamość
amerykańska
5 -
sprzeczności w obrębie tożsamości etnicznej.
Tej ostatniej kategorii używa Mostwin w szerszym niż poprzednie znaczeniu.
Imigranci 1-szej kategorii uważają się za Polaków i są
tak samo oceniani przez Amerykanów. W drugiej i trzeciej, procesy odchodzenia od polskości i adaptacja do amerykańskości są już w toku.
Osoby drugiej kategorii uważają się za Polaków, lecz
wiedzą, że Polacy w Polsce mówią o nich jako o
Amerykanach, podczas gdy oni sami
czują się w nowym środowisku
przybyszami dostatecznie
różnymi, aby Amerykanie traktowali ich jako Polaków. Jak uważa
Mostwin przyczyną tego odizolowania
subiektywnie odczuwanego, jest brak pełnego udziału w życiu
jednej i
drugiej narodowości.
Osoby trzeciej
kategorii uważają się za
Polaków, lecz wiedzą,
że są uważani
za Amerykanów zarówno przez Polaków
jak i Amerykanów. Ich
tożsamość jest
bezpieczna i chłonna, ponieważ, pisze
D. Mostwin,
mają
nieprzerwaną więź z kulturowymi wartościami
dawnego i nowego środowiska
i wpływami ich
wzorców wychowawczych.
"Tożsamość dwukierunkowa
jest nieszkodliwa dla równowagi psychicznej
i dla członka grupy etnicznej jest
tożsamością - idealną.."..
Kategoria czwarta obejmuje osoby, które Polacy nazywają
zazwyczaj Amerykanami polskiego
pochodzenia. Ich tożsamość jest wyłącznie
amerykańska.
Wprowadzając tę klasyfikacje Danuta Mostwin zakłada, że tożsamość amerykańska powoli wypycha ze świadomości imigranta jego tożsamość polską i że dopiero po zakończeniu tego procesu
następuje pełna asymilacja.
W
dalszym ciągu rozważań D. Mostwin zastanawia się nad zachowaniem
i przekazywaniem wartości kultury polskiej poza krajem Przy tej okazji próbuje
ustalić teoretyczny układ dziesięciu wartości kulturowych polskich,
jak twierdzi zależnych jedna od
drugiej, ułożonych hierarchicznie, a następnie omawia
tożsamość etniczną podkreślając,
że ... etniczność nie równa się zakresowi pojęcia kultura... Równa się natomiast układowi polskich wartości
kulturalnych
przeniesionych w klimat kultury
niepolskiej. Dynamika
interakcji pomiędzy tymi dwoma kulturami
wytwarza elementy nowe...
prowadzi do wytworzenia
etniczności. Stąd D. Mostwin rozróżnia
odcienie etniczności odpowiadające krajom, w których polska
diaspora znajduje się
i
wymienia 3 typy etniczności : kulturalną, religijną i narodową. Dla naszych
rozważań nad wizerunkami imigrantki
polskiej propozycje dr.
Mostwin nie są konieczne,
ponieważ
nam zależy przede
wszyskim na skutkach
asymilacji, czyli na reakcjach imigrantek
i imigrantów na Nowy Kraj. Mniej interesuje nas
natomiast teoretyczne budowanie modeli tożsamości imigranckiej
Interesujące jest jednak kiedy Mostwin porównuje swoje
kategorie tożsamości z
satysfakcją zawodową i przynależnością do amerykańskich
organizacji społecznych i
przytacza przy tym urywki wypowiedzi
niektórych respondentów
na rozesłaną przez nią ankietę. Dla
nas może najciekawszą jest wypowiedź
respondenta, który liczbę
lat potrzebnych do tego, aby móc się uważać za Amerykanina uzależnia od :" 1) rodzaju wspomnień
(szczęśliwych lub nie)
jakie zachowujemy z życia w
dawnej Ojczyźnie; 2)
liczby lat przeżytych w
Starym Kraju; 3)
postawy ludzi tutejszych jak i od postawy
ludzi z autorytetem. Te postawy uważam za
bardzo pozytywne, tzn przyspieszające
proces asymilacji..." Z punktu
widzenia niniejszego opracowania wydaje się, że o
stosunku imigranta do
jego
nowej ojczyzny decyduje
jednak więcej
czynników. Ważne są
pytania czy imigrant dobrowolnie opuścił starą ojczyznę, czy też pod przymusem?
Ile lat liczył w chwili przybycia do Nowego Kraju Czy jego kulturalne
uwarunkowanie było zgodne z
planami ponownego rozpoczynania życia
na nowej ziemi? Jakie
plany albo
oczekiwania poprawy/ pogorszenia losu
, kariery wiązał
z emigracją i czy te
plany miały możliwości
spełnienia
się, czy wyjazd miał charakter
emocjonalnie
negatywny, to znaczy czy dominowała
chęć opuszczenia Starego
Kraju za wszelką cenę, czy też pozytywny
- budowania nowego życia
dla siebie i rodziny?
Jak znosił
początkowy okres wyobcowania i samotności i co w
nim z tego okresu pozostało?
Czy w Starym
Kraju, tak jak w
Polsce po roku 1989, zaszły ważne
zmiany? I wreszcie czy decyzja
wyjazdu była jego własna
czy też nie? Dla kobiet imigrantek wszystkie
te
pytania są bardzo ważne, a
szczególnie ostatnie pytanie ma dużą wagę,
ponieważ bardzo wiele emigrantek przybyło do Kanady jako towarzyszki
swoich mężów. Ich priorytetem często bywało zatem
uniknięcie rozłąki rodzinnej, a opuszczenie kraju i wyjście z polskiego kręgu kulturowego znajdowało sie na
drugim
albo trzecim miejscu.
W ciągu dwudziestego wieku nie wszystkie imigrantki naprawdę
chciały opuścić swoje
rodziny i grupy przyjaciół
w Polsce. Niektóre
uległy
namowom narzeczonych, lub
mężów, inne myślały, że ich
pobyt za granicą będzie chwilowy, jeszcze
inne przed wyjazdem budowały
sobie
obraz Kanady na wzór Polski. Wreszcie spora ich część opuściła Polskę
podczas wojny i po 1945
roku obawiała się powrotu
do Polski
pod reżymem komunistycznym. Stąd
nawet pobieżna
znajomość Nowego Kraju
zastępowana była często
wyobrażeniami, które mogły mieć charakter marzeń
nie wiele mających wspólnego z krajem i jego
społeczeństwem. Ten rozdźwięk
pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością
mógł następnie zamienić się w nieusprawiedliwioną pretensję, którą jedna
z moich znajomych zamknęła w retorycznym pytaniu dlaczego
Kanada jest tak bardzo inna? Tak jakby to było winą Kanady, że jest inna niż
Polska. W miarę
upływu czasu rozdźwięk pomiędzy początkowymi marzeniami
i rzeczywistością na ogół zanikał, ale czasami wraz ze świadomością, że to
już jest stały pobyt
w tym nowym obcym kraju - przeradzał się w gorycz, która hamowała
możliwości głębszej asymilacji. Przykładem są tu ostre
słowa jednej z respondentek na mini-ankietę z roku 1998/99.
Na pytanie czy uważa się za osobę o
podwójnej kulturze : polskiej i kanadyjskiej, respondentka
oznaczona symbolem ZC odpowiedziała : tylko
polskiej, bo nie cierpię quebeckiej
kultury. (Respondentka mieszka w prowincji Quebec). Jakże
gorzka jest
wypowiedż autorki ukrytej pod pseudonimem Malwa. W życiorysie zatytułowanym To
nie jest Kraj
moich marzeń pisze
ona :...Jestem
coraz więcej podenerwowana, ogarnia
mnie coraz większa niechęć
do tego kraju. Sama wybrałam moją drogę,
zdecydowałam
się przyjechać tutaj,
więc nie mogę i nie powinnam
się skarżyć, zresztą komu .
W Polsce pracowałam w swoim zawodzie, miałam rodzinę, przyjaciół, ludzi
bliskich i
kochanych a
wybrałam niepewność, obcość /autorka przybyła do Kanady, aby
wyjść zamąż za człowieka, którego wcześniej
poznała - mój przypisek/
. Zastanawiam się
teraz dlaczego myślałam że Kanada jest czymś lepszym od Polski, dlaczego
oczekiwałam czegoś dobrego od tych obcych ludzi? Dlaczego nie
pomyślałam
wcześniej o wyobcowaniu i samotności
jaka musiała mnie tu spotkać...
Dalsza różnica pomiędzy
założeniami
D.Mostwin i naszymi polega na rozumieniu słowa
polskość i kultura polska
dnia codziennego. Mostwim nie definiuje
swojego pojęcia polskości.
Wydaje się jednak, że dla
niej polskość oznacza przede wszystkim stosunek
emocjonalnej przynależności imigranta
do Starego Kraju, jego losów,
historii, tradycji i kultury pisanej
wielką literą. Kultura dnia codziennego, która obejmuje postawy jakimi reaguje się na drobne codzienne
wydarzenia
i preferencje w wyborze norm społecznych, jest
dla Mostwin zamknięta
w dziesięciu wybranych przez nią
wartościach, które ułożyła według pewnej hierarchii. Mają one tworzyć
harmonijną
całość i zbiorowo odpowiadającą na
pytanie jak należy postępować
. Ma to więc być wzorzec postępowania
emigranta a nie jego postępowanie.
Natomiast dla nas ważna jest przede
wszystkim kultura dnia
codziennego, ten automatyczny,
niekontrolowany sposób reagowania na
środowisko, na sposób wychowywania dzieci, na
rozładowywanie napięć w rodzinie, na
ocenianie postępowania
ludzi
spotkanych na ulicy, lub w sklepie według
standartów Starego lub Nowego Kraju, a nawet na
układanie
sobie tych bajek,
które każda i każdy z nas opowiada sobie
codziennie o sobie i które decydują o naszym
poczuciu wartości. świetnie
ilustruje to Marie A.
Jabłońska w swoim życiorysie ... Co zamierzam tu
opisać to serię
kulturalnych szoków jakie przeciętny Europejczyk
ze średniej klasy
doświadcza po swoim przybyciu
do Północnej Ameryki jako
ubogi imigrant. Zanim
zacznę to
opisywać...chcę dodać, że dziś
jestem doskonale zaadaptowana do życia
tutaj i nie zamierzam wrócić do Europy. Po wtóre
nie chcę być źle zrozumiana. Moim celem nie jest krytykowanie
albo wyśmiewanie
czegokolwiek w Kanadzie.
Poprostu chcę podkreślić różnice w
postawach i
zachowaniach tak jak je widziałam wtedy, kiedy się tu znalazłam. I
wierzcie
mi, byłam nieustannie
zdziwiona, zaszokowana i często bardzo
krytyczna. Nic w tym nie
było dziwnego, ponieważ
przywiozłam ze sobą cały bagaż europejskiego snobstwa i przesądów.
W ciągu lat pobytu na obczyźnie
ten
bagaż kulturalny codziennego użytku modyfikuje się pod wpływem wieku, stanu zdrowia, ale także pod
uderzeniami codziennej rzeczywistości Nowego Kraju.
Asymilujący się imigranci prędzej czy później
zastępują w nim dawne postawy
sposobami nabytymi od lokalnych ludzi, w czasie
interakcji z instytucjami,
urzędami itd. Zaobserwowane
i może nawet nieświadome przyswajanie sobie nowych
form i nawyków jest poszukiwaną przez nas
podstawą
odbywającej się asymilacji imigranta.
Drugie pokolenie wyrosłe już na
nowej
ziemi ma znacznie mniejszy zasób bagażu kulturalnego ze
Starego Kraju,
ponieważ od młodości chłonie zwyczaje i
postawy kolegów szkolnych i środowiska,
w którym wzrasta przy jednoczesnej
coraz słabszej znajomości zwyczajów i postaw Starego Kraju.
Nawet jednak te i ci imigranci, którzy świadomie lub nieświadomie bronią się przed asymilacją wprowadzają zmiany
w przywiezionym ze
sobą bagażu polskiej kultury dnia
codziennego. Czasami w rezultacie tych zmian następuje automatyczne odrzucanie wszystkiego co pochodzi z Nowego Kraju, kiedy indziej swoista i spontaniczna selekcja przestarzałych odruchów przetwarza przywiezioną kulturę dnia codziennego w wyidealizowany obraz,
który jednocześnie pozwala na pozorną
adaptację do kultury
życia codziennego Nowego Kraju. Wygląda to wówczas tak, jakgdyby imigrant lub
imigrantka mówili sobie "wszyscy
zachowujemy się
tak, jak tego wymagają
normy
Nowego Kraju, ale tak
naprawdę wiemy, że tylko
nasze dawne postępowanie jest wyrazem prawdziwej
kultury". To też jest sposób na
rozładowywanie swoich kompleksów niższości wynikających z poczucia izolacji w Nowym Kraju.
Większość wytwarza sobie swoją osobistą mieszankę
kulturową, którą posługuje
się na codzień, powoli zwiększając w
niej swój wkład
kanadyjski, aż do
punktu kiedy kultura dnia
codziennego Polski jest używana tylko przy
spotkaniach z rodakami
i to nie ze wszystkimi.
Wśród
imigrantów Kanady zachodniej z pierwszej połowy XX-go wieku
istniał szczególny rozziew
pomiędzy nagromadzeniem
doświadczenia kanadyjskiego przez mężczyzn, którzy zwykle
przybywali pierwsi i przez przybywające
później kobiety. Ponieważ
w praktyce uzbieranie kwoty
pieniędzy potrzebnej na sprowadzenie rodziny często zajmowało sporo lat, więc
w chwili kiedy rodzina wreszcie
przybywała, mężczyzna był już "doświadczonym Kanadyjczykiem",
podczas gdy jego żona i dzieci
zaczynały się dopiero
oswajać z nową rzeczywistością.Ta
różnica dawała mężczyznom
dodatkową przewagę
w rodzinie. Stąd polski
ludowy patriarchalizm i
hierarchiczna
forma struktury rodzinnej wyniesione ze
wsi Starego Kraju bywały w
Kanadzie wzmacniane przez nabytą przez ojca
znajomość Nowego
Kraju i jego praw. W początkowych latach imigracji
dla
rodziny, czyli kobiet
i dorastających dzieci,
decyzje ojca były więc w
wielu
rodzinach absolutnie niepodważalne W tamtych latach dzieci
nie mogły się nie zgodzić z decyzją rodziców, musiały słuchać Agata Puzianowski
autorka powyższej uwagi nie odważyła się
wprost odmówić swemu ojcu wyboru
męża dla niej,
ale broniąc się przed narzuconym narzeczonym za namową swojej kanadyjskiej znajomej
poprostu
uciekła z domu. Czyli
milcząco przyjmując wybór dokonany
przez ojca zachowała się jak Polka, ale
uciekając z domu
przed narzuconym narzeczonym postąpiła już jak dziewczyna
kanadyjska.
W Kanadzie wschodniej, gdzie
emigranci polscy z XIX-go wieku i z pierwszej
połowy XX-go osiedlali się przede wszystkim w miastach,
patriarchalizm rodzin polskich mógł nie występować w tak jaskrawych formach jak
na zachodzie Kanady, dlatego
że zarówno większa gęstość zaludnienia,
jak i ciągłe kontakty z
różnorodnymi kulturami etnicznymi
mogły działać łagodząco
na polskie wiejskie tradycje. Ponadto, w miastach
łatwiej było się wyłamywać spod kontroli ojca,
ponieważ było znacznie więcej okazji do
usamodzielnienia się. Z
większymi możliwościami zarobkowymi
córek, łączyła się większa możliwość wyprowadzenia
się z domu. Wreszcie
w ośrodkach miejskich Kanady wschodniej osiedlały się także emigrantki z Polski, przybyłe
samotnie. W środowisku
polskiej imigracji były one traktowane
jako potencjalne żony, które
mogły sobie wybierać mężów według swojej woli. Z tych
co jechali doKanady było parę rodzin rusińskich,
kilkanaście dziewcząt, które
jechały jako służące albo do narzeczonych, a reszta to
żony z dziećmi . Był to rok 1930.
Aż do przełomu lat
50-tych i 60-tych ub wieku
emigrantka w mieście miała
bardzo niewielki wybór zawodów.
Najczęściej zatrudniana była jako służąca, nianka, ewentualnie opiekunka małych
dzieci. Rzadziej, dopóki
II wojna światowa nie
wywołała boomu produkcyjnego w miastach Kanady wschodniej , znajdowała miejsce pracy w różnych
mniejszych lub większych fabrykach
rozwijających się w takich ośrodkach jak Montreal lub
Toronto, ponieważ brak
znajomości języka zwykle uniemożliwial
jej pracę w środowisku fabrycznym, z wyjątkiem pracy w sweatshops bardzo popularnych w czasie
Wielkiego Kryzysu.
Po zakończeniu wojny i
powrocie kanadyjskich żołnierzy do domów Kanadyjki masowo rzucały pracę zawodową i wracały do domów,
aby zakładać rodziny i
rodzić dzieci.
, stąd nieznaczny procent imigrantek
biegłych w języku angielskim i
znających maszynopisanie oraz
inne prace biurowe mógł
teoretycznie już wówczas
szukać prac
sekretarek, recepcjonistek,
telefonistek itp. Nieco później po
wojnie wielkie magazyny i duże sklepy zaczęły
także przyjmować
imigrantki jako sprzedawczynie,
lub kasjerki, a małe przedsiębiorstwa usługowe,
powstające licznie w latach powojennych, chętnie
zatrudniały
osoby znające różne europejskie języki, ponieważ ich klientela często
tylko takimi władała.
Imigrantki z krajów
Europy wschodniej były także chętnie
widziane w urzędach rządu federalnego, gdzie
znajomość różnych języków była potrzebna w pracy. W sklepach nikt
się nie zastanawiał, czy nowo przyjęta
sprzedawczyni jest
zamężna czy nie, ponieważ wiadomo było, że imigrantki mężatki są tak samo
gotowe
pracować jak kobiety niezamężne Prace zarobkowe
podejmowane przez nie
często
pozwalały
mężowi, jeszcze niepracującemu,
na
znalezienie lepiej płatnej pracy,
albo zrobienie kursu językowego lub zawodowego,
który z kolei
mógł
mu zapewnić lepsze zarobki i wyższy
dochód w rodzinie. Stąd zarobkowanie mężatek w większości
traktowane było wśród Polaków jako chwilowe
i mąż nadal był uważany za głównego żywiciela rodziny. Mimo tej idee
generale dominującej wśród Polonii
z lat wojennych i powojennych praca
zawodowa imigrantek przeważnie
wydłużała się w czasie, bo w miarę powstawania nowych
planów życia
powstawały nowe potrzeby, jak np studia
dla dzieci, lub kupno nowego domu.
Zachęcała kobiety do pracy zawodowej także
i ogólna atmosfera kraju, gdzie
wzrost potrzeb imigrantów był
pochwalany jako normalny element asymilacji, a samodzielność była
jednym
ze świętych przykazań
społeczeństwa kanadyjskiego. Polskie
imigrantki na ogół chętnie
podejmowały pracę
zarobkową. Czasami szczególnie
atrakcyjna była ona dla młodych mężatek, które w pracy zawodowej
widziały dla siebie furtkę uwalniającą je od roli housewife, skoncentrowanej wyłącznie
na prowadzeniu domu i wychowywaniu
dzieci i z którą "mąż nigdy nie
rozmawiał o swojej pracy
zawodowej, a nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że o sprawach
publicznych i
zawodowych można by rozmawiać
z kobietą" Bunt przeciwko tej patriarchalnej
postawie męża znalazł się w odpowiedzi jednej z respondentek na mini-ankietę, imigrantki po wyższych
studiach przybyłej do Kanady 10 lat po drugiej wojnie. Pisze ona że
pierwszą swoją
pracę zawodową " podjęła wbrew woli męża. Mąż pogodził
się z moją decyzją, ale na jego warunkach.
Gdy nie kolidowało to z planami jego i dzieci." W
dalszym ciągu ta sama respondentka
tłumaczy dlaczego nie
lubiła swojej pierwszej pracy : "
Pracowałam tam gdzie miałam środek
transportu, lub możność dojścia w czasie wolnym od
obowiązków domowych. Z
powodu częstej przeprowadzki
z miasta do miasta ( awanse
męża w pracy) musiałam brać prace bez dłuższego zobowiązania."
Ta "chwilowość" zatrudnienia
kobiety powodowała, że etapy jej asymilacji opierały się
przede wszystkim na osobistej zdolności
adaptacji imigrantki do otaczającego ją środowiska od którego uczyła
się
języka, postaw i manier w kontaktach z ludźmi oraz
noszenia się po kanadyjsku. Etapy tej
adaptacji przebiegały
w różnych częściach Kanady w różny sposób. Także czas
przybycia imigrantki, jej status społeczny w Starym Kraju
oraz
jej wiek odgrywały poważną rolę w procesie asymilacji do kultury kanadyjskiej. To też
inaczej przechodziły proces asymilacji Polki które
przybyły do Kanady podczas wojny,
albo zaraz po niej, a inaczej te, które
później uciekały z komunistycznej Polski,
lub przybyły na fali "solidarnościowej"
emigracji.
Wydaje się, że po wojnie
w zetknięciach z Polonią zadomowioną już w
Kanadzie, nowo przybyłe
kobiety odczuwały potrzebę publicznego podkreślania swoich
więzów ze
Starym Krajem. Imigrantki z okresu wojennego i powojennego często
niejako z obowiązku partiotycznego
czuły potrzebę publicznego wyrażania swego przywiązania
do Polski, swojej dumy z polskiego
pochodzenia, tak
jakby w ten sposób chciały zbalansować
odczuwane w Kanadzie izolację i
wykorzenienie.
W miarę przedłużania się pobytu na obczyźnie ten stan emocjonalnej egzaltacji mijał i sprawy ongiś w Polsce
uważane za ważne
większości respondentek obojętniały, chociaż
dla wielu z nich ich stosunek do Starego Kraju i
jego
kultury się nie zmienił
Niewątpliwie kobiety,
które przybyły do
Kanady przed 1939-tym rokiem zaczynały
swą adaptację do Kanady przez
najniżej kwalifikowaną pracę zarobkową podobnie jak ich mężowie lub ojcowie. One wiedziały, że
wyjazd ze
Starego Kraju miał oznaczać wypracowanie sobie lepszego losu i
uzyskanie tego
celu było zależne od szybkości ich adaptacji i od ilości zebranych przez nie pieniędzy. "Czas płynął.
Zaczęłam lubić moją pracę (autorka
smażyła hamburgery) Dolary stale
napływały. Co tydzień odnosiłam
do banku $ 3, kupując sobie coś do
mojej wyprawy. Po ośmiu czy
dziewięciu miesiącach miałam odłożone 180 dolarów,
wyreperowane
zęby i
wszystkie ubrania jakie mogłam nosić. Dobrze mi się powodziło."
A skoro poprawa losu
oznaczała
adaptację do zwyczajów i
sposobów życia w Nowym Kraju,
to jak najszybciej należało dostosować
się do lokalnej społeczności, ponieważ
wtedy można było łatwiej i lepiej zarobić. Czasami jednak przywiązanie do postaw wyniesionych ze Startego Kraju bywało silniejsze aniżeli chęć zarobku. Taki przykład podaje D. Hoerder cytując
Annę Polkę, która uciekła do"
Indian" ze służby u "bogatego
państwa", w domyśle, ponieważ nie
traktowali jej tak jak ona
by sobie życzyła
Emigrantki czasu II wojny światowej
i pierwszych lat powojennych,
osiadłe przede wszystkim w miastach Kanady wschodniej znajdowały
w
swoich pracach zarobkowych znacznie
mniej zachęty do asymilacji. Otwarte dla nich zawody
sprzątaczki, służącej, lub nianki byly
i nadal są w pojęciu
ogromnej większości Polek imigrantek poniżeniem społecznym,
którego należalo unikać. Nieco lepiej było być
robotnicą w fabryce lub sprzedawczynią w sklepie, chociaż i to było
wyrazem
deklasacji społecznej, a i zarobki w
większości oznaczały raczej przeżycie
aniżeli perspektywy poprawy losu. Jednak już 10
lat po wojnie, kiedy Kanadyjki nadal
licznie zakładały rodziny zaczęły się pojawiać wolne
miejsca w
zawodach biurowych. Imigrantki znające wystarczająco angielski lub
francuski mogły więc, przy odrobinie szczęścia przejść
od pracy fizycznej do pracy biurowej.
Bardzo powoli zaczęto także brać pod
uwagę możliwości zatrudnienia imigrantek
odpowiednio do
ich wykształcenia, co do
czasów wojny światowej było
poprostu nie do pomyślenia. Powojenne
braki na rynku pracy przy jednoczesnej kontynuacji
rozwoju gospodarczego
Kanady powoli wymuszły więc
lepsze prace także i dla kobiet.
Ta nowa
pozycja polskiej imigrantki
na rynku pracy zaskoczyła do
pewnego stopnia niektórych członków
Polonii. Fakt, że dawała ona kobietom więcej
samodzielności i
lepsze pensje nie zawsze
spotykał się z aprobatą
ich mężów. Niektórzy
z nich
byli zadowoleni, że w ten sposób rodzina miała więcej pieniędzy, inni jednak
reagowali na nową
samodzielność ich kobiet
niezadowoleniem i poczuciem zagrożenia własnej
pozycji żywiciela i pana domu.
Z drugiej strony
samodzielność finansowa
mężatki potrafiła
czasami bardzo zmienić na gorsze jej stosunek do męża. Drobne
rodzinne nieporozumienia zaczynały w
takich rodzinach urastać do poważnych problemów. Niekiedy trwało to
miesiącami, kiedy indziej latami,
aż dodatkowe presje związane z pracą i trudnościami adaptacji w Nowym Kraju jednej lub drugiej strony doprowadzały do rozłamu w
rodzinach. Wiele małżeństw poprostu nie
wytrzymywało takiej próby. Kasia, autorka życiorysu "Wolna
i niezależna" pisze następująco
..." Bardzo dużo miejsca poświęciłam w
niniejszym opracowaniu mojemu małżeństwu. Były ku temu dwa powody. Po pierwsze zdarzenia te były przedmiotem największej mojej troski
w tym okresie. Po drugie zdarzenia te w sposób pośredni
ilustrowały moje
przejście z
jednej kultury w drugą. W Polsce
tragiczna sytuacja polityczna i ekonomiczna nie sprzyjała dojrzewaniu psychicznemu młodych ludzi.
Nie kształtuje się w nich
w sposób naturalny odpowiedzialności za
własne życie. Dlatego też przez lata na
wysiłki mego męża zmierzające ku uzależnieniu
mnie, reagowałam po przez próby albo zgody na jego warunki,
albo
przez wypracowanie sobie większej wolności. Trochę jak nastolatek starający się
albo być grzeczny,
albo wywalczyć sobie większą wolność ze strony rodziców, gdybym była dojrzałą kobietą taka
sytuacja nigdy nie
zaistniała by. Odpowiedzialność
za własne postępowanie i za
własne decyzje brałabym jako
pewnik. Byłabym przeświadczona
o swoim prawie do samostanowienia,
a jakiekolwiek próby uzależnienia
mnie trafiałyby w próżnię. Ponieważ nigdy przed ślubem takiej dojrzałości
nie osiągnęłam to i prawo do samostanowienia nie było
czymś naturalnym dla mnie." Jeden ze
znajomych polskich
lekarzy, u którego leczy się wiele
rodzin polskich imigrantów, uważa że
do dziś częściej mężowie aniżeli żony nie wytrzymują stresów związanych z
imigracją.
Od czasu
II wojny
światowej w takich
miastach jak
Montreal lub Toronto rozwój społeczności polonijnej
następował bardzo szybko. Duży napływ imigrantów z rodzinami po zdemobilizowaniu wojska
polskiego na Zachodzie oraz
DiPisów z różnych obozów
rozsianych po różnych kontynentach
sprzyjał powstawaniu dość zwartych grup polskich kontynuujących tradycje i
zwyczaje Starego Kraju, według których kobieta uważana była za
strażniczkę ogniska domowego i do jej
obowiązków należalo przechowywanie kultury i tradycji
narodowych. Żołnierze
armii polskiej na
Zachodzie, którzy ściągali
swoje narzeczone z Polski,
albo szukali
Polek na żony także oczekiwali
od swoich wybranek, że stworzą
im domy na modłę polską,
kontynuując polskie katolickie
wartości kultury i tradycji i przekazując
te wartości ich dzieciom. W tych oczekiwaniach brała
często udział miejscowa Polonia pielęgnując
atmosferę tradycyjnej roli Polki urządzającej święta według polskich
tradycji, biorącej udział w
imprezach polonijnych,
włączającej się w
działalności społeczne
:
polskie szkółki sobotnie
lub niedzielne,
zespoły tańców
polskich,
udział w organizowaniu kas
samopomocowych, witanie
nowo przybyłych,
przygotowywanie
kursów języka angielskiego, a także organizowanie
różnych związków lub
komitetów pomocy
imigrantom oraz społeczeństwu
polskiemu.
W pojęciu społeczności polonijnej
natomiast asymilacja kobiet do Kanady była sprawą
drugorzędną, prywatną każdej
nowo-przybyłej emigrantki i jako taka nie była w planach zainteresowań
społeczności polonijnej.
Nie było na przykład polonijnych kursów językowych dla kobiet, chociaż Polonia organizowała
kursy zawodowe i językowe dla mężczyzn.
Stąd dla wielu imigrantek
mężatek drugiego i trzeciego etapu (1940-1979) najczęstsza droga do asymilacji prowadziła albo przez pracę zarobkową albo przez
bezpośredni
kontakt
ze społeczeństwem kanadyjskim, na przykład podczas cotygodniowych zakupów żywnościowych w
wielkich magazynach żywnościowych, w
których
wystarczała nawet minimalna
znajomość języka. O tym jak bardzo kulawa bywała taka asymilacja
świadczy montrealska anegdota ze środowiska
kanadyjskich sędziów przepytujących kandydatów na obywateli kanadyjskich.
Otóż na standartowe pytanie jednego z nich
co
kandydatka robi w Kanadzie, pewna
polska starsza pani odpowiedziała szczerze Me, go to Steinberg, then push, push my cart. Na
szczęscie w latach powojennych sędziowie kanadyjscy przejęci
zasadą
łączenia rodzin przyjęli
to kulawe zdanie jako wystarczającą znajomość wymaganego języka angielskiego i dali jej obywatelstwo kanadyjskie. W nieco lepszej sytuacji asymilacyjnej znajdowały się
imigrantki
matki mające dzieci w wieku
szkolnym. Obowiązek uczestniczenia w
szkolnych zebraniach rodziców, współpraca z nauczycielami, udział w
organizowaniu różnych szkolnych imprez oraz
wszystkie
inne kontakty ze szkołą zmuszały polską
matkę do rozszerzania swego minimum językowego,
a także zapoznawały ją z różnymi kanadyjskimi instytucjami życia
społecznego. W rezultacie przy dobrej woli imigrantki
asymilacja osiągnięta dzięki tym kontaktom bywała nieraz
o
wiele głębsza aniżeli można było przypuszczać.
Źródła
Opracowanie niniejsze jest próbą
uporządkowania informacji zaczerpniętych
przede wszystkim z wypowiedzi
indywidualnych
emigrantek, ich autobiografii, biografii, wspomnień
i biogramów publikowanych
w mało licznej dokumentacji dotyczącej
polskiej imigracji kobiecej w Kanadzie.
Ponadto opiera się na anonimowej mini-ankiecie przeprowadzonej przeze mnie w latach 1998-1999, której celem było uzyskanie
dodatkowych informacji o tym jak polskie
imigrantki w Kanadzie z drugiej połowy
XX-go wieku patrzą na siebie
i swoje życie na obczyźnie. Otrzymałam odpowiedzi 30-tu respondentek,
co stanowi około 10 % rozesłanych ankiet. Posługując
się przyjętym podziałem na cztery etapy imigracji
otrzymałam 5 odpowiedzi od
imigrantek z drugiego etapu
(1940-1956 ), 11 odpowiedzi
nadeszło od imigrantek z trzeciego
etapu (lata 1957-1979) i
14 odpowiedzi z
czwartego
etapu (1980-2000).
Oba źródła
mają charakter osobistych wypowiedzi i
wskutek tego zawsze są subiektywne w
ocenie sytucji, w
której znajdowały się kolejne fale polskiej emigracji. Dlatego trzeba było je
uzupełnić
informacjami zaczerpniętymi z publikacji omawiających
ogólną
sytuację imigrantów w poszczególnych
okresach czasu, w tym
także, ewolucję
kanadyjskiej polityki imigracyjnej w minionym stuleciu oraz
ewolucję Polonii
kanadyjskiej.
Ponadto sięgnęłam do
kilku publikacji
polskich imigrantów oraz kilku reportaży Polaków,
którzy w ciągu drugiej
połowy XX-go wieku
odwiedzali Kanadę. Z uwagi na małą prawdziwość romantycznych książek Melchiora Wańkowicza, dotyczących
imigracji polskiej
w
Kanadzie nie uznałam ich za
wartościowe źródła, podobnie
pominęłam publikacje Arkadego Fiedlera,
którego reportaże nie mają żadnej wartości
poznawczej dla naszego tematu
kobiet polskich
w Kanadzie.
Sporo informacji dostarczyły
mi wydawnictwa polonijne
jak słowniki biograficzne,
publikacje omawiające dorobek
kulturalny Polonii, pamiętniki
,życiorysy, wspomnienia oraz
biuletyny, informatory, księgi
pamiątkowe
itp publikacje różnych organizacji polonijnych.
Wreszcie opierałam się
także na własnych spostrzeżeniach, notatkach i
obserwacjach uzbieranych podczas prawie czterdziestoletniego pobytu w
Kanadzie.
We wszystkich tych źródłach szukałam
elementów odnoszących się do wizerunków polskich emigrantek, ale
ponieważ są
one najczęściej ściśle związane z
doświadczeniami emigracyjnymi ich mężczyzn, więc opisując imigrantki polskie
nie
sposób było nie mówić
o ich partnerach, mężach,
ojcach,
braciach oraz o ogólnej roli mężczyzn
uznawanych do dziś przez
znaczną część Polonii za głównych bohaterów imigracji.
Notatki, wspomnienia,
biografie samych emigrantek
cechują się charakterystyczną
stronniczością informacji.
Historycznie są
zróżnicowane ilościowo i
jakościowo. Biografie i
wspomnienia pierwszego
(1900-1940), trzeciego
(1957-1979) i
czwartego (1980-2000) etapu napisane są przeważnie
w
odpowiedzi na apele instytucji polskich
lub polsko-kanadyjskich.
Znalazłam także
dwie krótkie biografie
napisane przez kobiety z drugiego
(1940-1957) etapu. Wszystkie
były publikowane w trzech
instytutach badawczych.
Przed II
wojną światową w roku 1936 Instytut Gospodarstwa Społecznego
w Warszawie
zorganizował konkurs z nagrodami
pieniężnymi na pamiętniki emigrantów polskich na
świecie, w tym także
i w Kanadzie.
W roku 1957 tygodnik "7 dni" w PRL-u ogłosił następny konkurs na pamiętniki emigrantów.
Cele tego
ostatniego
zamierzenia były jednak wyłącznie propagandowe.
Po wojnie
Kanadyjsko Polski Instytut
Badawczy przy Kongresie Polonii Kanadyjskiej w Toronto rozpoczęł zbieranie pamiętników i biografii
emigrantów w Kanadzie .
Pamiętniki emigrantów wydane przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie przedstawiające
pierwszą falę imigracyjną noszą na sobie
znak czasu. Są one opublikowane "w
stanie surowym", to znaczy bez dokonywania selekcji
pod kątem przydatności do
badań socjologicznych, albo stawianych hipotez
i dzięki temu są bardzo wiarygodne. Także
co bardzo
charakterystyczne, są wszystkie poza jednym
pisane przez mężczyzn.
Jedyny pamiętnik napisany przez kobietę, żonę
robotnika w fabryce
pończoszniczej odnosi się do życia jej i
jej męża w prowincji Quebec.
Przedstawia
on
ciągły proces porównywania życia w Polsce i w Kanadzie i
podkreśla
walory życia w Nowym Kraju, mimo dyskryminacji
i samotności tej rodziny.
Wspomnienia, biogramy i życiorysy publikowane
w Kanadzie są często opracowywane, skracane, tłumaczone
z polskiego na angielski lub odwrotnie, a czasami redagowane przez ekipę
badawczą
i redakcję publikacji
(por. Polacy w Albercie
pod redakcją J. Matejko).
Część ich
przedstawia wspomnienia
rodzinne, w których dzieci lub wnuki opisują poświęcenie, pracowitość i
pomysłowość matek i ojców na tle ogólnych warunków życia
rodziny. We wspomnieniach
pisanych przez
kobiety
uderza programowy optymizm ;
było ciężko, - ale daliśmy sobie
radę, było dużo roboty
i było samotnie, - ale
przybyło więcej osadników i teraz jest lepiej, spotykamy się z
sąsiadami i urządzamy wspólne śpiewy i
zabawy taneczne itd. To dzieci i wnuki, a czasami mężowie piszą jak było ciężko i ubogo i jak praca
ponad
siły oraz częste porody
wyczerpywały zdrowie imigrantek, które przybyły do Kanady młode i
zdrowe, aby zrealizować swój sen
o dobrobycie na kanadyjskiej
farmie.
W prawie wszystkich przypadkach są to
wspomnienia kobiet, które mówią o sukcesie ich życia i z jednej
strony są dumne z siebie, że tyle osiągnęly, a z drugiej uważają ten sukces
za
wynik zachowania wartości,
w
których
zostały wychowane, szczególnie owej back breaking work, która w ich
pojęciu jest należną ceną
za późniejszy sukces.
Pojęcie
sukcesu jest przy
tym subiektywne, czasami
oznacza tylko długość drogi przebytej
pomiędzy
startem
w warunkach największego prymitywu, a skromnym zabezpieczeniem na starość w
postaci niewielkiej rodzinnej
farmy, innym
razem jest to prawdziwy sukces na wielkiej i bogatej farmie, albo w przedsiębiorstwie
miejskim. Prawie zawsze przebija duma
ze spełnienia obowiązku
rodzicielskiego
i zapewnienia dzieciom możliwości
wykształcenia i awansu społecznego.
Pamiętniki kobiet z lat powojennych są nieliczne.
Kobiety z grupy uchodźców
politycznych
były niechętne pisaniu własnych
wspomnień uważając niesłusznie: "że pamiętniki powinny pisać osoby wybitne, mężowie stanu, żołnierze, którzy spełniali heroiczne czyny, wielcy artyści, albo ludzie, którzy mają naprawdę
wielkie osiągnięcia. A co może napisać zwykła emigrantka
"? Stąd niechęć
do spisywania własnych dziejów tak charakterystyczna w grupie, wychowanej w przedwojennym przekonaniu, że życie kobiety toczy się małą scieżką obok życia
jej mężczyzny i wogóle jest mniej ważne niż życie mężczyzn.
Zmianę stosunku do
pisania pamiętników widać dopiero wśród powojennych
emigrantek z pokolenia urodzonego
i wychowanego w Polsce Ludowej. W tej grupie
imigrantki nie wahają się opisywać swoich i rodzinnych
sukcesów, niepowodzeń, trudności
napotykanych z powodu
bezdusznej biurokracji albo nawet dyskryminacji.
Podkreślają swój udział lub swoją rolę w rodzinie pisząc "ja zdecydowałam...", "ja byłam czujna"...,
"moja wrażliwość"...,
podczas
gdy poprzednie pokolenia
imigrantek używały określeń "mąż zdecydował"... lub "zdecydowaliśmy"...,
" Opisują swoje problemy osobiste, często wspominają o swoim wpływie
na
mężów i o roli mężów i dzieci w
adaptowaniu się do Nowego Kraju, o tęsknocie za Polską
i urządzaniu się
w Kanadzie. Robią
uwagi ogólne
porównywujące życie w
Kanadzie i w Polsce, wyjaśniają powody, dla
których wyjechały z Polski,
tęsknią,
cieszą się i złoszczą
na nieprzewidziane sytuacje, chętnie
dzieląc się z czytelnikami
własnym poczuciem ważności.
Osobiste wspomnienia,
autobiografie i biogramy są także
obciążone kryteriami wyboru do publikacji
nadsyłanych wspomnień. Są to
bowiem odpowiedzi na apel zbierania życiorysów.
Polki,
których wspomnienia i autobiografie zostały opublikowane
w Polacy
w Albercie. Wspomnienia i życiorysy oraz w Pamiętnikach emigrantów
nie były wybrankami losu,
znakomitościami o których wszyscy
wiedzieli, albo osobami szczególnie
ważnymi. Wręcz przeciwnie. Ich świadectwo
było jednostkowym opisem
warunków życia emigranckiego nie
wiele odbijającego od losów życia
przeciętnych emigrantek z
różnych etnicznych grup ( poza Brytyjczykami) żyjących w Prowincjach preriowych
w XX-tym wieku.
Nasuwają się przy tym dwie uwagi. Pierwsza
to, że dokumentacja dotycząca kobiet,
które nie stały się przypadkami sukcesu jest bardzo nikła. Druga uwaga wymaga, że dla obiektywnej
oceny osiągnięć
polskich emigrantek konieczne jest tło, w
którym ich życie
się rozgrywało. Pustki dotyczącej przypadków
przegranych marzeń i nie udanego życia nie udało mi się wypełnić
analogicznymi przykładami z życia
kobiet z innych grup etnicznych, ale charakterystyka ogólnych warunków życia w danym okresie
czasu i miejscu
Kanady wschodniej i zachodniej przynajmniej pozwoliła
na nazwanie najważniejszych przyczyn
ciężkiego życia. Stąd także wywodzą się konieczne uzupełnienia dotyczące ogólnych
warunków społecznych,
ekonomicznych i polityczno prawnych w poszczególnych prowincjach
i w całej Kanadzie. One
to bowiem
określały rezultaty imigranckich wysiłków i osiągnięć, a
więc także i polskiej
emigracji. Konieczne było
także wzięcie pod uwagę ważnych przemian społecznych i gospodarczych
dokonywujących się w Kanadzie nie tylko
pod wpływem masowej imigracji z pierwszej połowy XX wieku i wynikających z niej przemian,
ale także rozwijających się pod wpływem
sytuacji światowej, a
przed wszystkim Wielkiego Kryzysu
i II wojny swiatowej, jej
skutków lokujących nagle
Kanadę wśród najbardziej liczących się
krajów świata. Głębokość
przemian ekonomicznych i politycznych
wywołanych tym nowym stanowiskiem
zaważyła na mentalności społeczeństwa kanadyjskiego do tego stopnia, że
w ciągu paru dziesięcioleci jego skala
norm i wartości uległa całkowitej zmianie.
Jak w tych przemianach partycypowały
emigrantki polskie jest jednym z pytań na które w niniejszym
opracowaniu poszukujemy
odpowiedzi. Faktem jest, że polskie
imigrantki w Kanadzie mają
znaczną kartę w budowie
nowoczesnego społeczeństwa kanadyjskiego, nie tylko
dlatego, że uczestniczyły
we wszystkich etapach przemian, ale także ponieważ swoją pracą, inicjatywą
oraz uporem w utrzymywaniu
własnego bagażu kulturowego przyniesionego
z Polski przyczyniły
się
do rozwoju Polonii kanadyjskiej,
aktywnej we wszystkich dziedzinach życia społecznego oraz
w zachowaniu kultury polskiej na obczyżnie.
Etapy masowej emigracji do Kanady
Podziały
czasowe
emigracji polskiej w Kanadzie
bywają różnie wyznaczane.
Naogół
wszyscy są zgodni, że emigrację
polską do Kanady można podzielić
na kilka okresów, które różnią się
między sobą liczebnością i
warunkami w Nowym Kraju. Bogdan Czaykowski,
profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii w Vancouverze
dzieli prawie całe stulecie (1901-1988) na 3 fale. Pierwsza
(1901-1940) przedwojenna objęła między
150 a 170 tysięcy Polaków. W drugiej fali w której wydziela 3 podokresy
:
wojenny (1940-1945), powojenny
pierwszy (1945-1957) i powojenny drugi (1957-1981) liczba ogólna polskich imigrantów wyniosła
około 100 tysięcy osób.
Trzecia fala, która wg. B.
Czaykowskiego stanowi
emigrację "solidarnościową",
która zaczęła się
w roku 1981 i trwała do końca wieku. Aż do roku 1984 objęła około 20 tysięcy Polaków.
Z racji
charakteru naszego studium podział czasowy
emigracji wprowadzony
przez prof. Czaykowskiego
musiałam nieco zmodyfikować, ponieważ trzeba było
uwzględnić różnice występujące pomiędzy
poszczególnymi grupami kobiet, a
związane ze zmieniającą się sytuacją w Polsce oraz
ze zmianami odbywającymi się w Kanadzie. Z tej racji minione stulecie polskiej
emigracji w
Kanadzie podzieliłam na
następujące cztery historycznie umotywowane etapy.:
I. (1900-1940) obejmował czas, w
którym cała emigracja
(
poza brytyjską) do Kanady
była dobierana według zapotrzebowania
na niekwalifikowaną siłę
roboczą;
II. (1940-1957) opierał sie na nowych planach osiedleńczych
Kanady wymuszonych wojną i składał się przede wszystkim ze
zdemobilizowanych
żołnierzy oraz DiPisów. Kobiety
imigrantki tego okresu to war
refugees, żołnierki i DiPiski, do
których Kanada początkowo odnosiła się
bardzo niechętnie;
III. (1957-1979)
obejmował lata w których większość polskich emigrantów wyjeżdżała z
Polski
Ludowej, pół- legalnie, nielegalnie i
najrzadziej legalnie.Po gorzkich doświadczeniach okresu
stalinowskiego, frustracjach rządów Gomułki, po
niepokojach społecznych za
Gierka imigranci
chcieli przede wszystkim wybrać
wolność. Imigrantki z tego okresu były naznaczone złymi doświadczeniami
w Polsce i ich
decyzja opuszczenia Polski była tego wynikiem. Kanada
natomiast coraz wyrażniej
poszukiwała już wówczas wykształconych kandydatów na
imigrantów.
IV. (1979-2000) obejmuje zarówno okres rosnącego
fermentu społecznego przygotowującego rozpad komunistycznej
władzy w Polsce jak i pierwszą
dekadę niepodległości
III-ciej Rzeczpospolitej. Emigranci
polscy tego okresu są obarczeni frustracją
przeżytą w Polsce, ale różnią się od swoich poprzedników postawą
osobistych
oczekiwań wobec własnej emigracji, a
także tym, że urodzili się i
wychowali w PRL-u
Podział wprowadzony
przez nas
uwzględnia
więc z jednej strony przyczyny, dla
których Polacy emigrowali do Kanady , a
z drugiej zasady wyboru
dokonywanego przez Kanadyjczyków
w masie potencjalnych kandydatów na
emigrantów dobijających się
do drzwi tego Kraju.
Pierwszy etap emigracji (od
około roku 1900 do roku 1940) , miał charakter wyłącznie
ekonomiczny i cechował się
jednorodnością społeczną przybyszów, ponieważ kanadyjskie
kryterium przyjmowania emigrantów
z kontynentu europejskiego
wpuszczało do Kanady tylko ludzi
nawykłych do ciężkiej pracy
fizycznej. Mieli to być robotnicy
potrzebni przy budowach
dróg, transkontynentalnych kolei, w przemyśle
górniczym, przy eksploatacji
lasów,
nieco rzemieślników, a
wreszcie
osadnicy rolni kolonizujący puste,
bo zaledwie otwarte dla
osiedlania partie trzech prowincji
preriowych. Podobnie bezludna, a może nawet jeszcze bardziej, była Brytyjska Kolumbia, gdzie
parę
dziesiątek lat wcześniej skończyła się właśnie gorączka złota i masy odpływających poszukiwaczy
złota pozostawiły po
sobie setki
pustych obozów, osiedli i ghost towns ( pustych miast.)
Spekulacja ziemią oraz
słabo rozwinięta infrastruktura
administracyjna we wszystkich czterech terytoriach,
a następnie prowincjach zachodnich sprzyjały powstawaniu różnego rodzaju form osadniczych. Obok ogromnych farm bydła
wypasanego okrągły rok na pustych przestrzeniach południowo
zachodniej prerii i we
wnętrzu Kolumbii Brytyjskiej, linia
kolejowa CPR
posiadała miliony akrów
ziemi podzielone na townships - dystrykty wielkości 6 mil kwadratowych.
Te z kolei podzielone na 30 sections
- kwadratów
po 4
działki o powierzchni 160 akrów każda, przeznaczone do osadnictwa. Wszystkie dystykty
były ponumerowane. Zasadniczo osadnik otrzymywał 1 ćwiartkę sekcji
(160 akrów)
za symboliczną opłatę i miał ją zagospodarować. Sprytniejsi,
lub bogatsi korzystając
z informacji dotyczących
lokalizacji stacji kolejowych
wybierali sobie najlepsze działki lub
poprostu kupowali całe
sekcje podstawiając członków
rodziny jako potencjalnych osadników. Następnie w miarę jak cena ziemi szła w górę sprzedawali
ją po kawałku,
dobrze na tym
zarabiając. Inni
starali się odkupywać działki już przygotowane pod uprawy
od osadników, których
z braku kredytów nie stać było na dalszą
uprawę, lub których w
rozmaity sposób można było
przekonać, że się na
nich nie utrzymają ani nie wyżywią rodziny. Spekulacja ziemią w Kanadzie Zachodniej od dawna miała swoje rozliczne
rozgałęzienia wśród
lokalnych notabli , tworząc często niekorzystne dla ubogich imigrantów warunki osadnicze. Tereny pozostawiane dla nich bywały więc oddalone od istniejących
już miast, znajdowały się w gęstym buszu, lub, jak
w Peace River Region
położone była daleko na północ od bardziej
zaludnionych części Alberty i Brytyjskiej Kolumbii.
Na początku XX-go wieku parę tysięcy brytyjskich imigrantów znęconych zupełnie
fałszywymi ogłoszeniami
o wspaniałej okazji osadniczej
w zachodniej Kanadzie
przybyło do Saskatchewan
z zamiarem
skolonizowania okolic miasteczka Battleford Brytyjczycy, którzy dali się na
te ogłoszenia nabrać nie mieli
pojęcia jak pusty
i dziki był
wówczas Saskatchewan poza tym większość z
nich nie znała rolnictwa ani pracy na roli a
co najważniejsze nie
miała żadnych funduszy,
które pozwoliły by im na budowę własnych farm. Toteż jeszcze w drodze
do swoich
miejsc osadzenia, w mieście Saskatoon, w dopiero co powstałej w roku 1905 Prowincji Saskatchewan w którym było wówczas więcej namiotów aniżeli budynków, zniechęceni Anglicy stali się ciężarem rządu federalnego,
który musiał im zapewnić dach nad głową i zorganizować wyżywienie
dla bezradnych
przybyszy z Wielkiej Brytanii. W rezultacie wielu z
nich wróciło do kraju
macierzystego i
tylko jedna niewielka kolonia brytyjska powstała wokoło miasteczka Lloydminster.
W
końcu XIX-go i
początkach XX-go wieku powstawały także gentelmen farms czyli farmy czasami mające być także
szkołami hodowli lub rolnictwa, organizowane
dla synów bogatych brytyjskich
rodzin, tzw remittance men.
Byli to przeważnie
młodsi synowie
bogatej klasy mieszczańskiej,
również nie mający pojęcia o
rolnictwie wogóle, a tym bardziej o szczególnych
trudnościach rolniczych
Kanady zachodniej. Dla
bardzo wielu z nich celem
pobytu w Kanadzie było
stworzenie angielskich enklaw imitujących życie gentelmen farmers, takich
jacy wówczas istnieli
w W. Brytanii. Na ich farmach bywały więc
częstsze zabawy i polowania uzupełniane dużą ilością alkoholu, aniżeli praca w polu. W sąsiedztwie takich gentelmen
farmers nierzadko rozwijała się
pomiędzy kanadyjskimi
hodowcami bydła i osadnikami rolnymi ostra, czasem
krwawa
rywalizacja
o wodę i ziemię. Remittance men zwykle jej nie zauważali, zajęci
reprodukowaniem angielskich wzorów farm opartych na
najemnej sile
roboczej w słabo zaludnionych
regionach, w których stałej lokalnej najemnej siły roboczej
praktycznie było bardzo niewiele. Niewątpliwie takie właśnie
doświadczenia z naborem brytyjskich imigrantów leżały u podstaw dążeń Partii Liberałów do zasiedlenia prerii przez sheepskin men i ich rodziny.
Polacy, podobnie jak i inni europejscy
imigranci, którzy przybywali na prerie
kanadyjskie przed I-szą wojną światową zazwyczaj wybierali tereny
zalesione.
Trzeby było najpierw je wykarczować, a
dopiero potym
osadnik mógł zacząć uprawiać ziemię.
To wymagało ogromnej pracy w bardzo
prymitywnych warunkach i często bez podstawowych narzędzi,
dlatego jako ubodzy imigranci zaczynali od
pracy najemnej u innych farmerów, lub zimą w obozach
drwali , aby uzbierać
sumę potrzebną
na zakup sprzętu ułatwiającego karczowanie
buszu, orkę
oczyszczonych pól no
i zakup ziarna
potrzebnego do siewu
na częściowo uprawianych polach.
Drugi etap imigracji polskiej
do Kanady został spowodowany II wojną światową. Zaczął
się w
roku 1940-tym i sięgał
aż po mniej więcej 1957 rok. W tej fazie dominowało uchodźctwo polityczne z dużą
domieszką polskich wyższych klas społecznych
oraz zdemilitaryzowanych wojskowych. Uchodźcy
ci byli zróżnicowani
pod względem wykształcenia i
wieku. Wszyscy cechowali się
wyrażnie i otwarcie manifestowanym patriotyzmem i większość z nich starała się przenieść
do miast natychmiast po zakończeniu prac kontraktowych w rolnictwie.
Po roku 1957 zaczęli do Kanady napływać Polacy, którzy uciekali
z Polski spod reżymu komunistycznego. W fazie tej polityka
kanadyjska świadomie poszukiwała
wśród uciekinierów zza Żelaznej Kurtyny ludzi
posiadających albo wyższe
wykształcenie albo dobre kwalifikacje
zawodowe. Z
drugiej strony w okresie tym Polacy w Polsce
postrzegali Kanadę jako
kraj niemal idealny, do tego stopnia, że samo słowo Kanada używane było jako oznacznik najwyższej jakości
lub
wyjątkowego szczęścia.
Polacy opuszczający Kraj legalnie lub nielegalnie
znajdywali w tym czasie w
Kanadzie już niegołosłownie życzliwe przyjęcie.
Ostatni etap zaczął się kiedy wielu
młodych Polaków, sfrustrowanych
sytuacją w Kraju w latach 80-tych ruszyło zagranicę, ponieważ
"w Polsce już nie dało się żyć". W
kilka lat później dołączyli
do
tej grupy aktywiści z
"Solidaności" często
wybierający emigrację jako
alternatywę więzienia. Wreszcie w pierwszych latach
niepodległej III
Rzeczpospolitej wyjechało z Polski wielu
młodych którym transformacje
ustrojowo-gospodarcze wydawały się o wiele
trudniejsze aniżeli zaczynanie życia
od początku w Nowym Kraju.
Podział na
4 etapy jest oparty z
jednej
strony na konkretnej polityce
imigracyjnej rządu kanadyjskiego, a z
drugiej na różnicach charakteryzujących
polskie imigrantki. Jest to
o tyle ważne, że na ogół
emigrację traktuje się jako jednostronną decyzję
osób gotowych opuścić swój kraj, rzadko zdając sobie sprawę, że w
procesie imigracyjnym rola kraju przyjmującego jest decydująca
w
wyborze potencjalnych obywateli. Zmieniając jej kryteria
można manipulować charakterem imigracji, odpowiednio do zmian polityki wewnętrznej.
Jak kiedyś powiedziała
mi Lilian, moja
zmarła przyjaciółka, imigrantka
z Irlandii "w twoim Starym Kraju myślą, że to
ty wybrałaś sobie miejsce i
rodzaj pracy, a nie wiedzą że
to od ciebie nie zależało".
CZĘŚĆ DRUGA: W pojedynkę
ROZDZIAŁ II
Etap pierwszy ( 1900 -1940 )
W pierwszej połowie ub.wieku Polki
emigrowały do Kanady
przeważnie jako żony lub narzeczone wcześniej przybyłych imigrantów,
ewentualnie jako dorastające
córki. Łączenie rodzin następowało zwykle
po kilku, lub nawet kilkunastu latach
oczekiwania, podczas których
mężczyzna zbierał pieniądze
potrzebne do sponsorowania i
sprowadzenia rodziny,
a także odpracowywał swoje zobowiązania
podpisane przy podaniu o
imigrację do Kanady. Wielkie prace
budowania kolei, łączących powstające
miasta, popierane przez
rządy prowincjalne albo nawet przez rząd federalny wymagały robotników
,
których łatwo można było przenosić z miejsca na
miejsce w miarę
postępu robót.
Stąd w pierwszych dekadach XX wieku świeżo przybyły Galician, być może polski ubogi imigrant, najpierw
wędrował po różnych obozach drwali ,
po obozach przy budowie linii kolejowych,
pracował w kopalniach węgla lub różnych metali i znów wracał do obozów drwali. Zycie miał monotonne i prymitywne : praca, posiłki i sen.
W dnie wolne od pracy jeździł do najbliższego miasteczka ; tam mógł wydać zarobione pieniądze na wódkę i
prostytutki. Jeśli miasteczko
było daleko lokalne prostytutki zakładały
w pobliżu drwali swoje
przenośne pomieszczenia
z salą do tańca i barem z
alkoholami. Niektórzy mieszkańcy oburzali
się na niemoralność, ale
przeważnie zajęci byli
swoimi własnymi
sprawami, a dopływ pieniądza
zawsze się w miasteczku
przydawał. Mieszkańcy jego, z
własnego doświadczenia wiedzieli, że
młodzi, samotni mężczyźni
potrzebowali
odprężenia. Było powszechnie
wiadomo, że wielkie kompanie
potrzebują robotników, których można bez
trudności przenosić z miejsca na
miejsce i nowi imigranci świetnie tę
rolę spełniali.
Dziewiętnastowieczny eksperyment z emigracją całej parafii z Kaszub w Polsce, prowadzonej
przez polskiego księdza,
który wyjechał z Kraju razem z emigrującymi
rodzinami
zakończył się wprawdzie sukcesesm i
zbudowaniem osiedla Wilno koło Barry's Bay, w Ontario,
ale więcej razy nie
został powtórzony, a od
końca XIX-go
wieku Kanada
kładła nacisk na młodych
samotnych mężczyzn, którzy mogli być przerzucani z miejsca
na miejsce do pracy gdziekolwiek by ona była. W konsekwencji w owym czasie przez Kanadę przesuwały
się masy samotnych mężczyzn, pracujących
lub poszukujących pracy
albo stałego
miejsca zamieszkania. Oprócz Chinczyków i Japończyków
byli to popularnie nazywani "brudno biali" czyli emigranci z Grecji,
Włoch, Portugalii oraz
Europy wschodniej i centralnej,
w tym także i Polacy. Po zakończeniu kontraktów na pracę
europejscy imigranci pozostawieni sami
sobie, zaczynali
wędrować po preriach
w poszukiwaniu dla
siebie i swoich rodzin własnego miejsca w
Nowym
Kraju. Na stałe osiadali, kiedy przybywały ich rodziny.
Koncepcja ruchomej siły roboczej
imigranckiej, często
nie mającej prawa sprowadzenia rodziny (
jak np Chinczycy i Japończycy) okazała się jednak sprzeczna z potrzebą planowanego zasiedlenia
Kanady zachodniej. Idea, że osadnicy z Europy z żonami i dziećmi są w preriach
potrzebni
została wyrażona publicznie już w XIX-tym wieku przez Clifforda Siftona,
ministra Spraw Wewnętrzynych
rządu federalnego . "Myślę, że silny i zdrowy wieśniak w owczym kożuchu,
rolnik
z dziada pradziada, z tęgą,
zdrową żoną i pół tuzinem
dzieci jest tym czego nam
potrzeba" . Przemowa ta otworzyła nowy okres
w polityce imigracyjnej,
chociaż trzymała się zasady, że ludność
Kanady ma zachować swój brytyjski charakter.
Clifford Sifton
zrozumiał jednak, że angielscy farmerzy nie są zainteresowani emigracją do Kanady, a amerykańscy farmerzy, którzy zaczęli się
licznie przesiedlać do
Kanady - szczególnie do Alberty- mogliby zanadto prerie zamerykanizować , więc aby zapewnić
Kanadzie dostateczny
napływ osadników i powiedział po raz pierwszy w historii , że
narodowość
ubogich Europejczyków (sheepskin men) jest znacznie
mniej ważna aniżeli liczba ich dzieci. Z jego
punktu widzenia liczyło się bowiem dopiero drugie
pokolenie osadników, urodzone na ziemi
kanadyjskiej i wychowane w miejscowych
szkołach, w założeniu już zasymilowane i
ono dawało rękojmię, ze tereny preriowe
zostaną trwale zasiedlone. Stąd na początku XX -go wieku zasada
łączenia rodzin imigrantów europejskich obok sprowadzania
rodzin stała się
pierwszą podstawą oficjalnej linii
politycznej
rządu kanadyjskiego. Od tego
czasu imigracja kobiet europejskich do
Kanady zaczęła się odbywać na dużą
skalę.
Samotni
imigranci zabiegali o żony w rozmaity sposób. Najczęściej pisali listy do dziewcząt
znanych
im jeszcze w Starym Kraju proponując
sponsorowanie ich przyjazdów
i małżeństwo.
Tak powstało znane w ówczesnej Kanadzie
i Europie określenie mail
order
bride ( narzeczona z
przesyłki pocztowej), która często
mało, a nawet wcale nie znając swego
narzeczonego natychmiast po
przybyciu do Kanady brała z nim ślub i
wyruszała na jego "farmę". Ile było
nieporozumień, ile niedobranych małżeństw i zawiedzionych
nadziei wynikających z tej formuły małżeńskiej,
nikt nie dociekał. Podobnie jak nikt nie
pytał
kobiety, świeżo przybyłej
z polskiej wsi, stającej przed dugout (ziemianką), która odtąd miała
być jej domem; czy w tym
prymitywie poradzi sobie z życiem
i wychowaniem dzieci. Wiadomo jednak, że
niektóre
kobiety nigdy nie potrafiły się
otrząsnąć z pierwszego szoku i razem
z mężem pracować nad wspólną
przyszłością. Związane z obcym sobie mężczyzną, w obcym i przerażająco
prymitywnym buszu , miesiącami zupełnie samotne w swoich lepiankach czasami uciekały same nie wiedząc dokąd,
czasami poprostu marły z
głodu i wycieńczenia.
Przedmiotem łowów małżeńskich
była każda
dziewczyna, które pokazała się w
preriach. Wielu mężczyzn uważało, że córki osadników
preriowych były lepszym materiałem
na żony, ponieważ znały już pionierskie dugouts,
sodhouses, shacks, shanties i bunkers i potrafiły sobie radzić z
niejedną robotą nieznaną a nawet
niewyobrażalną w Polsce.
Znamienne, że poza
nielicznymi wyjątkami przeważająca większość
imigrantek polskich z
tego pierwszego okresu jest dziś
bezimienna. Nikła jest bowiem
dokumentacja ich życia. Często analfabetki
z Polski pod zaborami, a
robotnice rolne lub służące w Kanadzie
nigdy nie zdobyły łatwości wysławiania
się w starym i nowym języku, a już
napewno w pisaniu. Ich angielski był uproszczony, pozwalając na pracę i
życie w
różno - etnicznych środowiskach prerii, ale płynność języka i łatwość
wyrażania się w nim należały do wyjątków.
Dopiero po powstaniu niepodległego
państwa polskiego w 1918 roku
i po wprowadzeniu w niepodległej Polsce
powszechnego obowiązku
szkolnego zaczęły przybywać
do Kanady imigrantki,
które umiały czytać i pisać i które
wobec tego, jeśli chciały
mogły opisać historie swego życia. Dzięki temu w latach dwudziestych wśród zbiorów życiorysów polskich imigrantów pojawiają się także życiorysy pisane przez kobiety. Jest ich jednak niewiele, a jeszcze
mniej, wspomnień
i życiorysów
jest opublikowanych. Charakterystyczne w tych wspomnieniach lub life-writings jest zawsze podkreślenie,
że lata ciężkiej
pracy nie
zostały zmarnowane, bo autorki doceniają
to do czego doszły one same i ich
rodziny.
Oprócz żon przybywających do mężów przeważnie do pionierskiej Kanady, do miast płynęły
na kontrakty
służących, rzadziej robotnic
fabrycznych, młode niezamężne dziewczęta
z Polski. Podobnie
jak mężczyźni musiały
one podpisywać kontrakty,
które obejmowały dwa lub trzy lata pracy w domu, który uprzednio zgłosił zapotrzebowanie na służącą.
Zakładano, że po tym okresie
znajdą sobie męża
i ich dzieci powiększą liczbę mieszkańców Kanady.
Ich pracodawcy byli w zasadzie zobowiązani
do
odpowiedzialności za moralne prowadzenie się zatrudnionej
dziewczyny, ale troską pani
domu w tym zakresie było zwykle tylko uczestnictwo służącej w obrządku religijnym w niedzielę, a i to bywało nieraz
utrudniane, ponieważ pracy
domowej zawsze było sporo, a poza tym po
małych miastach lub wsiach
większości prowincji kościoły
rzymsko-katolickie (poza prowincją Quebec) były nie
częste. Zwykle było to jedyne wychodne, na
które
pracodawcy się godzili. Poza tym jeśli młodej dziewczynie " zdarzyła
się wpadka" i zaszła w ciążę,
była bezpardonowo i
natychmiast wyrzucana z pracy. System rządowych
kontrolerów wobec służących
imigrantek nie był stosowany, i o godzinach pracy w domu decydowała
pani domu. To też z reguły wysokość zarobków bywała
bardzo różnorodna, a godziny odpoczynku służącej rzadkie. Mała była także kontrola dotrzymywania kontraktu
ze strony imigrantki, która,
jeśli jej
się warunki u pracodawców nie
podobały, a nauczyła się
już jak sobie
dawać radę w Kanadzie, to poprostu mogła
zniknąć i szukać pracy gdzieindziej (pod
warunkiem, że nic nie ukradła), ale wybór innej pracy miała
niewielki.
Jak pisali H. Radecki i B.
Heydenkorn rynek pracy
dla służących był jednak ograniczony i wielu
ludzi uważało że Kanada nie
potrzebuje tego typu imigracji. Stąd większość polskich emigrantek z tego
okresu odrazu kierowana była na zachód - uważano
bowiem, że jeśli tam
nie
pójdą na służbę to zostaną żonami osadników. Zdarzało
się, jak to
opisała emigrantka z lat 20-tych, że zakontraktowane
dziewczyny
próbowały uciec z pociągu, który je wiózł na zachód i znależć pracę w
miastach Kanady wschodniej
: ...Przybyłyśmy do Halifaxu
pijane morską podróżą, blade i
zmęczone. Julia miała jakichś krewnych w Toronto. Planowała dostać się
do
nich. Chodziły plotki, że
Zachodnia Kanada lodowata tak jak Syberia i
pełna śniegu, dlatego wiele emigrantek
postanowiło zostać w Ontario. Wiele z
nas zdecydowało zostawić walizki w pociągu, a samym wysiąść
gdzieś w Ontario.
Ubrałyśmy się w nasze najlepsze
rzeczy, wzięłyśmy co która mogła
i jak pociąg stanął pobiegłyśmy do ubikacji, aby
tam przeczekać jego
odjazd.
Miałyśmy nadzieję, że jak pociąg odjedzie wyjdziemy na miasto i
poszukamy w nim
roboty. Nie podejrzewałyśmy , ze byłyśmy
obserwowane i policzone. Jak tylko upchałyśmy się
w
ubikacji policja zaraz
zastukała do drzwi. Starałyśmy się siedzieć
cicho. Policjant otworzył drzwi i za ramię wyciągnął mnie podczas kiedy
inna
policjantka wyciągała Julię.
Zaprowadzili nas do pociągu,
zabrali nasze dokumenty i adresy i
oddzielili od reszty pasażerów.
Pamiętam
sposoby jakich używali niektórzy imigranci, którzy znikali na małych
stacjach i
nigdy do pociągu nie wracali.
My, Julia i ja dojechałyśmy do Winnipegu cichutkie
jak
myszy,
bojąc się wysiąść nawet jak pociąg stał
już na stacji. W Winnipegu polski ksiądz
powiedział nam, żebyśmy były ostrożne, nie uciekały jadąc do miejsca przeznaczenia i starały się nauczyć
angielskiego tak szybko
jak to możliwe, a wszystko będzie
dobrze.
Być gospodynia
na własnej farmie
Zdawać by się mogło, że teza stawiana w
polityce imigracyjnej Kanady, o
potrzebie szybkiego zaludnienia prowincji preriowych między innymi ze względu na rosnące niebezpieczeństwo
amerykanizacji zachodniej części Kanady przez dynamicznie
rozwijające się Stany Zjednoczone
powinna by przekładać się
na tworzenie łatwiejszych warunków życia dla osadników w preriach. Jednak w
rzeczywistości ani Kanada
nie
miała odpowiednich możliwości, ani założenia polityki imigracyjnej nie wymagały
organizowania pomocy nowym
przybyszom. Toteż z chwilą przybycia
na miejsce docelowe, nowi imigranci, byli
pozostawiani samym sobie. Do nich
należało organizowanie
sobie życia - dachu nad głową i strawy
w garnku na dzień pierwszy i
wszystkie następne po nim. Dla
kobiet także nie było taryfy ulgowej.
Po podróży statkiem przez ocean, przybywały one pociągiem do
Winnipegu. Podróż
pociągiem dla wielu była
przerażająca . "... Jechaliśmy dwa dni
(w nocy przynajmniej
niczego nie
było widać), a tu cały czas
same skały zarośnięte lichym
świerkiem, na lewo i prawo, od czasu
do czasu szałas stoi przy
torze kolejowym, nigdzie żadnej drogi, ani
ludzi i żadnego życia nie widać. Na
twarzach emigrantów było przerażenie, strach , załamanie
się, a nawet zrezygnowanie. Kobiety płakały.
Pół wieku
nie mogę zapomnąć jednej baby, która z
płaczem, przeklinając Kanadę lamentowała - Boże, o Boże, gdzież on mnie tu
wiezie " ..."
W Winnipegu
niezamężne dziewczęta były kierowane do kontraktorów, z którymi
podpisały umowy, a mężatki miały czekać, aż przybędzie
mąż, a jeśli się spóźnił, albo
nie mógł dojechać to w hali dworcowej, pełnej ludzi
mówiących wszystkimi językami świata,
zakurzonej i przegrzanej zawsze można było znaleźć
kawałek podłogi, aby doczekać przybycia
męża lub jego
wysłannika. Laura Salverson w swoim life-writing
opisuje spotkanie na dworcu w Winnipegu
: "..W mojej egzaltowanej
fantazji ci ludzie wygądali jak
jakieś monstra gotujące się we własnym smrodzie, jak zwierzęta w cyrku.
Spieszyłam
się żeby przeskoczyć przez nich w
pośpiechu i własnie wtedy potknęłam się
i rozciągnęłam jak długa na ogromnym chłopie , który leżał na ziemi. Z
ręki
wypadła mi moja wiązanka kwiatów i
jeżeli nie krzyczałam, to dlatego że przeraziło mnie kiedy ten wielki
kłąb
odzieży i tłomoków skoczył na równe nogi a jego wielka brodata twarz rozciągnęła się w uśmiechu. Co więcej, ten
zdumiewający stwór podniósł z
ziemi moją wiązankę kwiatów... wtedy
nagle kobieta leżąca obok niego wyrwała mu ją z ręki i zanurzyła w niej swoją zmiętą twarz.." Niepiękny to musiał być widok tłumu na
podłodze winnipegowskiego dworca.
Potem była droga do DOMU, czasem lokalną kolejką, czasem pieszo, czasem na wozie ciągnionym przez woły,
czasem tylko kilka godzin, ale bywało i
parę dni zanim nareszcie kobieta z rodziną
dotarła do
tego co przez następne lata nazywała swoim domem. A "domy" bywały różne.
Do
najczęstszych na terenach lesistych
należały shacks albo
loghouses, czyli
maleńkie jednoizbowe chałupy, lub kabiny sklecone z pni drzewnych w których wycinano niewielkie
otwory na okno i drzwi.
Przypominały one bardziej jednoizbowy
bunkier z klepiskiem zamiast podłogi aniżeli dom mieszkalny.
W ścianach
pnie często nie przystawały do siebie i przez szpary wpadał wiatr, deszcz i
śnieg dopóki dom
nie został ogacony gliną pomieszaną z trawą lub sieczką.
Często to
była pierwsza praca
kobiety i
od jej umiejętności zależało czy wypełnienie szpar było trwałe.
Mężczyźni
naogół nie mogli sobie dać rady z ogaceniem lub nie
dbali o przekształcenie zbudowanego bunkra w rodzaj domostwa. Z
licznych life-writings
wyłania się zawsze ten sam obraz chwili przybycia do
"domu"-
..."przerażone spojrzenie kobiety, która natychmiast zabierała się
do
roboty, aby choć odrobinę
ocieplić jej nowe domostwo" Wokoło
bunkra znajdował się pas
ziemi oczyszczony z krzaków
i drzew buszu, który w przyszłości mógł zostać ogródkiem na ziemniaki i niektóre
warzywa, a w
międzyczasie mógł służyć jako teren zabaw dla dzieci. Jeśli gospodarz był na tyle
zasobny że
miał
konia lub wołu, obok bunkra stała szopa
dla nich, a nawet może i dla krowy. Zwykle dopiero po latach, gdy
farmer się
zasiedział i wzbogacił
zaczynał myśleć o ulepszeniu starego
domu a lata później o wybudowaniu
prawdziwego domu, w którym były
podłogi, kuchnia, a nawet pokój dla dzieci, później na starość - dla
gości. Często jednak zanim
do tego doszło niejeden osadnik sprzedawał
swoją farmę, ponieważ karczowanie buszu okazywało się zbyt ciężkie lub
zbyt
kosztowne, albo poprostu nie miał już sił lub nie mógł już on i jego rodzina dłużej wytrzymać
samotności w buszu. Z
uwagi na podział całych prerii na kwadraty dystryktów dom
osadnika stał zawsze samotnie
na jego działce,
daleko od sąsiadów. Dlatego
na
preriach nie było wsi, a często nawet nie było widać swiatła
w domu sąsiada.
W części prerii
gdzie nie
było drzew, pierwszymi
domami zwykle bywały ziemianki, sod houses
pokryte darnią. Niewielkie samotne pół-domostwa
składały się z dużej piwnicy wykopanej w połowie
jakiegoś wzgórka falistej
bezleśnej prerii, nad tą piwnicą
układano
skośne oszalowanie dachu z grubych dość gęsto położonych kijów. Na to kładziono siano na wysokość mniej więcej stopy,
przykryte następnie
dużymi kawałami twardej darni.W ten sposób powstał "pokój" wsparty
na
kilku
słupach. Miał on klepisko jako podłogę,
maleńkie okienko i drzwi.
Im grubsza
była warstwa darni na dachu, tym
cieplejszy był "dom"
. Pośrodku stał żelazny piecyk, który
jednocześnie ogrzewał pomieszczenie i
służył do gotowania posiłków. Taki
dom czasami elegancko zwany darniowym
był ciemny, ciasny i pełen dymu. W zimie w mrozy dach przemarzał
i wewnątrz z
jego
mokrej powały zwisały
sople lodowe, na wiosnę zaś, kiedy ziemia
rozmarzała ciekło z niego jak z
sita. Fotografie z tamtych czasów pokazują przed takim
samotnym sod-house
rodziny złożone z rodziców i
kilkorga dzieci. Dla emigrantki nawet z
najbiedniejszej polskiej wsi musiał to być
potężny szok zamieszkać w sod house,
ale ponieważ nie było odwrotu, więc od jej pomysłowości, pracy i siły zależało ile
dzieci wyżyło i wyrosło i czy gospodarstwo
domowe
funkcjonowało. Kiedy dzieci
trzeba było ubrać, kobieta szyła im
ubrania z worków po mące, lub rzadziej po cukrze. (Wielu
osadników nie kupowało cukru, bo ich na to
nie było stać). Jeśli kobieta umiała,
to ze skór zwierzyny ubitej przez męża szyła rodzinie kapce na okresy
mrozów,
ale poza tym często chodzono
boso.
W części
prerii gdzie były większe
wzgórza wykopywano w zboczach inne ziemianki
zwane dugout .
Były to
pomieszczenia bez okiem, wsparte na ściętych przez osadnika pniach, ,
czasem
podzielone na tak zwane pokoje i kuchnię, z której wystawała na
zewnątrz rura
od pieca kuchennego. Z reguły we
wszystkich tych domach spało się albo na
sianie albo dla większego
komfortu na wypchanych trawą siennikach i
jadło z misek drewnianych, często blaszanych , wyklepanych z puszek po
konserwach., wyjątkowo na
naczyniach przywiezionych przez kobietę
ze Starego Kraju.
Tuż za
progiem ubogiego domostwa czekało wiele
niebezpieczeństw, które przerażały niejedną początkującą
imigrantkę. Ksiądz Scella ( czasami Szylla, Scylla lub Schylla), misjonarz OMI ,
który służył potrzebom
duchowym osadników polskich w
Albercie w pierwszych dekadach XX-go
wieku, tak opisywał ówczesne warunki
życia w okolicy Edmonton : "
Prawdziwą plagą dla ludzi i zwierząt
były komary. Na głowy koni i wołów trzeba było nakładać worki, aby
uchronić
ich oczy i uszy.
Dla ochrony zaś siebie w podróżach i w pracy osadnicy
nosili ze sobą w kubłach dymiące ogarki.
Często ku przerażeniu
kobiet i dzieci, niedźwiedzie rozbijały
drzwi i płoty niszczyły naczynia i meble,
włamując się do domów w
poszukiwaniu
pokarmu. Niejednokrotnie bowiem kobiety musiały na dłuższy czas
pozostawać same
na swych życiodajnych, choć tak jeszcze mizernych działkach, gdy
mężczyźni szli
na zarobek do sąsiadów, albo
pracowali przy budowie kolei,
lub przy wyrębie drzewa."
W odkrywkowych
kopalniach węgla w południowym Saskatchewanie górnicy zazwyczaj mieszkali w domostwach należących
do kompanii w
której byli zatrudnieni. To jednak nie oznaczało że
ich pomieszczenia były
lepsze od
opisanych powyżej domów. W
bezleśnej, półpustynnej okolicy miasteczka Estevan były to
pół-szałasy i
pół-schroniska z
papy i desek
(... tar-paper shasks that companies constructed...)
.
. Zimą do takich
domostw wiatr
przez szpary wwiewał śnieg,
a podczas burz
dach przeciekał.
Mebli w nich bywało bardzo
niewiele, ponieważ kompanie nie dostarczały podstawowego umeblowania.
Również przy takiej
osadzie tylko wyjątkowo bywały zorganizowane
łaśnie i pomieszczenia sanitarne. Nie mniej latami mieszkały w nich całe
rodziny. Jeszcze inne pomieszczenia miały 3 ściany zrobione
ze skrzyń po dynamicie, za czwartą mając stok
wzgórza .
Mieszkaly w nich zazwyczaj
rodziny robotników
nie mających jeszcze obywatelstwa kanadyjskiego, albo tak zwani transients,
czyli robotnicy bez
stałego miejsca
zamieszkania.
Katastrofy takie jak
powodzie lub pożary buszu, same w sobie
bardzo przerażające, łatwo niszczyły życie i
dorobek
farmerów. Pożary buszu
lub lasu bywały tak strasznym przeżyciem, że wiele kobiet po latach jeszcze wspominało je jako koszmary. Niektóre
traciły z
tego powodu
rozum, uciekały z domów wędrując bez celu po preriach.
Nieoczekiwane
przymrozki, susze, plagi szarańczy potrafiły także
doszczętnie
zniszczyć dorobek kilku, a nawet kilkunastu
lat pracy. Wyniszczenie pracą nad siły,
samotnością w buszu i nieleczonymi chorobami
zmuszały wielu gospodarzy
do opuszczenia, lub
sprzedaży farmy i przeprowadzki do
miasta. Sporo było kobiet "
opętanych buszem", albo
cierpiących na "szaleństwo
preriowe" (prerie madness),
ktore
po prostu nie wytrzymywały mentalnie izolacji i pracy nad siły.
Niektóre
z nich
uciekały z własnych domów i włóczyły się bez celu po prowincji,
umierając z
wycieńczenia, lub bywały zabite przez
niedźwiedzia, pumy itp.
Życie osadników kręciło
się wokół pracy i posiłków i obowiązkiem kobiety było
nakarmienie rodziny. W ogromnej
większości pieniądz był rzadkim gościem u nowych osadników. Mąkę i zboże
często nabywano za uzbierane w lesie jagody. Bogatsi
farmerzy sprzedawali
mleko,
jaja, i co
tylko mogli wyprodukować. Dlatego od pomysłowości i pracowitości
kobiety
zależało nie tylko jakie posiłki będą jadali ale i co
zdoła wyprodukować w swoim
warzywnym ogrodzie, jak
zatroszczy się o krowy i kury i czy nazbiera dziko rosnących jagód. Kiedy farma zaczynała przynosić
dochód i gospodarz mogł sobie
pozwolić na kupno dodatkowych narzędzi rolniczych, wołów, albo krów
praca żony
przyczyniała się do zaczynającego się dobrobytu. Evangeline Yagos tak opisuje zajęcia
swojej matki Teresy Jakubiec,
żony zamożnego farmera
:" Teresa pomagała
Mike'owi w prawie wszystkich pracach. Doiła krowy,
i sprzedawała masło, jaja, ser, który robiła ze
świeżego
mleka. Kupujących było zawsze więcej
aniżeli zdołała wyprodukować. Teresa
zawsze miała duży ogród, wyrabiała swój
własny syrop, dżemy i galaretki z
saskatoons i chuckberries.
Zaprawiała na zimę mięso, drób i tłuszcz,
robiła własne kiełbasy ( kiszki),
głowiznę i kiełbasy wieprzowe. Przepisy kuchenne wymieniała
z
sąsiadkami i przyjaciółmi. Była bardzo
zręczna w szyciu i przy pomocy maszyny
do szycia szyła
dziecięce ubrania i rzeczy
potrzebne w
gospodarstwie. Córki
swoje uczyła szyć, robić na drutach i na
kółkach ( crochet), tkać i robić chodniki ( rugs)
tak jak to robiła w Polsce. Robienie
chodników było jej zimowym hobby, sama wymyślała
wzory."
Aby wykonać wszystkie te prace
Teresa Jakubiec musiała dysponować
nieprzeciętną witalnością, wytrzymałością fizyczną oraz nadzwyczajnym zdrowiem.
W regionach lesistych Manitoby, Alberty i
Brytyjskiej Kolumbii obficie rosną
dzikie jeżyny i one stanowiły mile widziany
dodatek do wielu posiłków. W Saskatchewan,
Albercie i Kolumbii
Brytyjskiej rośnie do dziś saskatoon berry, krzak
ze
słodkimi owocami powszechnie jadanymi
przez osadników. Już Indianie używali
saskatoon berries do
produkcji pemmican,
czyli
suszonego mięsa bizonów sproszkowanego i zmieszanego z
saskatoons. Dla bardzo
wielu osadników, których nie stać było na cukier, którzy
często niedojadali lub zgoła chodzili
głodni, te dziko rosnące
jagody były jedynymi przysmakami, a jednocześnie źródłem
potrzebnych witamin. Jak pisze Amerykanka Leslie
Pietrzyk w swojej pół-autobiograficznej powieści Pears
on a Willow Tree : " ...
nie miałam wyboru Helenko - powiedziała moja babka. Jeśli
nie ugotowałam to nie jedliśmy. W ten sposób życie
było proste. Były dwie
możliwości gotować i jeść, albo nie gotować i być głodnym... A jak myślę o
tamtych dniach, kiedy każdy posiłek to
była ciężka walka. Ja
pracowałam przy
sporządzaniu każdego posiłku... Dziękowałam Bogu za każdy
ziemniak, za każdy strzęp kapusty,
każdą kroplę zupy czy
okruszek
chleba."
Żona osadnika bardzo wiele czasu spędzała
samotnie, bo mąż często wynajmował się u innych już zagospodarowanych
farmerów, a w zimie
szedł do obozów drwali ciąć
drzewo. Do porodów czasami miała
pomoc sąsiadek mieszkających niedaleko, świadomych
potrzeb rodzącej matki, ale często
rodziła samotnie. Mimo
dużej życzliwości osadników
gotowych pomóc nowo przybyłym w potrzebie,
odległości dzielące ich,
ograniczały pomoc
sąsiedzką do najgroźniejszych wypadków. Doświadczone sąsiadki
czasami odwiedzały nowo
przybyłą, zawsze przynosząc ze sobą jakiś
niewielki, ale pożyteczny dar i dawały rady (o ile
mówiły
tym
samym językiem) przy chorobach dzieci,
bo
lekarze mieszkali daleko po miastach a
i pieniędzy na nich przeważnie nie
było. Taki lekarz, aby odwiedzić chorych musiał często pokonywać konno
lub
łódką duże odległości i zdarzało się że przybywał za
późno. Na
rozpacz po stracie dziecka też nie było
wiele czasu. Trzeba było
zaraz wracać do codziennej pracy, ugotować
uprać, uszyć nazbierać suszu na
opał, nazbierać jagód, jeśli były w okolicy,
wody nanosić,
chleb upiec, zadbać o resztę dzieci.
Dnie mijały szybko i następne dziecko przychodziło
na świat. Zycie mijało i jak w przypadku
Marii Andreyczuk, kiedy umarła, to syn
nawet nie miał pieniędzy na trumnę,
więc pochował matkę
w zbitej przez siebie skrzyni.
Ale nie tylko matki musiały się oswajać z
samotnością. Kiedy dzieci podrastały
ojciec oddawał je na służbę do znajomych
farmerów.
Bywało, że do tego momentu nie miały
kontaktu z językiem angielskim. Stąd kiedy 16-letnia dziewczyna musiała iść na służbę do
wybranego przez ojca
farmera,
przeważnie mało znała jeszcze
angielski. Musiała się więc zmagać nie
tylko z ciężką pracą
od świtu do nocy, ale i z samotnością
i izolacją wynikającą z braku angielskiego Jeśli farmer i jego żona
nie czuli pod jakim naciskiem
ich nowa robotnica żyje, to, to wyobcowanie
było czasami nie do zniesienia, a ucieczka do domu była tylko chwilową
ulgą, bo wkrótce i tak ojciec
ponownie odwoził ją na służbę, wracając tylko po
odbiór zarobionych przez nią
pieniędzy. Agatha Puzianowski
w
swojej biografii pisze, że jako szesnastolatkę ojciec
oddał ją na służbę
do sąsiada dość odległego od ich
gospodarstwa. Nie znając zupełnie języka czuła się tam tak
bardzo nieszczęśliwa, że pewnego dnia
postanowiła się powiesić na drzewie wybranym w buszu.
Już sobie zakładała sznur na szyję, kiedy pasące się
niedaleko cielęta, przez nią na
farmie obrządzane, wystraszywszy się psów przybiegły do niej po
ochronę. Fakt, że jednak jest
komuś, a tym wypadku cielętom, jest potrzebna odwócił jej myśli
od popełnienia samobójstwa, więc razem ze
swoim stadkiem wróciła na farmę.
Zazwyczaj początki nauki języka
przełamywały poczucie kompletnej izolacji i braku własnej
wartości, a kiedy dziewczyna
nabierała wprawy w angielskim
rosły także jej szanse na prędkie zamążpójście. Warto
dodać, że zarobione przez dziecko pieniądze z reguły
zabierał ojciec na potrzeby jego farmy i rodziny.
Swoista wzajemna pomoc
osadników była
zrozumiałą zasadą pionierskiego życia w preriach.
Niedawni imigranci
świadomi trudności swoich pierwszych lat w nowym kraju przeważnie,
choć nie zawsze,
byli sobie życzliwi. Było w zwyczaju niesienie pomocy w
przypadkach pożarów,
poszukiwania zaginionych w drodze itp., drzwi domostw
nigdy nie były zamykane
na
klucz - bo i po co - i każdy wędrowiec, który przechodził
w pobliżu był witany
o każdej porze dnia i nocy.
Było to szczególnie ważne,
ponieważ w tamtych czasach imigranci zwykli
pieszo pokonywać odległości, które dziś
wydają się nieprawdopodobne. Do miasteczka po mąkę, sól albo
inne produkty pierwszej
potrzeby bywało,
że szło się dwa lub trzy
dni i droga powrotna
z workami na plecach wydawała się jeszcze
dłuższa. Zamożniejsi farmerzy wiedli jednak bardziej urozmaicone życie towarzyskie. Do sąsiadów
chodzili na chrzciny, albo śluby, na
pogrzeby a nawet
na tańce organizowane z racji ukończenia zbiorów, albo kanadyjskiego święta. Wówczas często i nocami spieszono do domu. Oczywiście kto mógł zabierał się
furmanką sąsiadów.
Wielkim wydarzeniem były wizyty księży katolickich. Zdarzały
się
rzadko, ponieważ oblaci OMI,
którzy jeszcze w XIX-tym wieku przejęli
opiekę nad polskimi imigrantami w
Kanadzie , nie
byli liczni a
na dodatek wszędzie chodzili pieszo, bo
nie było ich stać na wóz i konia. Dopiero,
kiedy zbudowano
kościół
i powstawała parafia, księża nabywali
swoje zaprzęgi i wozy,
którymi wizytowali parafian. Zanim to
jednako nastąpiło
niestrudzenie pieszo
odwiedzali jednego osadnika po drugim, przemierzając
wielkie połacie prerii, czasami nocując u
odwiedzanych, innym razem w lesie, albo na
preriach, zawsze chętnie witani przez osadników. Przy na prędce
zorganizowanych ołtarzach
spowiadali,
komunikowali , dawali
śluby, często jednocześnie chrzcąc
dzieci nowożeńców, odprawiali modły
za chorych i zmarłych, pouczali o życiu w wierze i moralności. Ale
też przynosili wiele ważnych
wiadomości z " wielkiego świata".
Mówili o powstawaniu parafii,
o zbiorach, o nowych przepisach
i prawach osadników, o
tym co się wydarzyło nowego w Kanadzie
a nawet w Polsce, pytali o nowych sąsiadów
i o
drogę do nich. Byli szczególnie witani przez kobiety, które na
równi spragnione były rozmowy w języku polskim jak i kontaktu z
autorytetem znanym im jeszcze ze Starego
Kraju. Dla znacznej większości
polskich imigrantek z
pierwszej połowy XX-go wieku ojciec misjonarz,
a później kiedy już
zbudowany został kościół,
ksiądz proboszcz stanowili
główny kontakt z obyczajami i kulturą polską, a więc z młodością spędzoną w Starym
Kraju, ale
także byli ludźmi, którzy dobrze orientowali
się w
zagadnieniach życia publicznego prerii. Odwiedziny księdza
nie tylko przerywały nieustającą samotność, ale wiązały domostwa
nowo-przybyłych pomiędzy
sobą i światem
osadników. Czasami
ksiądz dał święty obrazek, jakąś
książeczkę z
modlitwami, wysłuchał długo tajonych żalów, czasem poradził, a
zawsze
był autorytetem, do którego można się
było odwołać. On też kształtował
światopogląd polskich osadników
i zwolna budował wspólnoty, z których następnie w prowincjach preriowych wyrastały polskie
parafie. To
on
przynosił także wiadomośći o wydarzeniach z za oceanu, on organizował polskie
święta
narodowe, składki na wojennych
uchodźców w latach 40-tych, a w latach 80tych
zachęcał do sponsorowania Polaków z obozów przejściowych.
Jego wizyta była wydarzeniem , o którym
się długo pamiętało. To też nie do przecenienia jest rola ojców Oblatów w
tworzeniu społeczności polsko-kanadyjskich w preriach,
w utrzymywaniu
polskości
wśród osadników, i w budowaniu nowego porządku w
ich małych
lokalnych światach twardej i bezlitosnej wtedy Kanady.
W pierwszych dziesięcioleciach
XX-go wieku dzieci osadników w dystryktach
już zasiedlonych chodziły do obowiązkowych szkół , zlokalizowanych zawsze na centralnej sekcji jednej ćwiartki dystryktu i zwykle dopiero
tam
zaczynały się uczyć angielskiego. Ale dzieci osadników, których farmy były w jeszcze nie zasiedlonych sekcjach miały daleką drogę
do funkcjonującej szkoły. Jeśli osadnicy nie mieli środków transportu,
aby dzieci mogły
bezpiecznie przebyć tę odległość , to szły do szkoły dopiero wtedy, gdy zostala ona otwarta bliżej,
albo dopiero wtedy kiedy były na tyle dorosłe, że
rodzice nie obawiali się
już ich wędrówek po buszu i przepraw przez rzeki.
Ze względu na chroniczny brak rąk roboczych na
farmach młode i silne dziewczęta były chętnie
przyjmowane
do pracy jako farm hand ( robotnice na
farmach), gdyż według zwyczaju zarobki ich były niższe od parobczanych, a
właściwie wykonywały prawie wszystkie
prace parobków na farmie. W
razie zaś kiedy właśnie zabrakło prac
rolnych zawsze mogły pomagać zapracowanej
gospodyni
domu.
Dla wielu dziewcząt to
była najlepsza ,
choć ciężka
okazja do wyrwania się spod
twardej ręki ojca, który rodzinę swą
trzymał ciągle w tradycji
patriarchalnej i nierzadko rozciągał
swą władzę nawet na dorosłe dzieci.
Polki, z
natury rzeczy chętne
do socjalizacji starały się na ogół dobrze żyć
z sąsiadami i brać udział w lokalnych
wydarzeniach. Biletem wstępu i polem do
popisu była zdolność
gotowania. W miarę polepszania się
warunków bytowych osadników umiejętność
gotowania stawała się dumą gospodyni i
atutem w najmowaniu sezonowych robotników , którzych ze względu na
krótki
okres żniw zawsze
było za mało. W okresach zbiorów, z uwagi na
klimat przeważnie odbywających się
w pośpiechu, robotnicy
sezonowi wyraśnie wybierali sobie farmy z
dobrą kuchnią. Dlatego żona, znana w okolicy z tego że smacznie
gotuje, ułatwiała swemu
mężowi
najem robotników
sezonowych, a tym samym przyczyniała się do ukończenia żniw na czas. Inną okazją do wykazania się swą sztuką kulinarną były uroczystości religijne i obchody świąt nieraz gromadzące
różne
grupy etniczne. Gotowanie
nie było bezmyślną pracą
usługową, wymagało inwencji, gdyż łączono
lokalne produkty i potrawy ze znanymi sobie
przepisami kuchennymi
ze Starego Kraju. Szczególnie obfite
w Manitobie, Albercie,
Saskatchewanie i Bryt.
Kolumbii czarne jagody i jeżyny oraz saskatoons i salmon berries były
używane do produkcji różnych
pies (ciasto
z owocami). W miarę jak początkowa nędza ustępowała i
adaptacja do Nowego Kraju
posuwała się naprzód, rozwijała
się także i socjalizacja.
Zgodnie z lokalnymi zwyczajami, jeśli to nie był czas
robót rolnych od czasu do
czasu w soboty
odbywały się tańce, często
połączone z
konkursami kulinarnymi, a przy okazji świąt
lub obchodów narodowych szykowano wspólne biesiady, albo zgoła lokalne festyny.
Dla
niezamężnych dziewcząt były to ważne, czasami jedyne okazje poznania młodych mężczyzn z Polski,
lub innego językowo i kulturalnie pokrewnego
narodu. Dla mężatek, jeszcze
jeden sposób do nawiązywania znajomości, a nawet może
przyjaśni, poznawania sąsiadek, posłuchania
ploteczek i powolnego zdobywania sobie miejsca
w nowo
powstającym wieloetnicznym społeczeństwie preriowym.
Bagaż kulturalny polskich
emigrantek
z lat 1900-1939, zawierał
przede wszystkim dwa podstawowe czynniki ,
to jest chłopski konserwatyzm i
patriarchalne zrozumienie
własnej roli w rodzinie i
społeczeństwie. Zetknięcie
się z rzeczywistością kanadyjskich prerii z pierwszej połowy XX-go wieku było
więc dla nich niewątpliwym szokiem. Rozmaitość kultur, brak podziałów klasowych, swoista rubaszność mężczyzn, których maniery
bywały aż za
bardzo "pionierskie",
płynność takich pojęć jak
moralność, posłuszeństwo dzieci, prawa i
obowiązki kobiety i mężczyzny, spoistość rodziny, bezwzględność
i tolerancyjność
praw, wszystko to testowane
w codziennym doświadczeniu, lub obserwacji
dla niejednej polskiej
matki na
emigracji było trudnością ponad siły. Co wybrać, co
odrzucić, czy zgodzić sie na asymilację czyli przyjęcie preriowego sposobu życia z jego
lekceważeniem autorytetów, swobodą własnych
decyzji, tolerancją wobec różnic religijnych
i społecznych, czy też
zamknąć się
wewnętrznie
i trwać w kategoriach wartości wchłoniętych w młodości
w Polsce i te same
wartości wbijać dzieciom
do głów?
Nie ulega wątpliwości, że wsród tego zamętu skal
wartości Kościół i jego proboszcz odgrywali wśród osadników wielką rolę . Ludowa obrzędowość parafii polskich w
Kanadzie była niejednokrotnie katharsis dla skołowanej
duszy naszych emigrantek. Własne wspomnienia z dzieciństwa
w Starym Kraju
i religijno-narodowa atmosfera w polskich
parafiach w Kanadzie zlewały się w pojęcie
nowej, kanadyjskiej polskości
w której
katolicyzm stawal sie
synonimem Polski zamrożonej
na poziomie folkloru, recytacji
patriotycznych wierszy i
odpływających coraz dalej wspomnień pomieszanych z otaczającą je kanadyzacją
dnia
codziennego Powstałe parafie
polskie oraz inne
struktury społeczne stopniowo rozbudowywane wokoło
parafii jak
związki regionalne, kasy zapomogowo-pożyczkowe, niedzielne szkółki
polskie itp
doskonale pasują
do teorii W. Thomasa i F Znanieckiego :"
uderzającym zjawiskiem,
przedmiotem centralnym naszego badania jest
tworzenie się
zwartych grup z
elementów chaotycznych,
powstawanie społeczności, w której zarówno
struktura jak i przeważające
postawy nie są ani polskie
ani amerykańskie , ale są
produktem, który czerpał
swoje źródła częściowo z polskich tradycji a
częściowo z warunków w których
imigranci żyją."
W
tych powstałych strukturach polsko-kanadyjskich
kobiety miały od początku role wyraźnie
określone. Były organizatorkami festiwali, nauczycielkami, sekretarkami kas
zapomogowo-pożyczkowych, ale nigdy, aż do czasów drugiej wojny
światowej nie zajmowały w
nich stanowisk decyzyjnych. Pozycje
prezesów i dyrektorów zawsze przypadały mężczyznom.
Powolne krzepnięcie tej swoistej asymilacji
polsko-kanadyjskiej w preriach znalazło dwukrotnie dość niespodziewane ujście. Pierwszy
raz w czasie II
wojny światowej, a drugi
podczas "rewolucji solidarnościowej" w
Polsce, kiedy kilka
ubogich parafii z Kanady
zachodniej zdobyło się na wysiłek
sponsorowania grupy imigrantów z
Polski. W obu wypadkach te
szlachetne gesty ze strony, jak by nie było osadników przeważnie o
ograniczonych środkach materialnych, zakończyły
się
kompletnym nieporozumieniem i obopólnym zgrzytem. W pierwszym przypadku uciekinierki z
czasów wojny nie przyjęły wyciągniętej ręki, a w drugim nowo przybyli
Polacy nie zgodzili się na pracę
fizyczną na farmach ich sponsorów stawianą im jako warunek pomocy. "Nasz
sponsor ze
Starej Emigracji był
tłumaczem, niektóre rzeczy z rozmowy
rozumiałam, ale nie dokładnie. Stosunek
naszego sponsora do nas jest jak do
intruzów. Jest niesympatyczny.
Kiedy zapytaliśmy go gdzie
moglibyśmy przetłumaczyć dyplomy,
odpowiedział: po co wam to ? Ci którzy przybyli wcześniej
przed
nami, twierdzą że chce zrobić nas parobkami na swojej
farmie za talerz kapusty, bo inaczej
podobno nie płaci. Każdy
tam był i pracował kilka dni,
potem wszyscy się wykręcali, bo wiedzieli, że nie chce
płacić"
Przywiązanie do dawnych zwyczajów szło w parafiach polskich w parze z niechęcią wobec
wszelkich "nowinek", czy to były przemiany dokonujące
się w Starym Kraju, czy też przechodzenie
kanadyjskiego społeczeństwa na stronę tolerancji wobec ludzi o innych
poglądach lub wyglądzie. Trzeba przyznać, że
postawa ta wywołana była często reakcją na akcje
komunistów
kanadyjskich, którzy podczas kryzysu
lat 30tych i w
czasie II wojny światowej wykorzystywali nieludzko ciężkie
warunki życia ubogich
i organizowali werbunek
na członków partii wśród biednych i często
skołowanych imigrantów. Kanada, pełna
pół-zasymilowanych lub słabo
zasymilowanych imigrantów, bardzo
biednych i dyskryminowanych
była wdzięcznym polem szerzenia komunistycznej ideologii na którą dawali
się nabrać ubodzy wszystkich nacji. Niektórzy polscy imigranci z
pierwszej połowy
XX wieku , także ulegali czarowi propagandy komunistycznej. Były przez pewien czas
polsko-języczne gazety wychwalające Związek Radziecki
i jego ideologię, a ostro krytykujące "zgniły
kapitalizm". Bańki
złudzeń co do prawdziwych intencji ZSRR pękały po kolei. Pierwszą z nich
zniszczyli "inżynierowie polscy" w Toronto
już w czasie
II wojny światowej. Następne pękały pod
wpływem wydarzeń Zimnej Wojny, ale jeszcze
w latach 60-tych
i 70-tych komunistyczna
partia kanadyjska liczyła w swoich szeregach
polskich imigrantów.
Z upływem
lat, powolna adaptacja
do nowego środowiska,
zapewniała
coraz pewniejsze osadzenie w nowej rzeczywistości i pewniejsze zrozumienie
zasad wychowywania dzieci po kanadyjsku. Ostrożne
imigrantki-matki z konserwatywnych stawały
się pragmatycznymi i godziły
się na coraz szerszy zakres tolertancji
i
wolności dzieci. Ograniczały się do
wpajania dzieciom zasady szacunku dla
rodziców, poczucia silnej więzi
rodzinnej, przynależności
do kościoła rzymsko-katolickiego
i szacunku dla
ciężkiej pracy, która
pozwoliła
rodzicom na powolne podnoszenie standartu życia
całej rodziny. Podkreślały też wyraźny
podział ról. Chłopców
zachęcano do
kończenia szkół, a nawet do studiów
w szkołach położonych
w innych
prowincjach, dziewczęta
natomiast uczyły się obowiązków przyszłych
żon i matek. Ten schemat ról
społecznych dość wcześnie jednak był zmieniany przez wpływy kanadyjskiej szkoły
i system
jej
stypendiów. Dzieci raczej
wcześnie opuszczały dom rodzinny,
aby pracować zarobkowo dla siebie, a
następnie samodzielnie budować
własne życie.
Przedstawiony szkic postaci
i życia polskiej
imigrantki w Kanadzie zachodniej jest jednak niepełny z dwu powodów. Po pierwsze
opiera się na życiorysach, które pisali
tylko ci
i te, którym się
powiodło i po latach pracy osiągnęli pewną
stabilność finansową, a jednocześnie
ich związki z dziećmi a może nawet z wnukami
pozwoliły im patrzeć na przeżyte w Kanadzie lata jako na dobrze zapracowany sukces. Po drugie wiemy, że wśród Polek tak samo jak i wśród
kobiet innych grup
etnicznych pewien procent nie wytrzymywał nadzwyczaj ciężkich warunków
życia w pionierskich preriach Kanady, zbyt mrożnej zimy, za gorącego
lata, nieustannej
walki z komarami....,
samotności, za ciężkiej pracy.. Wiele z nich umierało po
krótkim
pobycie
na emigracji, ponieważ nie wytrzymywały trudnych
warunków życia, przy porodach, z wycieńczenia,
inne ginęły
w buszu lub w trudach podrózy jak
owa młoda matka, która wypadłszy z sań
znaleziona została dopiero zmarznięta martwa. Jeszcze inne nie wytrzymywały samotności i dzikości
kraju i uciekały
do miast, gdzie przepadały bez
wieści. Na inne spadały nieszczęścia w
postaci choroby lub śmierci męża -
żywiciela. Nie wszystkie były tak
silne, żeby sobie samej poradzić. Jeszcze inne
zostały przez swoich partnerów opuszczone z dziećmi lub bez i nie miały siły pozbierać się.
Wreszcie niektóre były poprostu za słabe na trudne
pionierskie warunki zarówno w buszu jak i w osiedlach czy nawet miastach.
Niedobrym lekarstwem na te wszystkie
nieszczęścia był alkohol, łatwo dostępny,
bo cichaczem pędzony na
przedmieściach miast lub
w buszu. W
opinii lokalnego społeczeństwa ..." polscy
imigranci należeli do
pijących chętnie i często, szczególnie
w chwilach niepowodzeń lub klęsk."
Nikt nie wie ile polskich imigrantek z pierwszej połowy XX
-go wieku zniknęło w piekle pijaństwa.
Nikt również nie wie
ile imigrantek z
tego samego okresu zeszło na drogę prostytucji.
Dwa światy kobiet w kraju
pionierów
Kanadyjski kraj
pionierów, do którego płynęła większość polskich żon i narzeczonych w początkach XX
wieku był
przede wszystkim krajem
mężczyzn.
To oni stanowili dominującą większość
mieszkańców nowo zakładanych miast i miasteczek, oni
w pojedynkę lub grupami
przybywali z
Kanady wschodniej i ze Stanów Zjednoczonych, aby
robić biznes, zakładać przedsiębiorstwa, organizować
administrację miejską, otwierać nowe tereny pod
osadnictwo, pracować w kopalniach, w
transporcie, w obozach drwali...Oni nadawali styl pracy, ogólną atmosferę
podniecenia możliwościami
zrobienia dużych pieniędzy w krótkim czasie, oni otwierali nowe tereny i budowali koleje. Oni też nadawali charakter rozrywce istniejącej
wówczas w Kanadzie
zachodniej. . Dla nich powstawały saloons,
pubs i bars jak grzyby po deszczu gdzie wyszynk, legalnego
i nielegalnego alkoholu i burdy pijackie
należyły do zwykłych widoków,
a spotkanie
pijanych na ulicach nie było rzadkością. Poza pracą pito często i dużo i to było
najczęstszą rozrywką po miastach i osiedlach.W saloons
i barach było także sporo kobiet lekkiego prowadzenia, kwitła specyficzna prostytucja, typowa dla pionierskich
obszarów Ameryki północnej. Sam fakt, że było znacznie więcej
mężczyzn
niż kobiet i że tysiące samotnych
młodych mężczyzn nieustannie
wędrowało po kraju, w
którym ciężka praca fizyczna
przeplatała się z okresami wolnego czasu, świąt, lub bezrobocia sprzyjał rozwojowi
prostytucji. Kanada na zachod od Winnipegu długo była jeszcze tak dzika i pionierska, że
wielu mężczyzn miesiącami, a nawet zdarzało
się
- latami nie widziało białych kobiet w miejskim stroju. Nagłe pojawienie
się sylwetki kobiecej w miejskim stroju, obowiązkowym kapeluszu i w rękawiczkach ,
potrafiło wywoływać wtedy w pionierskich
obozach lub osiedlach zamieszanie trudne dziś do zrozumienia. Bo sylwetka
kobieca taka jaką znamy
z ówczesnej
Kanady wschodniej i Stanów Zjednoczonych lub Anglii była w Kanadzie zachodniej zjawiskiem
zupełnie niepasującym do pionierskiej
rzeczywistości z początków XXgo wieku.
Przybywające imigrantki nie liczyły się.
Nie
tylko były biedne
i natychmiast zabierane
przez mężów do przygotowanych
domów, niezależnie od tego czy to były istotnie domy czy
też ziemianki. Nie
znały języka , były
niepewne siebie
, dziwacznie, nie
po kanadyjsku ubrane
i nie znały lokalnego
savoir vivre.
Poza nimi jednak tylko bardzo niewielki procent samotnych kobiet odważał się na opuszczenie rodzinnego domu na
wschodzie Kanady lub w
Europie i
zaangażowanie się w pionierską przygodę. W większości były
to
młode kobiety lub dziewczyny poszukujące męża,
które jednak często nie znajdywały lokalnych kandydatów ponieważ ci oceniali je bardzo
krytycznie, uważając, że nie nadają się na
żony
pionierów. To też wiele z nich , a szczególnie te
które przybywały z Anglii,
gdzie mit kanadyjskich
prerii
długo był w modzie decydowało się na
powrót do W. Brytanii, ale nie
mając pieniędzy na powrót do rodzinnych
domów musiały zarobić na bilet powrotny. Na
preriach najbardziej poszukiwane były służące do bogatszych
farm, więc po
powrocie do domów wiele z nich mogło
się pochwalić tym doświadczeniem. Tu jednak rzeczywistość nie była
tak piękna jak mit., bo praca służącej na farmie była bardzo ciężka..
Kandydatki na służące
najczęściej nie były przygotowane ani
na ilość
pracy, którą musiały wykonać
ani na szybkość
nadchodzących
bez przerwy żądań.
Zony farmerów
same ciężko i nieustannie pracując oczekiwały tego samego
od swoich pomocnic.. Pierre
Berton cytuje
jako przykład
rozmowę między zamożną i wykształconą Angielką
Ellą Constance Sykes,wystarczająco ekscentryczną, aby z ciekawości
próbować przekonać się
jak się naprawdę
żyje kobietom na preriach kanadyjskich.
Już podczas podróży
statkiem do
Kanady Ella Sykes dowiadywała się o trudnościach ich życia. Jedna z bogatych farmerek
powracających z wizyty w Starym Kraju, opowiedziała
jej swoją historię
: Pamiętam, że pytałam go o kolor
tapety w naszej sypialni, ponieważ
chciałam dobrać
odpowiedni zestaw w
łazience. On to pytanie wtedy
zbył,
ale nigdy nie zapomnę moich uczuć, kiedy
zobaczyłam, że nasz
dom to poprostu jednoizbowa
drewniana chałupa kurtyną podzielona na
dwie części i oczywiście bez
żadnej tapety. To był straszny szok
dla mnie.
Ale teraz, kiedy jesteście bogaci,
twoje życie jest znacznie
łatwiejsze - zapytała panna Sykes. Odpowiedź
zdumiała
ją. Miałam mniej roboty
kiedy zaczynałam moje małżeńskie zycie jako biedna kobieta aniżeli mam
teraz. Mówi się że pasją
farmera jest ciągłe dokupowanie ziemi : Oni
są temu gotowi wszystko
poświęcić i dom i jego
komfort nic dla nich nie znaczą. Mój mąż kupuje każdy akr który może dostać i
oczywiście
zatrudnia
najętych robotników do pracy na roli.
A im więcej jest robotników,
tym więcej
roboty ma
kobieta....
Kiedy następnie Ella Sykes
dała
ogłoszenie, że poszukuje pracy jako pomoc domowa na farmie,
zgłoszenia pojawiły się natychmiast. Pracowała w pięciu rozmaitych domach. Między innymi pracowała przez 2
tygodnie u Mr.
Brown , bogatego farmera, który miał żonę
i troje dzieci. Wybredna panna Sykes
początkowo była zdumiona, że mięso,
kartofle, jarzyny i desery jadało się na
tych samych
talerzach. Prędko jednak zrozumiała że
dzięki temu ma
o dziewięć talerzy
mniej do mycia.
Trójka dzieci była jej zdaniem hałaśliwa, pozbawiona manier i nieposłuszna...tak jak to bywa, kiedy
rodzice poprostu są zbyt
zająci od świtu do nocy, aby zwracać
uwagę na zachowanie dzieci. Pani Brown stosunkowo młoda
kobieta
na swoje lata wyglądała staro,
zużyta nieustanną
ciążką pracą... Ona nie mogła odpoczyć
ani chwili, ani zwolnić tempa
swoich robót ... Nie mam ani jednego słowa pochwały dla prerii, powiedziała i kiedy
tam jestem zaczynam
nienawidzieć każdego mężczyznę. Dlaczego? Ponieważ
mężczyzna oznacza przygotowywanie posiłku..
Ogromna
większość żon farmerów
pracowała zbyt ciężko, aby mieć ochotę
i czas i zadbać o siebie. W dalszym ciągu cytując pannę Sykes, Pierre Berton pisze : Czy nie ma kobiet które kochają życie w preriach? zapytała /Miss Sykes/ " W Anglii zew prerii jest bardzo
znany - .
Być
może są takie kobiety, ale ja nigdy ich nie spotkałam / powiedziała pani Brown/. Wszystkie
moje przyjaciołki nienawidzą tej samotności, braku
rozrywki i tej
samej rutyny dzień za
dniem. ... czy wiesz że
jeśli usiądę i zacznę
pisać albo szyć moja
Kitty (córka) pyta mnie czy to niedziela, bo
w dnie powszednie jestem ciągle na nogach.
Przeciążanie
żon farmerów pracami domowymi było rezultatem ogólnej atmosfery entuzjazmu ludzi, którzy wokół siebie widzieli ciągle
nowe możliwości bogacenia się. Farmerzy,
którzy przybyli na prerie z większymi funduszami
, lub dorobili się
ich , natychmiast
próbowali wykorzystać wyjątkową okazję do dalszego bogacenia się i pośpiesznie rozwijali swoje farmy.
Wiedzieli także, że napływ nowych imigrantów
zapewniał im najemnych robotników, których oczywiście, zwyczajem
krajowym, jego
żona musiała karmić i opierać
niezależnie od
tego że i tak
już była zajęta
rodzeniem dzieci i własnym gospodarstwem domowym.
Kiedy
byli biedni musiała
wszystko robić sama, bo nie było pieniędzy na pomoc
dla
niej, ale kiedy się wzbogacili ogólny
brak kobiet na preriach powodował trudności ze znalezieniem
pomocy dla niej
. Dziewczyn gotowych objąć posady służących na farmę było niewiele,
ponieważ było wiadomo,
że praca
służącej nisko
płatna, nieustanna i jak to na
farmie od świtu
do
nocy, zniechęcała wiele kandydatek Pozostawały tylko córki nowo przybyłych imigrantów, te jednak jak tylko mogły
wychodziły za mąż - na
swoje. Dziś można
powiedzieć, że
w zaludnieniu i rozwoju trzech prowincji preriowych w
pierszych dekadach XX
wieku wielką choć niezauważaną zasługę miały żony i córki farmerów, owa bezpłatna siła robocza, która między 1900 i 1929 rokiem zapewniała rozwój rolnictwa preriowego. A jak dalece była niezauważalna, świadczy fakt, że dopiero w latch 70-tych ub. wieku podczas jednego z procesów rozwodowych pary farmerskiej, sąd po raz pierwszy w
historii prerii
kanadyjskich uznał prawa żony do części majątku,
zbudowanego pracą
obojga i
przyznał jej
odpowiednie odszkodowanie.
Także
i w miastach Kanady zachodniej brakowało służących. W Brytyjskiej Kolumbii
mimo szybko rosnącej
liczby ludności ciągle było za mało służących. W Victorii
i Vancouverze zamożne
mieszczki zastępowały nieistniejące służące Chinczykami,
którzy godzili się na niskie
płace, byle
pracować w
Ameryce Północnej.
Niekiedy na
prerie przybywały samotne kobiety,
ktore pociągnęła
egzotyka pionierstwa i nieznajomość Kanady zachodniej,
tak jak bogatą
i wykształconą Ellę Konstancję Sykes.
Inne przybywały jako
nauczycielki bo one
w Kanadzie
zachodniej, a
szczególnie w Brytyjskiej Kolumbii były lepiej
płatne niż w Kanadzie
wschodniej. Przybywały też lekarki i misjonarki, kucharki szukające pracy w
nowo
powstających miastach i
hotelarki otwierające swoje
przedsiębiorstwa tam gdzie budowa prawdziwych
hoteli
dopiero ruszała. Wreszcie
przyjeżdżały na występy
także dziewczyny zarabiajające na
życie tańcem, dancing
girls, ale żadna z nich nie chciała zamieszkać na
farmie jako służąca.
Najczęściej jednak przybywały prostytutki.
Do lat dwudziestych ub. wieku w
miastach i miasteczkach zachodniej Kanady zorganizowana
legalna
rozrywka ograniczona była
do wyszynku alkoholi i
okazyjnych zawodów pokazujących siłę
fizyczną i sprawność młodych
mężczyn. W zasiedziałych już miejscowościach gdzie mieszkały rodziny z
dziećmi urządzano od czasu
do czasu lokalne
festiwale z tańcami, Od
1915 roku w Calgary odbywały się corocznie Stampedes czyli wyścigi wozów pionierskich, chwytanie bydła na lasso, ujeżdżanie młodych koni, jazdy na bykach itp, męskie, pionierskie rozrywki mocno podlane spożyciem
alkoholi, strzelaniem
z broni krótszej lub dłuższej do celu lub w powietrze.
Czasami do
miast i
miasteczek położonych przy szlakach kolejowych ze wschodu na zachód sprowadzano objazdowe trupy artystów -
show people, poetów
recytujących swoje wiersze, iluzjonistów,
ludzi imitujących ptaki,
drugorzędnych skrzypków i
spiewaków i
także "tańczące
dziewczyny" przywożone
z wielkiego
świata przez swoich
impresarios na parę występów. Dziewczyny tańczyły
na scenie w naprędce
zorganizowanych salach wnosząc wesołość, lekkość i
powiew wielkiego świata, poczem szybko
znikały, już w drodze do następnej miejscowości, pozostawiając
za sobą frustracje niespełnionych nadziei. Na miejscu pozostawały prostytutki. Przez pionierów
były one postrzegane
jako normalny
fakt życia w świecie,
w którym było
za mało kobiet.
Były tolerowane, a czasami nawet podziwiane za
swoją zdolność przeżycia, za
odwagę z jaką wędrowały po niezmierzonych przestrzeniach
prerii albo buszu tylko po
to, aby w
sąsiedztwie jakiegoś obozu budowy jeszcze jednej linii kolejowej,
drwali w lasach
lub kopalni
węgla zainstalować prymitywne budy, gdzie można
było
potańczyć
i zapomnieć o ponurej codzienności. Jak pisze Hoerder
za Edwinem Alm ..." niektóre z tych kobiet
otwierały swoje
biznesy w pobliżu obozów robotniczych...Wystarczyła
byle jaka
podłoga nawet bez położonych
porządnie desek, dachy nad
namiotami, ktoś
grający na pianinie, kontuar gdzie sprzedawano parę gatunków wódek. Wokoło stały namioty każdej z
dziewczyn. Wizyta u nich kosztowała 3
- 5 $, a
nawet w "dobrym" roku 1910
aż 8$. Co parę
miesięcy, a czasem tygodni, kiedy obóz
robotniczy przenosił się dalej, dziewczyny
zwijały swoje " budy", pakowały
namioty i ruszały za robotnikami..." ich zdolność adaptacji do
trudnych
warunków połączona z elementami wyszukania i elegancji ( choć często fałszywej) niejednokrotnie osładzała
jednostajność życia i ciężkiej pracy.
Czasami wieczorom weekend'ów nadawała elementy odświętności i oczekiwania. Ceniono
także umiejętność
fizycznego przeżycia i odporność psychiczną tych kobiet pracujących najczęściej w warunkach kompletnego prymitywu, przeważnie
traktowanych szorstko, lub nawet
gwałtownie przez odreagowywujących
się na nich mężczyznach. " W Regina, /stolicy prowincji Saskatchewan/,
w tzw. Germantown czyli dzielnicy
imigrantów było 5 hoteli połączonych z "saloons", 7 pool halls i
tylko 3 sale taneczne. Te ostatnie
zatłoczone, hałaśliwe pełne prostytutek i
pijanych rozrabiaczy dla
niejednego samotnego imigranta
stanowiły jedyną odmianę w jego nędznym życiu..." Właściciele lub właścicielki domów
publicznych bywali bogaci jeśli pracujące u nich
dziewczęta umiały przyciągać klientów. Z powodu braku
kobiet
z którymi drwale, górnicy, robotnicy rolni i przemysłowi
mogliby się ożenić
w niektórych latach przed I
wojną światową prostytutki w Kanadzie zachodniej były
tak
liczne, że zakaz wpuszczania do Kanady "bezwstydnych
kobiet "/of
moral turpitude/ z roku 1906 cztery
lata później został ponowiony z dodatkowym podkreśleniem że dotyczy kobiet "przybywających w celach
niemoralnych". Tymczasem ani
prostytutki, ani ich klienci nie
uważali, aby w ich postępowaniu było coś niemoralnego.
Natomiast prostytutki skarżyły się często na
brutalność
mężczyzn w stosunkach z nimi.
Były dwa typy prostytutek: przyjezdne
i lokalne. Pierwsze były bardziej
doświadczone, sprytniejsze, czasami
więcej utalentowane, śpiewały, tańczyły, a przed wszystkim
umiały natychmiast wyłowić bogatszych mężczyzn i przyciągnąć ich
do siebie. Były wśród
nich
kobiety, które przekładały samodzielne życie prostytutki ponad
społeczną
nieskazitelność kobiety zamężnej, legalnie
podległej mężowi. Wiele
podróżowało pomiędzy Kanadą
i Stanami Zjednoczonymi. Niektóre przybywały znęcone plotkami o
bogactwie pionierów czasami
przesadzonymi i po krótkim okresie sprawdzania znikały. Jeszcze inne
widziały w
prostytucji drogę do stosunkowo
uregulowanego życia samotnej kobiety w miastach prerii lub Kolumbii Brytyjskiej,
często
obarczonej utrzymaniem dzieci. Celem wielu
prostytutek było
uzbieranie takiej ilości gotówki, aby
mogły kupić sobie nieruchomość i otworzyć dom publiczny w mieście, lub
trwałej
osadzie, ponieważ dopiero wówczas ich biznes stawał się naprawdę
opłacalny.
Ponadto posiadanie własnej nieruchomości stawialo je w znacznie
lepszej
pozycji społecznej wobec władz osiedla, czy
miasteczka, a nawet policji. Wówczas bowiem,
dzięki posiadanej własności ziemskiej
stawały
się
one obywatelkami miasteczka
.W razie potrzeby np pożaru, albo powodzi w miasteczku, chętnie
wspomagały groszem poszkodowanych, wiedząc,
że w ten sposób kupują sobie przychylność ojców
miasta,
albo lokalnej policji RCMP, mężczyzn,
których często przecież znały jako
swoich klientów.
Czasami
trudno było zgadnąć kto
najwięcej zarabiał na prostytucji. Kiedy
przed II wojną światową w Winnipegu szef
policji chciał usunąć domy
publiczne sprzed
oczu szanownych obywateli, zwrócił się o pomoc do
podejrzanego handlarza nieruchomościami. "Ten w ciągu roku sprzedał
lokalnym burdel-mamom 20 nowych posesji
z dala od "respectable population" za
niesłychanie wyśrubowane ceny zarabiając na tym $ 70,000,
po czym zniknął. Prawie
napewno był podstawiony przez
szefa policji, jego
przyjaciół, lub lokalnych polityków." Nie wiadomo więc było w czyim interesie
działał.
Dobre stosunki w
miasteczkach lub osadach bywały bardzo pomocne
w
licznych sprawach sądowych, które nieuchronnie spadały na prostytutki.
W wielu pionierskich
osiedlach i
miastach domy publiczne
spełniały rolę ośrodków odpoczynku i zabawy. Zawsze pełne
muzyki, hałasu i alkoholu pozwalały
klientom na chwile relaksu.
Czasami zdarzało się ze niektórym mężczyznom
w pionierskim
miasteczku tak obrzydła
wieloletnia
samotność (kobiet ciągle było mniej
niż mężczyzn), że próbowali
przekupić swoje ulubione
prostytutki i namówić je, aby wyszły
za nich zamąż. Oczywiście takie
propozycje musiały być
poparte dowodami zamożności,
a i to nie wszystkie prostytutki decydowały
się zamienić swoją wolność
na klatkę ówczesnego małżeństwa, choćby nawet złotą.
Drugą grupę prostytutek,
znacznie liczniejszą tworzyły młode kobiety,
lokalne
mieszkanki lub imigrantki,
które uciekły z domu lub zostały
opuszczone przez męża albo
kochanka, czasami wdowy, dla których
prostytucja była jedynym sposobem na
przeżycie własne i dzieci. To były kobiety pracujące
w ubogich, bardzo
prymitywnych "ruchomych" domach
publicznych, przy obozach
drwali, gdzieś
na końcu świeżo
założonych dróg, albo prostytutki
miejskie niskiej klasy, których pełno było w barach
i piwiarniach. Te ostatnie miały zwykle "opiekunów",
zabierających im sporą część zarobków,
ale za to stanowiących pewną
protekcję kiedy klienci stawali się zbyt brutalni.
Często także kobiety
musiały się opłacać właścicielom wyszynków
za prawo szukania kientów w ciepłym lokalu. Ponieważ
były to czasy prohibicji w Stanach Zjednoczonych, więc
wielu średnio zamożnych
Amerykanów przekraczało granicę
kanadyjską, aby użyć
alkoholu "until they
show a profit" i przy
okazji poznać nowe girls.
W miarę
upływu czasu i zaludniania
się Kanady Zachodniej
żonaci
osadnicy coraz liczniej
wypełniali miasta, pustkę prerii i puszczy. Budowano domy,
krzepły
struktury społeczne, a życie stabilizowało się i dostosowywało do
osiadłego społeczeństwa. Domy publiczne brały
udział w tych przemianach. Nierzadko umieszczone przy najlepszych ulicach
zaczynały irytować swoją
obecnością wpływowych sąsiadów szczególnie, że wielu klientów
mniej lub więcej podchmielonych myląc
adresy, dobijało się
do domów prywatnych . Stąd ojcowie miasta i zwierzchnicy policji starali
się "oczyścić " ważne ulice
z niemoralności." Odbywało
się to prawie
zawsze przez przenosiny z centralnych
ulic na bardziej peryferyjne a
więc mniej rzucające
się w oczy.
Pastorzy protestanccy, księża
katoliccy i prawosławni
naciskali
na budowę kościołów i powstawanie
parafii. Organizowano grupy cywilne głoszące życie według wartości
chrześcijańskich i przywódcy
tych grup publicznie potępiali
rozpustę i pijaństwo biedoty miejskiej.
Jak zawsze pierwsze poparcie znajdywali wśród zamężnych kobiet i matek
rodzin,
które nadawały ton miastu. Tworzyła
się
klasowość
etniczna, rozwijał się rasizm
i podwójna moralność poparta
pracą ojców miast pastorów, księży i policji.
Prawie
równocześnie ze zmianą akceptacji społecznej standartów moralnych
pojawiły się
w Kanadzie zachodniej objazdowe
kina, zaczęto organizować
parki i tereny gier sportowych. Domy publiczne, jeden po
drugim przestawały być głównymi
atrakcjami miejskimi, więc ojcowie miast starali się wypchnąć
je na przedmieścia, gdzie
mieszkali
przeważnie imigranci i uboga
ludność miejscowa.
Pojawiały się nowe zawody dla
kobiet, wzrastało zapotrzebowanie na
służące i niańki z
rekomendacjami oraz na
robotnice w fabrykach.
Prostytutek jednak nadal
było bardzo dużo. Ale
prostytucja widziana przez pionierów jako fakt
oczywisty przewagi ilościowej mężczyzn nad kobietami
przestawała
być uważana za
jeden ze sposobów na przeżycie kobiety bez męża. Została zepchnięta
do kategorii społecznych
wyrzutków. Żywot, który
prowadziła większość prostytutek
przypominał nadal życie ważek- efemeryd; kobieta wykonywała swój fach tak
długo, jak zdrowie i młodość jej
pozwalały, a potem znikała nie
pozostawiając po sobie żadnych śladów.
Czy wśród
polskich emigrantek były także prostytutki ? Nikt
dzisiaj nie dojdzie. Zapewne
przy braku pracy
dla kobiet zarówno w pierwszej połowie
XX-go wieku jak i po drugiej
wojnie światowej
niejedna młoda imigrantka nie wahałaby
się w ten sposób uzupełnić swego budżetu , ale
napewno ograniczenia związane
z różnicami etnicznymi bardzo
jej utrudniały podjęcie tego
fachu.
Podobnie jak we wszystkich innych grupach
etnicznych tak i w polskiej
przywiązanie do tradycji wyniesionych
jeszcze z wiejskiej Polski narzucało imigrantkom silne
hamulce moralne. Ponadto pragmatyzm
polskich imigrantek wyrażał się koncentracją na
jednym tylko celu, a mianowicie na
założeniu rodziny i wychowaniu dzieci. Jeśli któraś
emigrantka w czasie podróży do Kanady
miała ciekawość świata i związane
z tym
aspiracje, to pierwsze lata nadzwyczajnie ciężkiej
pracy, prymitywnych warunków i licznych upokorzeń, prędko
pozbawiały ją złudzeń. W kraju, w którym kultura pokrywania milczeniem swoich
porażek była podstawą stosunków międzyludzkich i , w którym
skarga na los spotykała się z pogardą
lub kpinami, uboga polska emigrantka dawniej w Polsce
zawsze otoczona grupą
gotową ją moralnie wesprzeć,
w nowej ojczyżnie czuła się obco i
niepewnie. Dla takiej bezdomnej emigrantki mąż
i dach nad głową były konkretami i głównym celem. Aby
zastąpić
poddasze, komorę na strychu lub w bejzmencie u
pracodawcy w mieście lub na farmie warto było ciężko pracować
nawet po 14-16 godzin dziennie, każdy
grosz przybliżał bowiem realizację najświętszego marzenia - własnego domu.
Bo dom,
to nie tylko zakładanie
rodziny i wielki postęp na szczeblach awansu społecznego, ale także
ochrona
byłej najemnej pracownicy przed upokorzeniami
i niepewnością jutra.
A nawet jeszcze coś
znacznie więcej, bo razem
z poczuciem własności domu
znikała świadomość bezdomnej
emigrantki, a zastępowała ją świadomość gospodyni na swoim z poczuciem przynależności do tego Nowego
Kraju, w którym dzieci się rodziły
i uczyły dla nowej, lepszej
przyszłości i gdzie
starzejący się rodzice w spokoju mieli dożywać
swoich dni
. Tradycyjna rola żony i matki skoncentrowanej wyłacznie na rodzinie i
pracy nabierała w tym kontekście podstawowego
znaczenia, bo dzięki niej
rodzina zdołała
przeżyć i następne pokolenie mogło się zacząć piąć po szczeblach
społecznego
znaczenia i dobrobytu.
Pragmatyczna, pracowita, odpowiedzialna za
rodzinę, ale niechętna nowinkom społecznym,
a nawet wroga "wymyślnym fantazjom kobiet ,co zapomniały
o ich miejscu w społeczeństwie", bezimienna emigrantka polska z okresu
1900-1940 była najważniejszą
podstawą istnienia i rozwoju Polonii
tego okresu, a jednocześnie miała znaczny udział w budowaniu
kanadyjskiego Zachodu
. Do dziś nie ma dokumentacji
jak wiele zależało od tych
kobiet, które na codzień
pracowały w domu i na farmie, rodziły i chowały
dzieci , a od święta na festiwalach
polonijnych i obchodach parafialnych
piekły, gotowały,
ozdabiały i sprzątały sale,
organizowały występy lokalnych chórów i
zespołów tanecznych, a następnie niemal automatycznie
wycofywały się za plecy swoich mężów i
swego proboszcza, pozostawiając im honor
reprezentowania środowiska polskiego.
Imigrantki w miastach
Urbanizacja Kanady
naprawdę nabrała
rozpędu dopiero od końca II
wojny światowej.
W okresie poprzedzającym ją
istniały w Kanadzie
tylko dwa duże miasta : Montreal i Toronto, kilka
pomniejszych jak Halifax w Nowej Szkocji, Winnipeg
w Manitobie, Calgary
i Edmonton w Albercie i Vancouver nad Pacyfikiem.
Poza tym były osiedla
często zasługujące
raczej na nazwę miejscowości,
osad lub wsi aniżeli
miast. Ogromna
większość miast prerii rosła niezwykle szybko, ale ponieważ startowały
od budynku stacji
kolejowej jako jedynej
budowli w "mieście" , więc
długo nie mogły
dorównać miastom Kanady
wschodniej. Po za
tym ich rozwój widoczny w
stawianiu imponujących
gmachów
i błyszczących bogactwem pałaców nuworyszów nie szedł w parze z tworzeniem się tkanki społecznej opartej na szerokiej
bazie obywateli miejskich Po pierwsze obywatelami miasta byli tylko ludzie, którzy
posiadali w tym mieście nieruchomość ziemską, wszyscy inni nie mieli prawa głosu nawet w najbłahszych
sprawach municypialnych.
Po drugie
w miastach
prerii przed
I wojną światową najlepszym biznesem był obrót ziemią. Ponieważ spekulacja wybuchała
co chwila w coraz
to
innym miejscu prerii,
przez które akurat wtedy
budowano kolej
więc ludzie, posiadający odpowiednie informacje zarabiali fantastycznie na handlu działkami ziemskimi,
w zasadzie przeznaczonymi
dla osadników. W ten sposób w powstających miastach od
pierwszego momentu realna
władza pozostawała w
rękach przeważnie tych
samych członków, albo krewnych i przyjaciół grupy zbierającej śmietankę z otwierania prerii. Dominowali
w
niej Anglo-Sasi i byli Amerykanie tworząc warstwę uprzywilejowaną i
nadającą ton
zarówno przez
swoje wpływy polityczne jak
i przez bogactwo.Warstwy niższe
były natomiast wieloetniczne. Ich członkowie
nie tylko nie byli uprawnione do glosowania
- bo
nie posiadali nieruchomości
miejskich, ale także jako robotnicy
najemni, byli uzależnieni
od
pracy u bogatych przedsiębiorców. Rozwój miast
preriowych był więc z jednej strony bardzo dynamiczny ale z drugiej
chaotyczny, nie sprzyjający powstaniu klasy
średniej. Istniał
antagonizm między oby grupami. Wynikał on z eksploatacji i dyskryminacji
siły
roboczej w różnych
miastach prerii i przybierał słabsze
lub ostrzejsze formy,
ale zawsze przeszkadzał w
powstawaniu tkanki społecznej danego miasta. Jednym
z miast w którym istniała ostra
eksploatacja i dyskryminacja imigrantów i robotników był Winnipeg
, ówczesne centrem
przemysłowe prerii. W jego fabrykach odzieżowych pracowało bardzo wiele
imigrantek. Ich warunki pracy często urągały
regułom zdrowia i hygieny, a ponieważ kobiety tam zatrudnione, pracowały na
akord, więc najmniejsze
przerwy w pracy oznaczały obniżenie i tak bardzo niskich
zarobków. Ponieważ inspektorów
pracy nie było więc ta sytuacja nikogo nie interesowała. W 1911 roku, na społecznej scenie
Winnipegu pojawiła się Nellie
McClung, członek
Local Council of Women -
Lokalnej Rady Kobiet ,
która za cel postawiła
sobie między
innymi poprawę losu robotnic fabrycznych. Dzięki swojej
zawziętości i
uporowi Nellie McClung szybko zdobyła popularność wśród uboższej ludności
miasta, a następnie
pozyskała sobie polityczną
opozycję rządu Manitoby.
Kiedy po kilku latach walki z Liberałami konserwatywny premier
Manitoby przegrał wybory i do
władzy doszli Liberałowie,
najgorsze przekroczenia
przeciwko hygienie pracy w
fabrykach zostały ujawnione, a w 1916 tym
roku rząd
Manitoby dał kobietom
prawo głosu.
W ten sposób w emancypacji kobiet Manitoba wyprzedziła wszystkie inne prowincje
Kanady.
Na wschodzie Kanady w tym czasie urbanizacja rozwijała się w sposób
bardziej uporządkowany.
Tam miasta i
miasteczka dawno wytworzyły warstwę średnią wraz z jej
lokalnymi odmianami
kulturowymi, rozbudowały
struktury i instytucje
miejskie, rozwinęły dominującą
życie
mieszkańców lokalną opinię społeczną,
opartą na zasadach, przesądach i
odmianach ksenofobii, albo
tolerancji zgodnej z głównymi zrębami
dominującego wyznania
i zależnej od stopnia
odosobnienia lub kontaktów ze światem
zewnętrznym.
Duże
miasta z większymi grupami różnych etnicznie
imigrantów cechowały się większą
tolerancyjnością i do
nich to ciągnęły przede wszystkim polskie imigrantki. Wiadomo, że niektóre z nich próbowały
ucieczką z pociągu
do Winnipegu uwolnić się
od
podpisanego kontraktu - jak
to opisywała Carolina
Dziurzyński - i znaleźć pracę na wschodzie
Kanady. Rzadko zdarzało się jednak, że po
odpracowaniu kontraktu zobowiązującego dziewczynę
do pracy służącej
na zachodzie
Kanady, imigrantka ruszała na wschód
szukać lepszych warunków w
Toronto lub innym mieście Prowincji Ontario, najczęściej
prędko wychodziła zamąż za lokalnego
mieszkańca. (Dlatego niektóre
dziewczęta pouczone listami krewnych
lub przyjaciół odrazu wybierały pracodawców we wschodniej Kanadzie.) A jeśli
żona osadnika - imigranta
owdowiała
lub została opuszczona
na farmie,
to zwykle, aby
przeżyć, musiała farmę sprzedać i przenieść się do
pobliskiego miasta. Za pieniądze
uzyskane ze sprzedaży farmy mogła wtedy kupić na
spłaty, stary i możliwie duży dom, w
którym
odnajmowała pokoje przejezdnym robotnikom imigrantom. Ten bardzo skromny dochód uzupełniała zwykle
praniem dla swoich lokatorów lub okolicznych mieszkańców. Wiele
imigrantek nie
wiedziało, że w latach
dwudziestych były już
w miastach
Kanady agencje miejskie wspomagające finansowo samotne matki z dziećmi. Podczas wielkiego kryzysu lat 30-tych agencje te, z uwagi na niewielkie własne zasoby zostały zmuszone do ograniczenia swojej pomocy
tylko do określonych kategorii dawnych mieszkanek danego
miasta. W roku 1932, w
Vancouverze inspekcja przeprowadzona przez Charlotte Whitton, specjalnego wysłannika ówczesnego Premiera Kanady R.B. Bennett'a,
uznała na
przykład, że kobiety
w średnim wieku,
które nigdy przed kryzysem nie pracowały (bo
zgodnie z panującym zwyczajem, żony nie powinny były pracować) nie
mają prawa
do zasiłków związanych z
kryzysem,
ponieważ ich potrzeby
nie wynikały
bezpośrednio z
kryzysu. One przedstawiają problem
istniejący w każdym czasie i który powinien przede
wszystkim dotyczyć lokalnych funduszy. Opuszczone żony i samotne
dziewczyny powinny być uczone pracy
domowej. Kobiety na zasiłkach
macierzyńskich nie są
obciążeniem usprawiedliwionym "form a
justifiable charge" W ten
sposób opuszczone
żony lub wdowy wpadały
w przegródkę
administracyjną, według której ich nędza nie była wynikiem kryzysu, więc pomoc im się nie należała .
Kiedy zaczęła sie imigracja Polek do Kanady
wschodniej nie wiadomo. Dokumentacja
dotycząca
polskich imigrantek na wschodzie Kanady
jest bardzo uboga .Dla okresu 1900 - 1940
poza jednym pamiętnikiem nie znalazłam żadnej
biografii, ani wspomnień
autorstwa kobiety polskiej. Wiadomo
jednak, że jeszcze w XIX-tym wieku w Montrealu
i Toronto, a także w kilku innych miastach Ontario
byli polscy rzemieślnicy,
drobni kupcy, przewoźnicy,
najemni pracownicy większych przedsiębiorstw
kanadyjskich. Niektórzy
przybywali z
Europy, inni napływali z niedalekiego Detroit, lub z odleglejszego New York. Większość
ciągnęła do
Toronto, chociaż i w Montrealu
rozwinęła się w początkach
XX-go wieku grupka polskich imigrantów. Wielu z nich pożeniło się z miejscowymi
dziewczynami,
inni uporczywie pisali
o żony do Polski. Jak pisze żona pończosznika
mieszkającego w jednym
z quebeckich miast, wracając z
wizyty w Polsce
w roku 1930-tym spotkała grupę kilkunastu
dziewcząt płynących do swoich
narzeczonych w Kanadzie albo na kontrakty służących.
Jakie to były dziewczęta, skąd pochodziły
i co
umiały, trudno dziś
dociec. Nie mówią o tym
rejestry parafialne ani inne pisane żródła. Niechętne
wspomnieniom
swoich początków jako służące
były także i same kobiety. Te spośród
nich, do których się los uśmiechnął wolały nie
wspominać
doświadczeń pierwszych lat ubóstwa w
Nowym Kraju. Mniej szczęśliwe podobnie
jak w Kanadzie zachodniej znikały bez
słowa lub wspomnienia.
Można jednak oprzeć się na kilku założeniach, które pozwalają
nam
określić typ kobiety przybywającej z Polski gotowej
startować
samodzielnie w swoim nowym życiu w Kanadzie. Przede wszystkim taka
imigrantka
musiała mieć inicjatywę i upór w
dążeniu do swoich celów. Następnie musiała
być zdolna do zrozumienia różnic pomiędzy marzeniem polskich
bezrolnych chłopów o posiadaniu gospodarstwa rolnego, a jej własnymi możliwościami w Nowym Kraju. Jeśli pochodziła z miasta
to już siłą rzeczy
wolała i w Nowym
Kraju urządzać się w mieście. Musiała być samodzielna,
aby chcieć decydować o sobie, a nie
czekać na decyzje rodziców, lub
ewentualnie męża. Wreszcie musiała
rozumieć co to znaczy pracować w Kanadzie
jako służąca, pomocnica kucharki, niańka do
dzieci, albo wyjątkowo
jako robotnica w małej fabryce. Prawdopodobnie z listów
od krewnych lub przyjaciół
dawniej przybyłych do Kanady potrafiła
sobie wyrobić opinię, że zdoła się
utrzymać przy życiu i może dobrze
wyjdzie zamąż. Musiała się prędko nauczyć podstawoweych
informacji o warunkach miejskich w Kanadzie
ze znacznie wyższymi
wymaganiami hygieny, punktualności oraz ogólnego sposobu
poruszania się wśród obcych, od których była
zależna. Musiała też zapomnieć
o wielu przesądach
polskich, ponieważ przesądy w Kanadzie były inne i te
polskie spod zaborów rosyjskiego, niemieckiego lub austriackiego były
pogardzane i wyśmiewane.
W pierwszych jej
krokach było konieczne
oswojenie się z samotnością, z której
można było uciec tylko na kilka sposobów. Przede
wszystkim przez odnalezienie polskiej parafii,
lub jakiegoś polsko-kanadyjskiego
związku czy stowarzyszenia, których we wschodniej Kanadzie było więcej niż na zachodzie, następnie przez nawiązanie przyjaśni z niektórymi koleżankami po fachu,
imigrantkami bardziej
doświadczonymi , choć
często innej narodowości i
wreszcie przez znalezienie
mężczyzny, który by w przyszłości mógł zostać jej mężem.
Zaden z tych celów nie był łatwy ponieważ samotna
imigrantka naogół bardzo niewiele wiedziała
o społeczności polonijnej i jej organizacji w mieście, do którego skierował ją podpisany
kontrakt. W większych miastach było jednak powszechnie
wiadomo
gdzie znajdują się dzielnice imigrantów i jak się do nich dostać. Już
więc na początku swego pobytu mogła
zdobyć wiadomości gdzie mieszkają i pracują polscy imigranci, to też poczucie jej samotności
wśród społeczeństwa o
odmiennych obyczajach i innej kulturze
dnia codziennego było o wiele
mniejsze aniżeli
samotność żony osadnika w preriach pozostawianej
samej sobie na wiele miesięcy
w mizernej
ziemiance lub chałupce.
Pozostawała jednak następna
warstwa samotności z braku kogoś bliskiego z którym możnaby
porozmawiać, pośmiać się, a nawet robić
plany wspólnej przyszłości. Jednak i ten rodzaj samotności mógł
dość szybko zniknąć. Z uwagi na coroczny napływ imigrantów, Kanada była krajem, w
którym kobiet było ciągle mniej niż mężczyzn. Tym ostatnim samotność doskwierała
równie mocno jak nowo przybyłym kobietom. To też każde
stowarzyszenie, nie
mówiąc o parafii zawsze miało na
agendzie życie towarzyskie swoich członków. W soboty urządzano tańce,
organizowano miejscowe chóry,
grupy muzyczne, festiwale
związane ze świętami kościelnymi lub narodowymi, podawano sobie informacje
o nowo przybyłych i szukano sposobów,
żeby ich włączyć do istniejących już organizacji, zakładano kasy
pożyczkowe, później zaczęły być organizowane szkółki parafialne języka
polskiego.
Jedną z
przedwojennych działaczek
polonijnych była
Krystyna Idziak,
żona polskiego sklepikarza
w Toronto, która posiadała
duży zmysł organizacyjny. Jej to
zawdzięczała Polonia torontońska
organizację zespołów śpiewu i tańca, tak
dobrze rozwijających się pod jej kierownictwem, że
w eliminacjach doszły
do
występów
na festiwalach etnicznych całej Kanady.
Parafie z reguły były ośrodkiem życia społecznego
i kulturalnego lokalnej Polonii. Wywieszały
tablice, na których poszczególni członkowie
wymieniali
informacje dotyczące dnia codziennego
np.przyjmowanie lokatorów na
pokoje, udzielanie porad prawnych , poszukiwanie
znajomych, przyjaciół, nawet członków
rodzin itp. Równocześnie życie w mieście wywierało wielki
nacisk na uczenie się języka i młoda służąca
z Polski od pierwszego
dnia
musiała go używać.
Służba w prywatnych domach zmuszała do stałego
poszerzania znajomości kultury angielskiej lub francuskiej. Obyczaje "państwa"
odnoszące się do codziennego porządku, posiłków jadanych w
domu, przyjmowania gości, chorowania,
kłótni
domowych i tych wszystkich detali, w
których służąca lub niańka
automatycznie uczestniczyła, kształtowały jej własne maniery i sposób oceniania świata.
Na ogół służące i niańki należały do zawodów
nisko płatnych i pozbawionych
wyraźnych godzin wolnych od pracy.
Pani domu ustalała ilość
wykonywanej pracy i czas jej
długości. Od niej zależało
czy służąca była
wykorzystywana
przez rodzinę "państwa",
dyskryminowana z powodu śmiesznego
akcentu, " przesadnej" religijności, braku znajomości "Canadian way of life" i błędów,
które robiła próbując przetlumaczyć sobie niezrozumiałe
słowa i reakcje kanadyjskiego społeczeństwa. Zdarzały
się wypadki, że
służące
zmęczone nieustanną dyskryminacją poprostu odchodziły z
pracy bez
wypowiedzenia, a nawet
odebrania ostatniej wypłaty. O takiej "służącej Annie
Polce" w Winnipegu krótko wspomina D. Hoerder, podając że poprostu uciekła
do Indian.
Nie wiemy co spowodowało
jej ucieczkę, czy to było zniszczenie
jakiegoś sprzętu, zbicie porcelany, lub
szkła, które służąca