Uwaga! Książka prof. Marii Anny Jarochowskiej "Poza gniazdem. Wizerunki emigrantki polskiej w Kanadzie w XX wieku" jest już do nabycia w Bibliotece Polskiej w Montrealu oraz Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa w Warszawie; można ją także zamówić ONLINE. Dostępne są również krótka ulotka informacyjna oraz spis treści.





Spis rzeczy






































Maria Anna Jarochowska


Przedmowa
Urodzona  na Śląsku w  1924. Studia  ukończyła na  Uniwersytecie A. Mickiewicza w  Poznaniu (M.A.  ekonomii politycznej  1950  i  Ph.D. filozofii ze specjalizacją w dziedzinie nauk  przyrodniczych -  geograficznych 1962); na  Uniwersytecie Jagiellońskim  (bibliotekarstwo  dyplom  1957). Pracowała w Polsce w  latach  1946 - 1950 w  różnych  placówkach (bankowość, planowanie gospodarcze) a  od  1950 - 1965 w  Bibiliotece  Wyższej  Szkoły Ekonomicznej  w Poznaniu.  Za   publikację  książki  pt. "Kanada,  Kraj i Ludzie" w 1961 r  otrzymała jednoroczny  post  doctorate  fellowship  z Canada  Council.  Po  4-letnich  i  bezpłodnych staraniach  o  otrzymanie paszportu  wyjechała "w  odwiedziny do krewnych w  Stanach  Zjednoczonych" i  do   Kanady,  aby poznać  kraj  o  którym  napisała książkę.  Po otrzymaniu,  w  czasie  podróży przez  Kanadę,  propozycji  pracy  na University of  Manitoba w  Winnipegu zaczęła tam  pracować w 1966 r.,  jako wykładowca a   następnie  asst. professor. Trudny  klimat i  samotność skłoniły  ją do  przeniesienia się w 1970 roku  do  Montrealu  na Universite du  Quebec a  Montreal,  gdzie  pozostała aż do  przejścia na emeryturę  w r.  1999. Od 1984 roku w związku  z nowym profilem  specjalizacji wiele podróżowała (6  razy  do  Indii, 3 razy do  Tajlandii,  3 razy do  Meksyku, ponadto do Birmy (Myanmar), do Indonezji,  na  Filipiny).  W latach  1991- 1996 współpracowała z  Department of Anthropology,  College  William  & Mary, Williamsburg Virginia. Napisała i opublikowała  3 książki,  oraz kilkadziesiąt  artykułów   w  czasopismach  geograficznych, 5  podręczników dla studentów  UQAM. Była dwukrotnie  guest editor  w  Studies in  Third World  Societies ("Organizacje  pozarządowe w  Indiach " oraz   "Kobiety w  Indiach").  Od 1986  studiuje problematykę  emigracji i  asymilacji w różnych  krajach.



Uwagi i sugestie dotyczące poniższej pracy prosimy przesyłać na adres: jarkosa@shaw.ca

Problemy techniczne związane z witryną proszę zgłaszać bezpośrednio do webmastera

Obejrzyj statystykę strony.






White Rock, Kolumbia Brytyjska

Wstęp

Część pierwsza: Etapy  imigracji 

Rozdział I
O emigracji  polskiej w  Kanadzie w ogóle
Tożsamość imigrancka
Źródła
Etapy masowej emigracji polskiej  w Kanadzie

Część  druga:  W pojedynkę

Rozdział  II 
Etap  pierwszy  (1900-1940) 
Być  gospodynią na własnej  farmie 
Dwa światy kobiet  w  kraju pionierów 
Imigrantki w miastach 

Rozdział  III 
Etap  drugi  (1940-1957) 
Przeżyć wojnę w  Kanadzie i wrócić do Polski 
Polki  masowej emigracji politycznej 
Imigrantów  przybywa, Kanada się zmienia 
"Białe  kołnierzyki"  dla imigrantek 

Rozdział IV
Etap  trzeci  (1957-1979)
Stara i Nowa  Polonia
Wykształcenie i sztuka  przede  wszystkim
Na  wybiegu  kanadyjskim

Rozdział V
Etap  czwarty  (1979-2000)
Wartości  stare i  nowe
Życie domowe
Co to znaczy  emigrować?
A co pozostało po Starym Kraju?

Część  trzecia: W organizacji

Rozdział VI
Kobiety  Federacji Polek w Kanadzie 
Ogniwo  nr  9  - Montreal
Ogniwo  nr 1 - Toronto i  południowe Ontario
Ogniwo  nr 8 - Ottawa
Ogniwo  nr 7 - Winnipeg 
Ogniwo  nr 3 - Edmonton
Ogniwo  nr 4 - Vancouver

Zamiast  zakończenia

Aneks  -   Lista  kobiet  zasłużonych
Bibliografia
Przypisy






PRZEDMOWA

                         
                            "Wizerunki..." są pisane z punktu widzenia imigrantki,  dwukulturowej, dobrze zasymilowanej,  która uważa Kanadę za swój dom  i  kraj, ale nadal pozostaje  związana uczuciowo  z Polską,  jej  historią i kulturą.  Ma więc  dwie ojczyzny i podobnie jak ogromna większość innych emigrantów  musiała pogodzić ze sobą sprzeczności wynikające z  tego faktu.

                             Opracowanie   ma   charakter   szkicu, opartego  na  różnych  źródłach.  Pierwszym  z  nich są wypowiedzi własne Polek i rzadziej   Polaków,    którzy w różnych  czasach  przybywali do Kanady,  aby tu stworzyć sobie i rodzinie nowe  życie.  Siłą  rzeczy  wypowiedzi te -  cytaty,  pochodzą z  biografii, life-writings  i  dlatego  są wyrwane  ze swoich kontekstów,  stąd potrzeba  im  tła odpowiadającego  najogólniejszym  warunkom czasu i miejsca  dramatów rozgrywających się  na naszych oczach. Drugim  źródłem  są  notatki i  obserwacje  zebrane przez  autorkę  podczas  jej  pobytu  w  Kanadzie.  Trzecim  jest  anonimowa   mini-ankieta  z  lat 1998/99  oraz rozmaite publikacje  polonijne  powstałe z okazji  rocznic  i ich obchodów oraz inne informatory  o  życiu  poszczególnych grup związanych organizacyjnie,   a ostatnim  publikacje  omawiające  polityke  imigracyjną  oraz  różne aspekty  imigracji  do  Kanady. 

                              W części  pierwszej, w   miarę rozwijania się  narracji,  uwaga przesuwa się  ze spraw  dotyczących  czysto  fizycznego  przeżycia w Nowym Kraju, w którym dosłownie trzeba   było  wszystko  zaczynać od  zera, ku  sprawom  związanym  ze stanami  uczuciowymi imigrantów  próbujących znaleźć  w  Kanadzie swoje miejsce do  życia,  a jednocześnie godzić ze sobą dwie różne kultury. W  części  drugiej opracowania wśród  detali  życia imigranckiego  wypływają   problemy związane z  przewartościowywaniem  przywiezionych norm oraz   uczucia i  sposoby wypełniania  obowiązków wobec  przynależności do  dwu  różnych kulturowo  narodowości. 

                               Przez  tekst  przesuwają   się postacie  Polek  własnymi słowami opowiadających   o  swoich  problemach  życia w Kanadzie. Najpierw były to  żony i  córki pierwszych   osadników  w  Preriach, albo służące na  farmach lub  po miastach.  Następnie żony  generalicji i  dyplomatów-  uciekinierki z  czasów  II wojny światowej.  Po nich   przybyły do  Kanady   żony   i  córki  zdemilitaryzowanych  na Zachodzie  żołnierzy,  żołnierki  i DiPiski  często  samotne,  które wybrały  emigrację zamiast  wrócić do Polski,   później   dołączają  emigrantki z Polski Ludowej,  a wreszcie  pod koniec  stulecia, w  czasach rozpadania się komunizmu w  Polsce oraz  niepokojów  związanych ze zmianą ustroju i z powstaniem  niepodległej  III Rzeczpospolitej,  opowiadają o swojej  emigracji   młode  kobiety,  dla których   życie w  Polsce straciło  swój  sens,  albo,  których emigracja  miała charakter polityczny.

                               Asymilacja tych wszystkich kobiet  do kultury  kanadyjskiej za każdym  razem  przebiegała inaczej, inne były  ich  priorytety  i inne reakcje na różnice pomiędzy  kulturami  polską i kanadyjską.  W  poszukiwaniu  równowagi  pomiędzy  obu kulturami  pomocna stała się praca społeczna, z jednej  strony wspierająca rodaków na obczyźnie a z drugiej  pamiętająca o społeczeństwie w  Starym  Kraju.

                               Emocjonalne  i podświadome przywiązanie  do kultury  Starego   Kraju działało  często  jako  hamulec  na drodze do  przyswajania sobie  elementów nowej kultury, jednocześnie życie wymagało  przyswojenia sobie  elementów  właśnie  tej nowej. W  rezultacie powstawała swoista  mieszanka. Pod wpływem  nacisków  dnia codziennego,  pracy zarobkowej, kontaktów z  sąsiadami, urzędami,  własnymi  dziećmi,  które  łatwiej  przyswajały sobie rzeczywistość  Nowego Kraju,  Polki  automatycznie, a czasami  świadomie  przystosowywały  się do  otaczającego je społeczeństwa.  Bywała to jednak  asymilacja "nieciągła",  pełna dziur,  przez  które  przeświecały  fragmenty  kultury  dnia codziennego wyniesione z  dzieciństwa spędzonego w Starym Kraju. Skale  wartości, normy  społeczne,  określające  stosunki  wewnątrz  rodziny, formy  przyjaźni,  stosunek do  religii i do  hierarchii  kościelnej,  zasada kategoryczności w osądzaniu  bliźnich, pojęcia  zasady  przyzwoitości,  szacunku  dla prywatnej  własności  i tym  podobne pojęcia,  nagle w  otoczeniu nowej kultury  nabierały  innej  barwy.  W nowym  świetle  jawiły  się czasami  staromodne, lecz  trudne do odrzucenia  odruchy,  święte  zasady,  albo  twarde  kategorie  osądu,  na którym  budowany  był, a może  jeszcze  jest nowy  prywatny  świat imigrancki.  Stąd  częste wśród imigrantów   dylematy  wewnętrzne,  miotania się w  nieprzystających  do siebie sieciach  kulturowych,  próby  zrozumienia własnych spontanicznych  reakcji,  zawsze  wysiłek emocjonalny, którego  nie znają  ci, co  żyją w swojej kulturze od zawsze.  A  wszystko  to najczęściej okraszone wiernym  towarzyszem  emigracji: swoistą  imigrancką  samotnością

                              Te wewnętrzne burze, to  jak określił Benedykt  Heydenkorn,  sam emigrant  z  czasów wojny,   jest  to  "uczenie   się Kanady",  uczenie, z  którego większość  wyszła zwycięsko, ale niektórzy nie mogli się pozbierać.  Stąd subiektywność  reakcji  poszczególnych imigrantek  na nowe otoczenie  jest zawsze bardzo różna.  Ich skargi  lub  opinie czasami  wydają się  błahe, a nawet  śmieszne,  kiedy indziej są  przejmujące w swej  bezsilności  albo  choć  rzadziej wręcz odrażające w swym  egoiźmie   Bo  wśród  tej masy  kobiet,  które wypełniały podania o  przyjęcie do Kanady  na stałe są  żony i  matki, których celem życia jest dom i  wychowanie dzieci,  wielkie patriotki i  społecznice,  są służące  szukające w  Kanadzie mężów,  oddane nauce profesorki   szkolne i  uniwersyteckie,  kobiety  kariery  zawodowej,  ale są  także  kobiety  niedbałe,  wyrachowane i  wykorzystujące  swoich  najbliższych, lub zgoła  wrogie  swoim współrodakom  i  współrodaczkom,  lub nawet społeczeństwu  kanadyjskiemu.  Są  kobiety  szczęśliwe  dobrze układające sobie nowe  życie i  głęboko  sfrustrowane, gorzkie,  ponieważ  wyrwane  z  dawnego  rodzinnego  środowiska. Emigracja,  jak  probież,  w każdym  oddzielnym  wypadku  zrzucała  z  nich   ochrony  konwenansów i odsłaniała prawdziwego  człowieka,  który  krył się pod  nimi.

                               Jednym  ze wspólnych źródeł dla bardzo wielu wewnętrznych  szarpań  jest  niewiedza  co to jest  emigracja i jaki  jest  Nowy  Kraj,  a nie  fantazje  o  nim. Mało  kto do  dziś zdaje sobie sprawę,  że  decyzja  emigrowania jest  początkiem  długiego łańcucha  zmian,  koniecznych, aby  życie w  Nowym  Kraju mogło się ułożyć.  Przez większą  część  XX wieku  imigrantki  jechały do Kanady wiedząc o tym kraju  i jego  społeczeństwie bardzo mało  lub zgoła  nic. Nawet  w ostatnich   dziesięcioleciach  ub.  stulecia  bardzo wiele polskich  kobiet  szło na emigrację,  nie myśląc  co je czeka, ale od czego  chcą  uciec. Wiele z  nich  nie nadawało się na emigrację i może  lepiej by  było, aby jej nie próbowały.  Inne,  były  może lepiej  poinformowane o  rzeczywistości kraju i  ludzi, do których  im było spieszno,  może   miały  mniejsze opory w  przyswajaniu  sobie nowych  obyczajów  życia i  te  przeważnie łatwiej  przechodziły pierwsze lata adaptowania się do Nowego  Kraju.  Niektóre  imigrantki  nieświadomie, a nawet  czasem wbrew sobie,  rozwinęły się i  rozkwitły na skalę o jakiej w  Starym  Kraju nie mogły nawet  marzyć.

                                  Po latach pobytu w Nowym Kraju   nachodzą   nas  czasami  pytania  o sens emigracji.  Co pozostało po  Starym Kraju?   Jakie korzenie wyrosły w  Nowym?  Co  się stało  ze moim  życiem w Nowym Kraju  i  kim  teraz  jestem?  Odpowiedzi  na nie  są  tak  zróżnicowane jak charaktery  dumających nad  nimi.

               

 

WSTĘP

 

Zapytała mnie kiedyś jedna z  Polek,   imigrantek w  Kanadzie,  co to właściwie oznacza  być  imigrantem.  Dlaczego niektórzy ludzie mieszkając  całe życie poza  swoim  krajem  macierzystym nigdy  nie są  imigrantami,  a  inni stają się nimi  natychmiast po opuszczeniu granic  kraju urodzenia.  Czy  więc jest to  stan umysłu,  postawa wewnętrzna człowieka,  czy  też warunki  od niego  niezależne, które czynią z  niego imigranta.  Dlaczego o  Polakach  mieszkających  za granicą  mówi się, że są  imigrantami, a nie mówi   się tak  o  Francuzach lub Brytyjczykach?


                        Ci  ostatni  przybywali  na  przykład   do  Indii jako  administratorzy lub  wojskowi i  będąc w tej  roli ani  przez  chwilę nie przestawali  być  Brytyjczykami,  przebywającymi poza granicami  W.  Brytanii.  Ich  pobyt w  Indiach  służył celom  Brytyjskiego  Imperium ,  byli  zwierzchnikami  ludności  miejscowej,  która  z kolei nie była uważana za im  równą.  Dlatego  np.  ogromna większość  Brytyjczyków  unikała   przyswajania sobie miejscowych  kultur  Indii,  a małżeństwa mieszane były wręcz  zakazywane lub bardzo utrudniane. Po  1947 roku, kiedy  India  uzyskała  niepodległość,  pewna część  członków administracji brytyjskiej  zdecydowala  się pozostać  w  kraju, w  którym  nieraz  przeżyła większość  życia i w  którym  członkowie jej  mieli więcej osobistych kontaktów, aniżeli  w kraju  macierzystym. Decydując się wówczas pozostać w  Indii zmienili  swój status społeczny i stali się expatriots  czyli  ludźmi, którzy  żyją w obcym kraju zachowując swój paszport i więzy kulturalne z krajem  macierzystym, ale podlegają lokalnym  prawom  na równi ze wszystkimi jego mieszkańcami.  Expatriotami  byli  także  młodsi  synowie bogatych angielskich rodzin,  którzy w końcu  XIX-go  i w   początkach  XX-go wieku  byli przez  rodziny wysyłani do kolonii,  ponieważ zgodnie z  angielską tradycją  nie mieli  praw do tytułów i spadków, a  nie byli  przygotowani  do pracy  zarobkowej  lub jej nie chcieli.  W  Kanadzie nazywano ich   remittance men[1] gdyż  otrzymywali  z W. Brytanii stałą pomoc finansową.  Nigdy nie stali się oni  kanadyjskimi  imigrantami i nigdy  nie próbowali włączyć się w lokalną ludność,  która  zresztą w najlepszym  razie ich  tylko  tolerowała.  Z  chwilą wybuchu  I-szej  wojny  światowej prawie wszyscy natychmiast wrócili do  Wielkiej  Brytanii.

Natomiast ubodzy  Europejczycy z  południa i  środkowego   wschodu  kontynentu, w tym  także  Polacy,  którzy w  początkach  XX-go  wieku byli masowo  sprowadzani do Kanady, uważali się za emigrtantów już od  chwili opuszczenia swojej  wsi  i  gotowi  byli  się szybko asymilować do społeczeństwa  i kultury   Nowego  Kraju.  Jednak  po przybyciu  do  Kanady ogromna większość z  nich była traktowana przez Kanadyjczyków jako ubodzy  i  niemile widziani  petenci, wpuszczeni do Kanady po to, aby  wykonywać najcięższe prace   nie zawadzając  przy tym Kanadyjczykom.  O stosunku ludności miejscowej do polskich  imigrantów tak pisze  H. Radecki i  Benedykt  Heydenkorn  : "Pierwsi ,  którzy  przybyli, prekursorzy masowej imigracji polskiej z lat 1896 - 1914  byli  przyjęci z ciekawością i w najlepszym razie zainteresowaniem ludźmi, którzy  byli  śmiesznie ubrani, mówili  niezrozumiałym językiem i  zachowywali  dziwaczne obyczaje. W ciągu kilku lat wzrastająca liczba  przybyszów spowodowała,  że ciekawość  zamieniła się w  niepokój,  a następnie w alarm. Nowo przybywający byli  zbyt  dziwaczni!  Analfabetyzm i  zacofanie  ich - mogą   opóźnić  postęp kanadyjskiego  społeczeństwa. Ich obyczaje i  tradycje czyniły ich nieodpowiednimi.... do przyjęcia kanadyjskiego obywatelstwa..." Dalej  ci sami  autorzy  piszą  Polacy ( i inni  Słowianie) byli uważani  za ignorantów, okrutnych, brudnych,  niecywilizowanych ludzi  często wybuchających nieusprawiedliwioną złością,  co dla agencji /w  domyśle - rządowych/ było w najwyższym stopniu denerwujące. Zwyczaje i tradycje, z których oni  byli dumni  były  uważane za obrażające,  pogardzano nimi.  Było  ogólnym  przekonaniem, że ci ludzie nadają się jedynie do prymitywnej pracy  fizycznej w rolnictwie,  przy budowie dróg, wydobyciu węgla i w podobnych pracach wykonywanych pod kontrolą i kierownictwem Kanadyjczyków. "[2]  Oni  sami natomiast  gotowi  byli  ciężko pracować  aby  ziścić sny, z  którymi  płynęli  do Kanady. Kanada  jednak nie zamierzała im  pomóc w tych marzeniach. Zostali  przecież  przyjęci jako siła robocza  potrzebna do realizacji  wielkich planów rozwoju  kraju, albo  jako  pionierzy-osadnicy  na bezludnych  kanadyjskich  preriach,  właśnie otwartych, ale to nie oznaczało, że mają mieć te same prawa  co lokalna ludność.  Wielu  bowiem  uważało,  że  Galicians   nie są  odpowiednim  materiałem  na obywateli  kanadyjskich.

 Obietnice agentów imigracyjnych  werbujących w  Europie z reguły były  przesadzone.  Na naiwnych  wieśniakach "z Galicji" lub  innych części    Polski   pod rozbiorami   zaczynano  żerować  od momentu opuszczenia rodzinnej  wsi. Roiło się od austro-węgierskich i niemieckich urzędników, którzy wymagali łapówek na wydanie zgody  na wyjazd, na podróż  koleją . Agenci  podróży, lekarze sprawdzający ich stan zdrowia, obsługa jadłodajni, w których  emigranci stołowali się podczas podróży, aż po załogi statków, którymi  odpływali  z Europy  wykorzystywali   naiwność wieśniaków pierwszy  raz  udających się  "za  morze".  Tak  samo  zresztą  postępowali  cwaniacy w miastach  Kanady  wyciągając emigrantom  ostatnie grosze z  kieszeni.[3]

Prace do których byli  zakontraktowani,   jak  cięcie drzew w lasach,  budowa dróg i   linii kolejowych,  lub wydobycie  węgla  były zazwyczaj  sezonowe,  poprzedzielane okresami  bezrobocia i nawet bezdomności  i   naogół  kończyły się  poszukiwaniem  działki osadniczej.  Te   ostatnie  dostępne europejskim emigrantom  były  zazwyczaj oddalone  od   miasteczek  z  połączeniami kolejowymi, w których nowi osadnicy musieli  się zaopatrywać w żywność i sprzęt rolniczy. Bez pieniędzy,  w buszu, musieli  zdobywać się na heroiczne wysiłki,  aby  przeżyć.  To  też czterech osadników z  każdej  dziesiątki nie  zdołało przetrwać na swych "farmach" więcej niż  trzy lata.  A jeśli zapragnęli  wrócić do Startego Kraju  to  zwykle  okazywało się, że  nie stać ich na bilet  okrętowy,  więc, aby  żyć  musieli nadal  pracować w  Kanadzie bez względu na dyskryminację i  trudności,   i ...  powoli  przyzwyczajali  się do Nowego   Kraju.  Dirk  Hoerder [4]  podaje,   że gorzkie  doświadczenia życia ogromnej  większości imigrantów z pierwszej połowy  XX-go wieku  najlepiej  wyrażają się w  przysłowiu popularnym  wśród ówczesnej rosyjskiej i  niemieckiej emigracji w  Kanadzie Zachodniej  :  death to the  first generation, need to the second,  bread to  the third  (pierwszemu  pokoleniu  śmierć,  drugiemu  nędza a  chleb dopiero  dla trzeciego)[5].  Dodatkową udręką  ogromnie  utrudniającą życie imigrantów na wsi i w miastach  Kanady    Zachodniej  były coroczne plagi  komarów.  Osadnicy  dla ochrony  przed komarami przy pracy w buszu nosili  na plecach  kubły z dymiącym  drewnem . Ponieważ większość nowoprzybyłych  żyła w najbardziej  prymitywnych warunkach,  tak na wsi, jak i  w miastach, bez  bieżącej  wody,  bez  żadnych urządzeń sanitarnych, w  byle jak zbudowanych chatach lub mieszkaniach,  więc  chmary  komarów żyjących  wokół  wiejskich  osad i miejskich  przeludnionych  mieszkań  przenosiły także  choroby .  Stąd śmiertelność,  szczególnie niemowląt i małych  dzieci, była bardzo wysoka.  Pierre  Berton  podaje jako  przykład,  że w 1913 roku, reporterka gazety w  Winnipegu,  odwiedzająca owe "slumsy" spotkala imigrantkę,  która  urodziła  dziesięcioro  dzieci, ale zdołała wychować tylko troje.[6]  Epidemie  biegunki,  tuberkuł  i  innych chorób  powtarzały się  nader często   w środowiskach  imigranckich i  ówczesna medycyna  nie umiała znaleźć na nie odpowiedzi.

Surowe przepisy  imigracyjne  rządu  federalnego wymagające dowodów na  przyzwyczajenie do  ciężkiej  pracy  fizycznej wynikały  w dużej mierze z  pierwszych doświadczeń  Kanady  z   początku  XX-go  wieku.  Dwa  z tych doświadczeń  były dla  rządu  kanadyjskiego  szczególnie  kłopotliwe. Pierwsze  związane było  z  osadzeniem  Dukoborów  w  Saskatchewanie w  okolicach  Battleford,  a  drugim  sprowadzenie kilku  tysięcy angielskich  rodzin  jako  kandydatów  na  osadników  preriowych.  W  pierwszym  przypadku  duża  grupa  Dukoborów,   zwących się  swobodnikami  w  jakiś  czas po  osadzeniu  postanowiła  poszukać Jezusa i  raju na  ziemi i w  czasie zimy 1903 roku   opuściła  swoje  wioski,  aby wędrować  po  preriach,  żywiąc się  surowymi  kartoflami i  mielonym  owsem,    dopóki  kilkaset  mil  dalej na południe Królewska Konna Policja  nie zaaresztowała  ich i nie  odstawila do ich  osiedli.  Krótko  po  tym   z  powodu  sporu  z  rządem  federalnym  większość Dukoborów  porzuciła   już  zagospodarowane przez  siebie  tereny  w  Saskatchewanie , które  otrzymała  za darmo  od rządu  kanadyjskiego  i  przeniosła się  do  wnętrza  Brytyjskiej  Kolumbii  idąc  za  swoim  duchowym  przywódcą  Viereginem.

W  drugim  przypadku   pastor -misjonarz  w  ferworze  misyjnym  sprowadził  na prerie  kilka tysięcy  Anglików z rodzinami obiecując im  nieprawdopodobnie wygodne  życie  w nowej  kolonii  Britannia  w  północnym  Saskatchewanie.  Przyszli  osadnicy,  w ogromnej większości angielska  drobna  burżuazja   i  biedota  miejska  nie mieli pojęcia o  trudnościach  życia w  prymitywie pionierów na preriach,  natomiast  przynieśli  ze sobą  swoje angielskie  snobizmy i  przesądy . W  konsekwencji  rząd  kanadyjski  poniósł  ogromne wydatki  a  zyskał  niewielu  osadników,  ponieważ  znaczna część  Anglików  powróciła  do  Anglii.  Odtąd też   przestano  wierzyć  w  osadnictwo  Anglików  na  preriach,  a  wszystkich  kandydatów na imigrantów  poddawano  nawet  ścisłej   kontroli  jak np. sławne  oględziny  rąk  -  spracowane  ręce pozwalały  przypuszczać,  że kandydat da sobie radę  w  preriach,  natomiast  delikatne  powodowały odmowę wpuszczenia  kandydata  do  Kanady

 Do lat  czterdziestych  ub  wieku  kandydat na emigranta z  poza W.  Brytanii, który miał wyższe  wykształcenie poprostu  nie był  przez  Kanadę akceptowany, ponieważ rząd kanadyjski obawiał się,  że  imigracja inteligencji innej  niż  brytyjska,  mogłaby  negatywnie  oddziałać na anglosaski charakter jej  społeczeństwa.[7]  Trzeba  było dopiero  II  wojny  światowej, aby  pod  naciskiem  konieczności dostarczania  zaopatrzenia wojskowego Wielkiej Brytanii,  rząd federalny  zgodził się na przyjecie wysokiej  klasy  specjalistów-uciekinierów  z krajów europejskich okupowanych przez  Hitlera, w tym  także  dużej grupy  inżynierów  i  techników  polskich. Zadaniem tych  wszystkich  specjalistów  było  uzupełnienie  kadr   potrzebnych  do   szybkiego   rozwoju  strategicznych  przemysłów  wojennych  oraz   do   kontynuacji  dalszego   rozwoju  gospodarczego   Kanady  po  zakończeniu  wojny.

 Ten  przełom w dotychczasowej kanadyjskiej polityce  imigracyjnej   został  wymuszony naciskami W.  Brytanii i Stanów  Zjednoczonych  oraz sytuacją  rozwijającej  się II  wojny  światowej.

  W  ciągu  dziesięcioleci   powojennych  dzięki nowej polityce imigracyjnej, Kanada  otworzyła drzwi  setkom  tysięcy zdemobilizowanych  na  Zachodzie  żołnierzy różnych krajów europejskich oraz  DP  ( Displaced Persons)  w popularnym  skrócie  DiPisom,  czyli  cywilom, którzy  nie  mogli,  lub  nie chcieli powrócić do swoich krajów. Dzięki nim Kanada     zrealizowała swój ogromny  skok   gospodarczy i kulturalny lat powojennych.

II  wojna światowa spowodowała nie tylko  szybki  wzrost zamożności społeczeństwa kanadyjskiego,  ale także, zdarzyła się w czasie kiedy jak  pisze  Robert  Collins[8],  pod wpływem  własnych  ciężkich  doświadczeń  wielkiego  kryzysu  lat 30-tych Kanadyjczycy  próbowali  znaleźć  dla siebie nową  formułę społeczeństwa.   Zaczęte wówczas przemiany w  ich  mentalności  dokończyły  świadectwa  okropności   II wojny  światowej  widziane z pozycji  żołnierzy wyzwalających  wygłodniałe miasta i  wsie północno  wschodniej  Francji,   Holandii  i   terenów   nad  reńskich.  Obrazy   z  wyzwalanych  niemieckich obozów koncentracyjnych   na długo  zapadły w  pamięć  kanadyjskich  żołnierzy. Wreszcie był  to  także    czas,  kiedy dzieci i  wnuki pierwszych imigrantów z  kontynentu  europejskiego,  już  kompletnie  zasymilowane i wykształcone w szkołach  kanadyjskich  zaczęły sięgać po studia, a następnie po możliwości włączenia  się w życie  publiczne i polityczne swego kraju. Kanadyjczykiem  polskiego pochodzenia jest  mówiący  po polsku syn  polskich  emigrantów,  dr  Stanley  Haidasz,  lekarz z Toronto i  długoletni poseł  do kanadyjskiego parlamentu. Posłami do parlamentu  byli także  Jesse  Flis i Tadeusz (Ted)  Glista,  również  potomkowie pierwszych emigrantów polskich. Wiele dzieci  i wnuków polskich emigrantów weszło  także  do administracji  Kraju i  uważając się  poprostu za Kanadyjczyków  zaczęło brać  aktywny  udział w  życiu publicznym, w tym także  określać  jaką  Kanadę widzą dla siebie i  swoich  rodzin.[9]

Tak  zwana   revolution  tranquille w  prowincji Quebec  w  latach  50-tych rozpoczęła ostatni  etap  przekształcania się  Kanady  brytyjskiej w  kraj  wielokulturowy.  Spór o supremację  francuską  w  Quebecu, który w   następnych dziesięcioleciach  rozrósł się  aż do  prób uzyskania suwerenności  Quebecu  miał  między  innymi oczywiste  konsekwencje w  polityce imigracyjnej  Kanady. Kiedy  w  latach  80-tych   Partia  Quebecka (PQ) postawiła  na język  francuski  i  korzenie ludności  de  vielle souche (francusko- języcznych  Quebecczyków od wielu pokoleń) ,  rząd  federalny i  razem z  nim anglo-języczna część ludności  postawiły na spójność  całego  terytorium kanadyjskiego.  Stało się wówczas  oczywiste,  że   les  allophones (różno języczni) w  Quebecu są   języczkiem u  wagi,  w  minimalnym  procencie  wygrywając  dla Kanady  dwa  referenda. Rząd  federalny, który  już wcześniej  zaczął zmieniać swoją  politykę imigracyjną  zdobył jeszcze  jeden dowód ,  że postawa  les  allophones  w sporze o  Quebec zadecydowała o  całości terytorium  kanadyjskiego i  dowiodła brytyjskiej  i  anglojęzycznej części   Kanadyjczyków znaczenia i ważności protegowania kultur wszystkich grup  etnicznych Kanady,  a co  za tym  idzie, potwierdziła,  że tolerancja w wielokulturowym  państwie jest spoiwem  społecznym.

Około lat  sześćdziesiątych  zaczęły się zmieniać przepisy  imigracyjne.  Imigranci z cenzusami posiadający  zaproszenia do pracy  w  kanadyjskich przedsiębiorstwach  lub  instytucjach stali się mile widziani w  urzędach  imigracyjnych i  ich wykształcenie  było uznawane za   czynnik  pozytywny.  Ich  udział procentowy  w całości liczby  imigrantów zaczął szybko  rosnąć.  Kanada jednak jako  kraj  jeszcze ciągle  nie była całkowicie  przygotowana   do  wchłonięcia  powojennej  masy imigrantów  i  zapewnienia im  natychmiastowego  zatrudnienia.  Stąd długo po  wojnie bardzo się  przydawał stary  system  obowiązkowych  kontraktów dla wszystkich, których sponsorował    rząd  kanadyjski. Tysiące zdemobilizowanych  żołnierzy  i  DiPisów  niezależnie od poziomu  wykształcenia i  zawodu  zaczynało wtedy  swoje życie w  Kanadzie  od  pracy  fizycznej na farmach lub w obozach  drwali. Dla kobiet  rezerwowano  nadal stanowiska sprzątaczek,  lub służących na farmach albo po  miastach,  to jest w  zawodach w  których  istniał  chroniczny brak siły  roboczej.  Obowiązani  byli  do niej  imigranci nawet  o  najwyższych  kwalifikacjach,  do  których  często  się  nie przyznawali  przy  składaniu  podań  o  kanadyjską  wizę.

W atmosferze coraz  bardziej opartej na współczuciu dla uciekających  spod reżymów komunistycznych i  dyktatorskich, a także w dobrze  zrozumianym  interesie własnym, rząd  kanadyjski  wprowadził wreszcie w 1971 roku  prawo o  wielo-etnicznosci  Kraju.  Zasada  ta zastąpiła dawne prawo  anglo-saskiej  dominacji. Położono  nacisk na procesy  adaptacyjne  imigrantów. Urzędy  imigracyjne zwiększyły swą  troskę o  świeżo  przybyłych,   o  ułatwienie im  pierwszych  kroków  w  nowej  ojczyźnie.  .  Rząd  rozumiał,  że  początkowa  pomoc nowo-przybyłym opłaca się szybszą i lepszą asymilacją i  większą  produkcyjnością  ich  pracy.

Wielu  imigrantów, którzy  przybyli w różnych okresach  drugiej połowy  XX-go  wieku  do  Kanady z trudem jednak  dawało sobie radę z asymilowaniem się do  Nowego Kraju. Oczywiście im   dalsza  od  kanadyjskiej  była  ich  rodzima kultura,  tym  trudniejszy  był  proces asymilacji .  Wielu  uciekinierów  albo  imigrantów  "mimo woli"  wcale  nie było mentalnie przygotowanych do  przyjęcia kultury  dnia codziennego    Kanady. Stąd  konfrontacja ze statusem imigranta była szokiem psychicznym.  Jak  pisze  Morton  Beiser,  profesor  Uniwersytetu  Brytyjskiej  Kolumbii w  Vancouverze[10]  o  imigrantach  ostatnich  dziesięcioleci  minionego stulecia:  w  Kanadzie  znalazło  się  wielu  imigrantów  szczególnie z  krajów  Azji, którzy  z  wielkim  trudem latami  przystosowywali  się do nowej kultury i nie zawsze osiągali  w tym  sukces.  Zdarzało  się to i Polakom, że   po  latach pobytu  w  Nowym  Kraju  pod  byle pretekstem  zaczynali  odstawać od  zaakceptowanej kultury i  nawracać do swojej  dawnej,  co  w  konsekwencji  prowadziło  do ich wewnętrznej  izolacji.  Zdarzały się nawet  wypadki  samobójczej  śmierci.  Inni  dziwaczeli,  szczególnie  niechetnie patrząc na swoich współrodaków,  którzy  proces asymilacji przeszli  bez większego  trudu.  Z   takimi trudnościami asymilacji  wiąże się  dość wyraźnie sprawa nieznajomości  społeczeństwa  Nowego  Kraju  wykazywana  przez kandydatów na  imigrantów.

Można  się założyć,  że  około  90 %  Polaków i Polek, którzy  wybierali  się na emigrację do Kanady  wiedziało albo  bardzo niewiele o tym  kraju  albo poprostu  nic i  w zastępstwie prawdziwej  wiedzy posługiwało  się własną, lub  cudzą  imaginacją.  Przyczyniały się także do  tego  reportaże z  podróży  Polaków  odwiedzających  Kanadę.  Taka  publikacja jak  "Kanada  pachnąca  żywicą"  Arkadego  Fiedlera, przedstawiała  Kanadę  widzianą  okiem  turysty  zachwyconego  pięknem  jej  borów i jezior,  rozległością terytorium  oraz  bohaterskimi,  jak z  kina  Hollywood  wziętymi,   traperami lub osadnikami.  To  były  barwne i  ciekawe opisy  wspaniałego  kraju, nie mające nic wspólnego z  szarą  rzeczywistością  przeciętnego   imigranta z  Polski,  zmagającego  się z obcością   kultury  dnia codziennego oraz  powszechną dyskryminacją  trwającą więcej niż  pół wieku.  Ale na  takich właśnie reportażach   przyszli  emigranci  budowali  swoją wiedzę o Kanadzie.  Książka  Melchiora Wańkowicza  "Tworzywo"  poruszała wprawdzie  trudności  życia pierwszych  osadników  polskich w  preriach, w początkowych latach ich pobytu, ale i on  nie ustrzegł  się od  hollywoodzkiego  zabarwienia  jej  polską   bohaterszczyzną

  do  lat   powojennych  Kanadyjczycy byli  społeczeństwem imigrantów nielubiących  imigrantów [11].  Przewojenni  chłopi i  robotnicy  wyjeżdżający za chlebem  wiedzę swoją o  Kanadzie albo opierali  na obietnicach werbujących  ich agentów w  kanadyjskich  biurach  w  Europie,  albo  na  informacjach pochodzących z listów krewnych  lub  przyjaciół  już  mieszkających w  Kanadzie.  Agenci   imigracyjni,  a nawet  członkowie  owczesnego   rządu  federalnego  świadomie  przesadzali   dobre strony  rozwijającego się  kraju.[12]   Agenci zresztą często  sami  wiedzieli  bardzo niewiele  o  trudnościach jakie  w Kanadzie zachodniej  mieli  napotkać ubodzy emigranci   z  Europy  centralnej, wschodniej  i  południowej.  O powszechnej  wówczas  dyskryminacji  "innych"  czyli  imigrantów nie pochodzących z wysp  brytyjskich  oczywiście  wogóle się  nie mówiło, a to  przecież była jedna z  najcięższych  przeszkód w  życiu  jeszcze  nie zadomowionych imigrantów. Z listów krewnych i  przyjaciół też  niewiele można się  było  dowiedzieć o  dyskryminowaniu i  przerażających trudnościach  życia  w pionierskich  preriach.

Powojenni  emigranci natomiast  wyrabiali  sobie fałszywe  wyobrażenie o Kanadzie na jeszcze innej  podstawie.  W  wygłodzonej  Europie czasów wojny i lat powojennych Kanada  była symbolem obfitości podstawowego  pożywienia takiego jak  masło, mleko,mięso, jaja,  a spontaniczna  życzliwość  kanadyjskich  żołnierzy wkraczających do wygłodzonej   Europy   dawała  pozór  społeczeństwa z  kraju  błogostanu.  Jak mogły pasować do niego przeżycia pierwszych  lat imigracji na pracach kontraktowych,  u  przedsiębiorców,  jakże  często bezwzględnych  i  wykorzystujących każdą odrobinę siły  emigranta?   Dyskryminacja  imigrantów  europejskich,  szczególnie  Słowian,  była  powszechna.  Obraźliwe przezwiska  "Bohunk"  i  "Pollack" były   na porządku  dziennym   Dopiero po latach gorzkich doświadczeń,  upokorzeń i  bardzo powolnej poprawy  losu powojenni  imigranci  polscy zaczynali  się  "urządzać".  Przenosili  się do miast,  kupowali  domki, aby  oszczędzić  na rosnącym  czynszu za mieszkanie lub  uniknąć  dyskryminujących gospodarzy domów  czynszowych. I  przeważnie   wówczas  okazywało się,  że  sąsiedzi,  Kanadyjczycy  patrzą  na nowo  przybyłych z  życzliwością  i nawet  akceptują ich  obcy  akcent   Wrastanie w społeczeństwo odbywało się bardzo powoli  i  w dużej  mierze   było nieświadomie.  Trzeba  było przede  wszystkim  zarobić na życie codzienne,  na naukę  dzieci,  później  myślano o  emeryturze,  więc poza  nielicznymi  wyjątkami chwytano się  prac dostępnych w danym  miejscu,  bez  oglądania się na wyniesione z Polski  wykształcenie  i  doświadczenie. Robienie  "kariery"  było  przywilejem   niedostępnym  większości  imigrantów  wojennych  i powojennych.

Tak, jak ich poprzednicy,  ludzie z  PRL-u  przybywali  w  większości nie znając ani kraju ani  stosunków międzyludzkich w nim  panujących.  Dla nich słowo  Kanada  oznaczało wszystko  co najlepsze, więc i  tego spodziewali  się po  społeczeństwie do którego  ich  urzędy  imigracyjne wpuszczały.  Mieli  jednak pewną  przewagę  nad swoimi  poprzednikami .  Kanadyjczycy  już  wtedy wiedzieli,  że potrzebują ludzi  wykształconych i, że w  wyścigu  ze Stanami  Zjednoczonymi, Australią i Południową Afryką  w  przechwytywaniu   fachowych  imigrantów,    muszą  kandydatom ofiarować lepsze warunki  startu od tych,  jakie  otrzymywali  przybysze z poprzedniej  epoki.

 Pierwsi  przybysze z  PRL-u byli naogół onieśmieleni bogactwem  Kanady rzucającym  się w  oczy i  doceniali  każdy  przywilej (np.  bezpłatne lekcje angielskiego,  bezpłatne mieszkanie, opiekę lekarską,  które im  Kanada  ofiarowała) Ale i  oni w większości  nie byli  przygotowani na trzy stałe atrybuty imigracji: wykorzenienie,  izolację kulturalną i samotność. Kanada  jednak oczekiwała od nich pracy w wyuczonych zawodach i  tylko od nich zależalo jak daleko się w nich posuną.  Dyskryminacja oficjalnie zakazana od początku od lat powojennych  przestawała być problemem bo społeczeństwo było już dobrze poinformowane o  przydatnej  roli imigrantów w rozwoju  gospodarczym  kraju. Ofiarowywane emigrantom  wówczas  przywileje były normalną  częścią składową startu  kanadyjskiego i perspektywy kariery  migotały  przed  prawie  wszystkimi. Wreszcie  zmienili  się także  imigranci,  z potulnych i  wdzięcznych "bezpaństwowców"  formalnych,  lub  rzeczywistych  stali się  pewniejszymi siebie i swoich praw kandydatami  na robienie kariery w wielkim  świecie,  ludźmi,  którzy wyjeżdżali  ze  swego   kraju, jaki  by  on  nie byl, ale  istniejącego i  oficjalnie uznawanego  przez  rządy innych państw.

Jeszcze w  końcu  XIX-go wieku ( nieliczne)  i następnie w ciągu  XX-go wieku znacznie liczniejsze powstawały w rejonach wiejskich  ugrupowiania takie jak  np. Little Italy, albo  Little  Swiss,  w  których współrodacy -  emigranci  mieszkali  stosunkowo niedaleko i utrzymywali stałe osobiste  kontakty na wzór dawnych  wspólnot społecznych (  np.  wiosek) w Starym  Kraju.  Po  drugiej  wojnie światowej zjawisko  to  było przez administrację federalną  życzliwie   oceniane  ale  polskich  imigrantów już wtedy  nie dotyczyło.

W  dziejach  emigracji polskiej do Kanady, powstanie pierwszej  wspólnoty, odbyło się jeszcze w  XIX-tym  wieku w  Ontario. Kaszubi,  którzy pracowali  przy  budowie dróg  w  Ontario   (Opeongo  Road)    mogli następnie wybrać sobie działki rolnicze w nowo otwieranych częściach  tej  Prowincji,  i  wybrali sobie okolice obecnego miasta  Barry's  Bay,  ponieważ tamtejsze  pagórkowate tereny  przypominały im  ich rodzinne strony.  Okolice te,  chociaż  malownicze nie miały  jednak  dobrej  gleby i nowi osadnicy z trudnością na nich gospodarowali. Dopiero po  II  wojnie światowej ,  polscy  imigranci z  Ottawy odkryli turystyczne wartości tych okolic, poważnie przyczyniając się do ich rozwoju gospodarczego i kulturalnego.  Zaskoczył ich  przy tym  fakt, że  ontaryjscy Kaszubi  nadal posługiwali się językiem polskim, pomimo,  że  od  przybycia pierwszych osadników minęło już okolo  100 lat. Dynamika  powojennej emigracji spowodowała,  że osadnictwo polskie w  ontaryjskich  Kaszubach stało  się wkrótce przedmiotem szeregu  publikacji w  języku polskim i  angielskim a następnie powstał Polish Heritage Institute - Kaszuby,  dwujęzyczna  instytucja propagująca turystyczne zalety okolicy, ale i  dokumentująca zabytki  kulturalne  Kaszubów zachowane do  dziś..[13]

Na  zachodzie Kanady  niektóre  wiejskie parafie polskie w  preriach organizowane  przez  pierwszych polskich  księży  Oblatów, a szczególnie  trzech braci oo. Kulawych i  o. Scella  zbliżały  się charakterem do takich właśnie etnicznych wspólnot wiejskich, ale nigdy nie były dostatecznie zwarte, aby  zasłużyć na nazwę Małej Polski.

Kanada,  która według  M. Beisera  jest obecnie w  czołówce 7  krajów uważanych za najbardziej humanitarne zainicjowała na przełomie lat 70-tych i  80-tych kilka kierunków studiów nad skomplikowaną naturą asymilacji w Nowym  Kraju. Trzy z tych  badań związane z  pracą  M. Beisera  koncentrują się na analizie odporności epidemiologicznej  imigrantów i na badaniu  zdrowia  psychicznego uczestników Refugee Re-settlement Project (projektu osiedlenia uchodźców)[14],  który jednak  odnosi się do imigrantów  azjatyckich.  Liczne są   natomiast  tematy  badań   znacznie wcześniejszych,  bo sięgających  nawet lat  przedwojennych  i  50-tych  ub. stulecia.  Dotyczą  one  wielokulturowości oraz analiz tematycznych z dziedzin  zatrudnienia emigrantów.  Niektóre z  badań  uniwersyteckich zajmowały się nawet sprawami nostalgii  za Starym  Krajem. Są  one oparte na starannie zebranej obfitej  dokumentacji.  Do  dziś dnia nia ma jednak pełnej analizy przebiegu adaptacji  do Nowego  Kraju. Ciekawostką  jest,  że większość  tych  studiów  była  prowadzona albo z  punktu  widzenia imigrantów jako  takich  bez  rozróżniania ich  płci, albo najczęściej z  punktu widzenia imigrantów  mężczyzn. Dopiero  ostatnie lata  kończącego się  XX-go  wieku  przyniosły  studia o kobietach imigrantkach .

Do  bardzo niedawna w  imigracji  liczyli  się  przede wszystkim  mężczyźni.  Oni  byli odpowiedzialni  za  otwieranie nowych  terenów, za  pionierskie  osadnictwo i  tworzenie zrębów nowego  społeczeństwa. To  oni  budowali  domy, uprawiali pola, siali i  zbierali  żniwa, to oni  byli  właścicielami  farm, sklepów,  przedsiębiorstw i oni  zbierali  słowa  uznania za  ciężko  przepracowane życie i  za zasiedlony  kraj.  Było jednak  wiadomo  od dawna,  że mężczyźni emigranci bez  kobiet są  mniej  stateczni,  łatwiej  ulegają nałogom,  są skłonni  do  włóczęgi  i tak naprawdę to dopiero obecność  kobiet cywilizuje męski  świat mocy i  przemocy i  przekształca przypadkową  zbieraninę  emigrantów w grupy  społeczne. Kobiety  emigrantki rzadko  kiedy  były  widoczne spoza szerokich męskich  pleców ,  a napewno nie było  badań  związanych z adaptacją emigrantek polskich do  Nowej  Ojczyzny.

W  naszym  szkicu będziemy często przeciwstawiali  sobie obie płci. Wynika to z faktu, że świat taki  jaki  był w  XX-tym  wieku i jaki jeszcze jest  dzisiaj,  zarówno  Polska jak i  Kanada,  to  świat w którym o  porządku społecznym i  gospodarczym decydują  mężczyźni.  Prawa imigracyjne  były więc  ustalane  przede wszystkim  pod kątem praw i obowiązków imigrantów-mężczyzn. Nawet  dziś, kiedy  Kanadyjki  uzyskały już wiele  równouprawnień,  podstawy polityki imigracyjnej i jej  analizy odnoszą się głównie do imigrantów rodzaju  męskiego.  Stąd  i my  będziemy się  często  odwoływać do  przykładów z  życia mężczyzn,  jak  i  ich  udziału w  ogólnej sytuacji  imigrantów.

Drugą  przyczyną dla której w opracowaniu dotyczącym  kobiet często jest mowa  o  mężczyznach jest oczywiste powiązanie  obu płci.  Tak  jak w  życiu  mężczyznom potrzebne są kobiety, tak samo w  życiu kobiet ogromną rolę  odgrywają meżczyźni i nie ma powodu do eliminowania ich  udziału w  kształtowaniu wizerunków imigrantek  polskich.  Nie sposób  także  mówić  o  kobietach  imigrantkach,  dla których takie zjawiska jak izolacja, wykorzenienie, asymilacja są elementami  rzeczywistości,  w której rozgrywa się ich  życie i odbijają  się stosunki  międzyludzkie jeśli  pomija się mężczyzn pojawiających się w  ich  życiu.

Na koniec należy dodać, że opracowanie  niniejsze  jest  próbą uporządkowania (ale nie inwentarzem), pod  względem  czasowym i merytorycznym zebranych wypowiedzi własnych polskich imigrantek  na temat ich życia,  przedstawioną  na szerszym  tle ówczesnej polityki i  rzeczywistości kanadyjskich  i polonijnych.  Jest wysoce subiektywne,  nacechowane  goryczą bieżących  konfrontacji dwu kultur,  czesto związane z  entuzjazmem planów na nowe życie.  Mówi o  trudnościach i  osiągnięciach Polek, które znalazły  się na emigracji w  Kanadzie  w momentach  stosowania różnych zasad polityki  imigracyjnej i  rozwoju gospodarczego  Kraju. Takie  uporządkowanie czasowe nie zmierza do podkreślania większego lub  mniejszego  cierpiętnictwa poszczególnej  fali  imigracyjnej,  ale do pogłębienia obrazu  ewolucji  naszych  kobiet i ich  reakcji  na bądź co  bądź ,  niesłychanie ważną decyzję życiową. Nie mogłam więc pominąć krótkich  szkiców postaci wybitnych imigrantek, ktore swoim  życiem w  Kanadzie przyczyniły się do  budowy Polonii, społeczeństwa kanadyjskiego  oraz  tworzenia,  przekształcania i  wzbogacania   wizerunków  imigrantki  polskiej. Opisując procesy przemian w Polonii  posługiwałam się informacjami  zaczerpniętymi przede wszystkim z  informatorów polonijnych,  wspomnień  opublikowanych,  lub  nieraz tylko opowiadanych o  znanych   przedstawicielkach imigracji.  Wreszcie  sięgnęłam  także do  wiadomości nazbieranych dzięki  życzliwej pomocy współrodaczek i współrodaków zainteresowanych  niniejszym opracowaniem. Jest oczywiste,  że  nie wymieniłam wszystkich zasłużonych  kobiet pracujących w  Kanadzie na niwie tak  szerokiej jak  wielka   jest rozpiętość zainteresowań, możliwości i  dziedzin  życia  społecznego, kulturalnego, politycznego i  ekonomicznego w tym ogromnym  kraju. Napewno nie zdołałam wymienić i  naszkicować wszystkich  wybitnych  przedstawicielek imigracji polskiej w  Kanadzie.  Nie zrobiłam  tego, ani  z  niechęci, ani z lenistwa, ani z  faworytyzmu.  Jednak  ograniczona własnymi  możliwościami,  częstą  nieufnością kobiet,  do których się zwracałam i   licznymi odmowami  wypełnienia ankiety  rozesłanej w  1998/99 roku,  musiałam dokonywać wyboru na podstawie dostępnych mi publikacji oraz  faktów  publicznie znanych.  Tylko w tym ostatnim przypadku  pozwoliłam sobie na zastosowanie mojej  subiektywnej  oceny  wielkości wkładu  poszczególnej  imigrantki  w całość  życia polonijnego,  pozycji  Polaków w Kanadzie i  jej udziału w  pomocy, lub  pracy na rzecz społeczeństwa polskiego lub jego  części w  PRL-u  oraz w  III Rzeczpospolitej.

Z tej  racji unikałam używania suchych danych statystycznych,  dając  przede wszystkim głos samym  imigrantkom.  Jest także oczywiste, że w  gromadzie tych  kobiet znajduję się i ja, imigrantka od  prawie 40  lat.  Jako  taka  pozwolilam sobie włączyć do naszego  opracowania moje osobiste spostrzeżenia, zapamiętane  uwagi oraz  wnioski, które w ciągu długich   lat nazbierałam nie tylko  na podstawie własnych doświadczeń, ale także i  tych,  które  przekazane mi  zostały  przez  innych jako ostrzeżenia,  wyjaśnienia, lub poprostu  obserwacje  różnic  kulturowych pomiędzy Polską i  Kanadą.

 Nazwiska imigrantek  i  imigrantów wymienione  w naszym opracowaniu  zebrałam,  jako powszechnie znane  dzięki  ich  działalności społecznej , albo znalazłam je w  dokumentach opublikowanych. Natomiast  cytowane w tekście ustne uwagi  osób, z  którymi   rozmawiałam w różnych okresach podczas  mego pobytu w  Kanadzie pozostawiam  anonimowe, ponieważ nie mam możliwości ich  autoryzowania. Z  przyczyn ode  mnie niezależnych nie dotarłam głębiej do dokumentacji dotyczącej  szczegółów  działalności organizacyjnej  wielu  polskich  imigrantek,  nie wymieniłam również nazwisk  wszystkich wolontariuszek poświęcających  setki  tysięcy godzin  pracy  społecznej na rzecz  Polonii i Polski,  ponieważ było ich za dużo, a dotarłam tylko do  niewielkiej ich  części.

Z  uwagi na zupełną wyjątkowość wyników działalności Wandy  Stachiewiczowej w  Kanadzie  poświęciłam  jej  więcej  miejsca w  mym opracowaniu aniżeli  innym  wybitnym  imigrantkom.  Załuję,  że  bogatego  wkładu  innych  imigrantek polskich do dorobku  Polonii i  społeczeństwa  kanadyjskiego nie mogłam  omówić równie szczegółowo.   Z  uwagi na  swoje  bogactwo,  temat ten mógłby się stać osobnym długo falowym projektem. 

Ograniczenie się  przede wszystkim  do  szczegółów  wydobytych z  biografii  oraz  wypowiedzi pojedyńczych imigrantek odpowiadających na anonimową mini-ankietę z roku  1998/99  wymagało uzupełnień w postaci opisu ogólnych sytuacji, w których znajdowała się  imigracja polska w  Kanadzie w  różnych  epokach rozwoju  tego  Kraju. Tło powstawało z  uogólnień  opartych   albo na doświadczeniach  indywidualnych wielokrotnie  powtarzanych,  albo  na sytuacjach, które grupowo tworzyły podobne losy : etapy  adaptacji, klęski i sukcesu  życiowego  itd.  Było ono  także  budowane  przez  politykę imigracyjną w  różny  sposób stosowaną nie tylko w  czasie ale  i w  miejscu  i  wreszcie  przez  reakcje  społeczeństwa   kanadyjskiego na napływ  imigrantów.

Poruszając temat  prostytucji w  Kanadzie Zachodniej w  latach  1900-1939  posłużyłam  się  informacjami  opublikowanymi  na ten  temat, próbując oddać specjalny  społeczno-moralny  klimat Kanady  Zachodniej z tamtych  czasów.

W  żadnym  wypadku zebranej  informacji nie traktowałam jako  pełnej  i kategorycznej,  która by  wykluczała odmienne warianty  życiowe.  Jest jasne, że los  poszczególnej imigrantki  zawiera  elementy związane  wyłącznie z jej  osobą.  Tym  ważniejsze jest jednak  poszukiwanie uogólnień tła na tyle otwartych, że obejmują one elementy typowe w  życiu  licznych  imigrantów i  dzięki temu dają  pełniejszy obraz  sytuacji w danym  miejscu  i w danym  czasie.

Pozostają  jeszcze do omówienia używane przeze  mnie określenia emigrantki-imigrantki.  Wprawdzie oba te słowa  odnoszą  się do tego  samego  zjawiska, ale  nie są  to  słowa  zamienne,  ponieważ każde z  nich  dotyczy innego  punktu  widzenia.  Emigrantka oznacza  kobietę, która  opuszcza lub  opuściła swój  kraj  rodzinny,  czyli  wychodzi lub wyszła z  kręgu kulturowego  społeczeństwa  Starego  Kraju. Natomiast imigrantka - to kobieta,  która urządza lub już  urządziła nowe  życie sobie i  swojej  rodzinie  w Nowym  Kraju,  czyli podjęła  kroki odpowiednie do  związania się ze społeczeństwem Nowego  Kraju . W  kolejności  czasowej z  punktu  widzenia  Nowego  Kraju  emigrantki  przekształcają  się w imigrantki w  chwili zmian w ich statusie  formalnym w Nowym  Kraju,  to znaczy przez  nabycie  prawa stałego  pobytu, a następnie obywatelstwa.   Ponadto członkowie  Polonii,  którzy dla Polski są emigrantami, dla Kanady  są imigrantami a  następnie Neo-Kanadyjczykami  lub  Kanadyjczykami (po otrzymaniu obywatelstwa kanadyjskiego).

Rozróżnienie to  odzwierciedla także zmiany w legalnych uprawnieniach jakimi Kanada  obdarzała   emigrantów w  ub. stuleciu.  Na koniec warto  dodać,  że wielu  zasymilowanych  Kanadyjczyków  polskiego  pochodzenia  jest bardzo czułych  na przymiotnik  "polonijny", ponieważ w niektórych wypadkach,  szczególnie w kontekście mowy o  kulturze, może on  oznaczać coś, co nie jest polskie, bo nie powstało nad  Wisłą lub  Wartą, ale w Toronto, Montrealu lub zgoła  na preriach kanadyjskich lub nad  Pacyfikiem.  Takie stawianie sprawy jest dla członków Polonii  kanadyjskiej  bolesne,  bo  odmawia uznania ich  przywiązania do polskości, a nawet jak w niektórych przypadkach  bardzo jaskrawych (to Polonus, a nie Polak),  przerywa  ciągłość  historyczną, kulturalną i  emocjonalną, którą  tak  wielu członków  Polonii  kanadyjskiej,  zarówno  mężczyzn jak i  kobiet budowało z zaparciem się siebie i  ze stratą własnych korzyści.  świadoma tego,  używam  przymiotnika  polonijna/y  tylko w znaczeniu pochodząca/y lub  przynależna/y do Polonii jako  całej  grupy polskiej w  Kanadzie,  grupy  przywiązanej i  przechowującej polską  kulturę i polski  język.


 
CZĘŚĆ  PIERWSZA :  Etapy  imigracji                    
 
ROZDZIAŁ  I  

 

 

            O  emigracji polskiej  w  Kanadzie  wogóle                         

 

Dla zrozumienia   polskiej  emigracji  do  Kanady w wieku  XX-tym wydaje się  ważne  podkreślenie  dziwaczności  jej  korzeni.   Ta dziwaczność   wynikała   ze   sprzeczności pomiędzy decyzją polityczną  rządu dominialnego, a dokładnie Ministra  Spraw  Wewnętrznych   Clifforda Siftona dotyczącą  otwarcia prerii  kanadyjskich  dla  biednych  Europejczyków i  zasadą zachowywania "czystości anglosaskiej  rasy" głoszoną zarówno przez  rząd  jak i  w pełni  akceptowaną  przez  ówczesne społeczeństwo  Dominium. Przez  pierwsze połowę ub. wieku społeczeństwo kanadyjskie wcale nie chciało przyjmować  Polaków  i innych  Słowian jako emigrantów,  pogardzało nimi,  uważając  że nie nadają się na obywateli  kanadyjskich.  Zostali  mu oni  narzuceni  przez   Clifforda Siftona,  ministra Spraw Wewnętrznych  Kanady na  przełomie  XIXgo i  XXgo wieku   i  jego  linię  polityczną   dążącą do  szybkiego  zaludnienia  powstających  trzech  prowincji  preriowych. Zbieżne  z  tym   były też  interesy transkontynentalnej  kompanii kolejowej  Canadian  Pacific  Railway   (CPR ),  która   dążyła  do szybkiego   wzrostu  zaludnienia  Kanady  zachodniej , aby zapewnić sobie   zyskowność  przez  przewozy  pszenicy  produkowanej  na preriach.[15]

Clifford  Sifton istotnie doprowadził do szybkiego   zaludnienia   prerii, przyjmując do  Kanady osadników z  całej Europy,  ale  społeczeństwo  kanadyjskie  zareagowało  niechęcią  na masowy napływ  imigrantów  z centralnej, wschodniej i południowej  Europy. Dyskryminacja ich  stała sie  ich  chlebem powszednim  przez następne  dziesiątki lat.

Potem  przyszła II wojna światowa i  naciski  Wielkiej  Brytanii przyczyniły się do  narzucenia  Kanadzie imigrantów,   których  Dominium  Kanadyjskie  do  czasu wojny  nie chciało,  nie wpuszczało i  nadal nie miało  zamiaru wpuszczać. Tym  razem  chodziło o wykształconych fachowców  pochodzenia  nie brytyjskiego. W.  Brytania także wymogła na   Kanadzie przyjęcie  europejskich  uciekinierek wojennych  pochodzących z wyższych klas społecznych ich krajów, ponieważ  brytyjskie zapasy  żywnościowe  podczas  hitlerowskiej  blokady   prędko się kurczyły, więc Anglia   pozbywała  się  z  wyspy  kogo tylko  było można.

 Obie grupy  wojennych  przybyszów  spełnily  bardzo ważne  role dla Polonii  i  Kanady.  Stworzyły  bowiem  nowe  role-models   dla  Polaków na emigracji w  Kanadzie (powielane później masowo) i   w społeczeństwie kanadyjskim wypracowały miejsce dla polskiej  kultury, równocześnie zachowując swój udział  w  zmienianiu  rolniczego   Dominium  w kraj o  zaawansowanej  gospodarce  przemysłowej . Ten  udział  wojennej emigracji  w prawie błyskawicznym  przekształcaniu prowincjonalnego, a  przy tym  bardzo słabo  zaludnionego państwa   w kraj,  należący do pierwszej  dziesiątki najbardziej  rozwiniętych  krajów na świecie był  niezwykłym  dowodem  elastyczności  jego  społeczeństwa,  ale także  wprowadził  do niego  ferment, który  spowodował  głębokie  przemiany  w  tymże   społeczeństwie,  paręnaście lat  później  stawianym już  jako  wzór humanitarnego traktowania przybywających emigrantów.  Wszystkiego tego  dokonało  społeczeństwo kanadyjskie  nasycone  tysiącami   imigrantów, w tym  Polaków,   mężczyzn  i kobiet  tęskniących  za Polską, obolałych  psychicznie konsekwencjami  traktatu jałtańskiego, a równocześnie  zmagających   się   ze zwykłymi  trudnościami ubiegłowiecznego  życia emigranckiego. 

 


                   Tożsamość  imigrancka 

 

 

                   Asymilacja do Nowego  Kraju wiąże się ściśle z tożsamością imigrancką. Im  większe są różnice  pomiędzy kulturami obu krajów (Starego i Nowego) tym wyraźniejsze i  bardziej  widoczne stają się   przemiany  zachodzące w  tożsamości przybysza  asymilującego się do Nowego Kraju.  Asymilacja jest długim  procesem,  czasami trwającym przez  całe  życie i  przeważnie  nie odbywa się łatwo.  Jej pierwszym elementem jest  nauka nowego  języka i swoboda posługiwania się nim. Elementem  równie ważnym jest zrozumienie, później  przyswajanie sobie nowych sposobów  bycia,  typowych dla Nowego Kraju,  przejmowanie sposobów życia i  świętowania istniejących w Nowym Kraju, akceptowanie przekonań, którymi  posługuje się na codzień jego społeczeństwo, udział  w  kształtowaniu  się tego  społeczeństwa,  rozumienie jego  norm, nakazów i  zakazów, według których  toczy się życie i układają się  wszystkie  elementy  stosunków  międzyludzkich.

                    Tożsamością  imigrantów polskich w  Ameryce  zajmowano  się  w  Ameryce  od  czasów  I  wojny światowej . Jednym z  najbardziej  znanych   pośród   socjologów był  Florian  Znaniecki, który  wspólnie z  Williamem Thomasem  opublikował dwa  grube tomy  Pamiętników  Chłopów  Polskich w  Europie i  Ameryce. Autorzy   omawiali  zebrane przez  siebie życiorysy imigrantów polskich przede wszystkim  z  końca   XIX-go wieku. Zdaniem obu autorów  asymilacja jest  wynikiem rozwoju  grup emigranckich, a nie jednostek .  Polsko-Amerykańskie  społeczeństwo owego  czasu -  według nich -  ewoluowało  powoli jako całość  od polonizmów do amerykanizmów. Dowodzi tego  fakt,  że członkowie jego,  szczególnie druga  generacja,  nabywali  coraz  więcej postaw amerykańskich i  byli  pod coraz  większym  wpływem amerykańskiej  cywilizacji.  Według  obu  autorów ta  "asymilacja  jest na tyle zjawiskiem  grupowym,  że można ją porównać z takimi  procesami  jak  germanizacja  społeczeństwa   czeskiego, trwająca od stu lat, albo jak  przyjmowanie w ciągu  XVIII  wieku  kultury  francuskiej przez  polską, rosyjską i niemiecką  arystokrację"[16]. Dla naszego opracowania  dwa punkty są tu  ważne.  Pierwszy,  że proces asymilacji , tak  jak pojmowali  go Thomas i Znaniecki  jest długi i powolny.  Rozciąga się najczęściej na drugą generację imigrantów.  Drugim  ważnym   punktem jest opinia autorów,  że asymilacja  może się odbywać tylko  grupowo, poparta jakimś centrum, które musiało  wcześniej wykrystalizować najważniejsze  dla siebie  elementy  polskości na obczyźnie, a dopiero potem  narzucało je wprost albo  pośrednio jednostkom które  skupiły się wokoło niego. Obaj autorzy są świadomi,  że badane przez  nich  grupy polsko-amerykańskie miały jednorodne pochodzenie chłopskie lub  chłopsko robotnicze i  że ten  fakt ułatwiał tworzenie się lokalnych polsko-amerykańskich centrów  przyciągania.

W  badanych  przez  nas  etapach emigracji  polskiej do Kanady w  XX-tym  wieku, a więc,  w  czasie późniejszym od okresu  opisywanego przez Thomasa i  Znanieckiego uderza  brak podobieństw do sposobów asymilacji arystokracji polskiej,  rosyjskiej i niemieckiej   XVIII-go  wieku do kultury  francuskiej. Wynika to zapewne zarówno z odmiennego charakteru etapów imigracji  polskiej do Kanady  jak i  z odmienności  jej  przyczyn. Oprócz  tego  naszym  zdaniem  liczni  imigranci polscy   pozostawali długi czas   w rozproszeniu,  np  polskie służące na  kanadyjskich  farmach, lub w  miastach   często asymilowały się poza    ośrodkami  krystalizującymi  i  dlatego  ten   proces  nie wszędzie  przechodził  w taki sam sposób. Nie mówiąc o tym,  że  o  asymilowaniu  się do kultury  francuskiej decydowała moda, a o  asymilacji w nowym kraju -  życiowa konieczność.

W okresie miedzy wojennym  pamiętnikami   Polaków w  Kanadzie zajmował się Instytut  Gospodarstwa Społecznego w  Warszawie.  W  roku  1936-tym ogłosił on  konkurs  z nagrodami na życiorysy członków wychodźctwa polskiego planując publikacje tych pamiętników jeszcze w roku 1939-tym[17]. Prace  zostały  przerwane  wojną,  a ocalałe oryginały pamiętników  oraz  ocalała odbitka drukarska przygotowanego do druku tomu  pamiętników z Kanady pozwoliły Instytutowi  Gospodarstwa  Wiejskiego w  Warszawie w roku  1971 na publikację  p.t.  Pamiętniki  emigrantów. Kanada. Nr. 1-16. To opracowanie Instytutu Gospodarstwa  Wiejskiego nie pretenduje  jednak  do analizy  procesów asymilacyjnych.[18]

Za czasów  PRL-u  próbowano kontynuować zbieranie pamiętników emigrantów, ale dla nas nie przedstawiają  one żadnej  wartości ze względu  na swój  bardzo  propagandowy,  a mało  prawdziwy charakter.

Po  drugiej  wojnie światowej tożsamością  imigrantów polskich w  Stanach Zjednoczonych zajmowała się socjolog i  imigrantka dr.  Danuta  Mostwin, również  zamieszkała w  Stanach  Zjednoczonych. Jej opracowanie  Trzecia wartość[19]  poświęcone  jest dyskusji  na temat stanu i  rozwoju tożsamości emigranckiej  Polaków w  US.  Uwzględniając  powolne przeistaczanie się indywidualnego Polaka w  Amerykanina. Mostwin  zastanawia się nad pytaniem czy  asymilujący   się w  Stanach  Zjednoczonych  imigranci przestawali  być Polakami. W tym celu  wprowadza pojęcie   trzeciej wartości [20]  i  następnie opiera na nim  klasyfikację stopni  asymilacji równorzędnej do zachowywania lub tracenia poczucia polskości.  W  ten  sposób otrzymuje 5 kategorii opartych na wyrażaniu stopnia polskiej lub amerykańskiej  tożsamości.

1  -       tożsamość  polska

2  -       tożsamość polska zmierzająca ku  tożsamości dwukierunkowej

3  -       tożsamość  dwukierunkowa

4  -       tożsamość  amerykańska

5  -       sprzeczności w obrębie tożsamości etnicznej.  Tej ostatniej  kategorii  używa  Mostwin w  szerszym  niż  poprzednie  znaczeniu.

Imigranci 1-szej  kategorii  uważają się za Polaków i  są tak samo  oceniani  przez   Amerykanów.  W  drugiej i  trzeciej,  procesy odchodzenia od polskości i adaptacja do  amerykańskości    już w  toku.

                  Osoby  drugiej kategorii  uważają się za Polaków, lecz  wiedzą, że  Polacy w  Polsce mówią o nich jako o  Amerykanach, podczas gdy oni  sami czują się w nowym  środowisku  przybyszami  dostatecznie różnymi, aby Amerykanie traktowali ich  jako  Polaków. Jak  uważa Mostwin  przyczyną  tego  odizolowania subiektywnie odczuwanego,  jest brak  pełnego udziału w  życiu jednej i drugiej  narodowości.

Osoby  trzeciej  kategorii  uważają się za Polaków, lecz  wiedzą,  że są  uważani  za Amerykanów zarówno przez  Polaków jak i  Amerykanów. Ich  tożsamość  jest  bezpieczna i  chłonna,  ponieważ,  pisze D. Mostwin, mają nieprzerwaną więź z kulturowymi  wartościami dawnego i nowego  środowiska i  wpływami ich wzorców  wychowawczych.  "Tożsamość  dwukierunkowa jest nieszkodliwa dla równowagi  psychicznej i dla członka grupy  etnicznej jest tożsamością  - idealną..".[21].

Kategoria  czwarta obejmuje osoby, które Polacy nazywają zazwyczaj  Amerykanami polskiego pochodzenia.  Ich tożsamość jest wyłącznie amerykańska. Wprowadzając tę klasyfikacje  Danuta  Mostwin  zakłada,  że tożsamość  amerykańska  powoli  wypycha  ze świadomości  imigranta  jego  tożsamość  polską  i  że dopiero po  zakończeniu  tego  procesu następuje  pełna asymilacja.

 W dalszym  ciągu  rozważań  D.  Mostwin  zastanawia się nad   zachowaniem i  przekazywaniem  wartości  kultury polskiej poza  krajem[22]  Przy tej okazji  próbuje ustalić  teoretyczny  układ  dziesięciu wartości kulturowych polskich, jak  twierdzi  zależnych  jedna od drugiej, ułożonych  hierarchicznie,  a następnie  omawia tożsamość etniczną  podkreślając,  że ...  etniczność  nie równa się zakresowi pojęcia kultura...  Równa się natomiast układowi polskich wartości kulturalnych przeniesionych w  klimat kultury niepolskiej.  Dynamika  interakcji pomiędzy tymi dwoma kulturami wytwarza  elementy nowe...  prowadzi do  wytworzenia etniczności. [23]   Stąd  D.  Mostwin  rozróżnia odcienie etniczności odpowiadające  krajom,  w których  polska diaspora  znajduje się  i wymienia  3  typy  etniczności : kulturalną, religijną i narodową.  Dla  naszych rozważań nad wizerunkami  imigrantki polskiej  propozycje  dr. Mostwin  nie są konieczne,  ponieważ nam  zależy  przede wszyskim  na  skutkach asymilacji,  czyli  na  reakcjach   imigrantek i  imigrantów  na  Nowy  Kraj. Mniej  interesuje nas natomiast   teoretyczne budowanie  modeli  tożsamości   imigranckiej 

Interesujące  jest  jednak  kiedy  Mostwin   porównuje   swoje kategorie tożsamości z satysfakcją  zawodową  i  przynależnością do  amerykańskich organizacji  społecznych i  przytacza przy tym   urywki  wypowiedzi niektórych  respondentów  na rozesłaną  przez   nią ankietę.  Dla nas może najciekawszą  jest wypowiedź respondenta, który  liczbę  lat potrzebnych do tego, aby móc się uważać za Amerykanina  uzależnia  od :" 1)  rodzaju  wspomnień (szczęśliwych lub  nie)  jakie zachowujemy z  życia w dawnej  Ojczyźnie;  2) liczby lat  przeżytych w Starym  Kraju;  3) postawy ludzi tutejszych jak i  od postawy ludzi z autorytetem. Te postawy uważam  za bardzo pozytywne, tzn  przyspieszające proces asymilacji..."[24]  Z  punktu widzenia niniejszego  opracowania  wydaje  się, że o stosunku  imigranta  do jego nowej  ojczyzny decyduje  jednak  więcej  czynników. Ważne są pytania czy imigrant dobrowolnie opuścił  starą  ojczyznę,  czy też  pod   przymusem? Ile  lat   liczył  w  chwili  przybycia do  Nowego  Kraju   Czy  jego kulturalne uwarunkowanie było  zgodne z  planami  ponownego  rozpoczynania  życia na nowej  ziemi?  Jakie plany  albo oczekiwania  poprawy/ pogorszenia  losu ,  kariery  wiązał z emigracją i  czy  te plany  miały możliwości  spełnienia się,  czy  wyjazd  miał  charakter emocjonalnie negatywny, to znaczy czy  dominowała chęć  opuszczenia Starego  Kraju za wszelką  cenę,  czy  też pozytywny -  budowania nowego  życia dla siebie i  rodziny?  Jak  znosił  początkowy okres  wyobcowania i  samotności  i  co  w nim  z tego okresu pozostało?  Czy  w Starym  Kraju,  tak jak w  Polsce po roku  1989,  zaszły  ważne zmiany?  I  wreszcie  czy  decyzja wyjazdu była  jego  własna czy też  nie?  Dla  kobiet imigrantek  wszystkie te pytania są bardzo ważne,  a  szczególnie ostatnie pytanie ma dużą wagę, ponieważ bardzo wiele    emigrantek  przybyło do Kanady jako  towarzyszki swoich  mężów.  Ich  priorytetem często bywało zatem  uniknięcie  rozłąki  rodzinnej,  a  opuszczenie kraju  i  wyjście z  polskiego  kręgu  kulturowego  znajdowało  sie na drugim albo  trzecim  miejscu. W  ciągu  dwudziestego  wieku nie wszystkie imigrantki naprawdę chciały opuścić swoje rodziny i  grupy  przyjaciół w  Polsce.  Niektóre uległy namowom narzeczonych,  lub  mężów, inne myślały, że   ich pobyt za granicą będzie chwilowy,  jeszcze inne przed  wyjazdem  budowały sobie obraz  Kanady na wzór  Polski.  Wreszcie spora ich  część  opuściła  Polskę podczas wojny i po  1945 roku  obawiała się powrotu  do  Polski  pod reżymem  komunistycznym.  Stąd nawet  pobieżna znajomość  Nowego  Kraju zastępowana była  często  wyobrażeniami, które  mogły  mieć charakter  marzeń nie wiele mających wspólnego  z  krajem i jego społeczeństwem.  Ten  rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami  i  rzeczywistością mógł następnie zamienić się w  nieusprawiedliwioną  pretensję, którą  jedna z  moich  znajomych   zamknęła w  retorycznym  pytaniu  dlaczego Kanada jest tak  bardzo inna?  Tak  jakby  to  było  winą  Kanady,  że  jest inna niż Polska.  W  miarę upływu  czasu  rozdźwięk  pomiędzy początkowymi  marzeniami i  rzeczywistością na ogół zanikał,  ale czasami wraz ze świadomością, że to już  jest stały  pobyt w tym nowym obcym kraju -  przeradzał się w  gorycz, która  hamowała możliwości  głębszej asymilacji.  Przykładem są tu  ostre słowa jednej z respondentek na mini-ankietę z roku 1998/99. Na pytanie czy  uważa się za osobę o podwójnej  kulturze : polskiej i  kanadyjskiej,  respondentka oznaczona symbolem ZC odpowiedziała :  tylko polskiej, bo nie cierpię quebeckiej kultury.[25]  (Respondentka  mieszka  w  prowincji  Quebec).  Jakże gorzka jest wypowiedż  autorki  ukrytej  pod pseudonimem Malwa. W  życiorysie  zatytułowanym  To  nie jest Kraj moich marzeń  pisze  ona :...Jestem coraz  więcej podenerwowana, ogarnia mnie coraz  większa  niechęć do tego kraju.  Sama wybrałam moją drogę, zdecydowałam się  przyjechać tutaj,  więc  nie mogę i nie powinnam się skarżyć,  zresztą komu .

W  Polsce pracowałam w swoim  zawodzie, miałam rodzinę, przyjaciół, ludzi bliskich i kochanych a wybrałam niepewność,  obcość /autorka przybyła do Kanady,  aby wyjść zamąż za człowieka, którego  wcześniej poznała -  mój  przypisek/ . Zastanawiam  się teraz  dlaczego myślałam że Kanada  jest czymś lepszym od Polski, dlaczego oczekiwałam czegoś dobrego od tych obcych ludzi? Dlaczego nie pomyślałam wcześniej o  wyobcowaniu i samotności jaka  musiała mnie tu spotkać...   [26]

Dalsza  różnica  pomiędzy założeniami D.Mostwin i naszymi polega na rozumieniu  słowa polskość i kultura  polska dnia codziennego.  Mostwim nie definiuje swojego  pojęcia polskości.  Wydaje się jednak,  że dla niej polskość oznacza  przede wszystkim  stosunek emocjonalnej  przynależności imigranta do Starego Kraju,  jego losów, historii,  tradycji i kultury pisanej wielką literą. Kultura dnia codziennego, która obejmuje postawy jakimi   reaguje się na drobne codzienne wydarzenia i preferencje w wyborze norm społecznych,  jest dla Mostwin  zamknięta w  dziesięciu  wybranych  przez  nią wartościach,  które ułożyła według pewnej  hierarchii. Mają one tworzyć  harmonijną całość i  zbiorowo odpowiadającą na pytanie jak  należy  postępować[27] . Ma to więc być  wzorzec postępowania emigranta a nie jego  postępowanie. Natomiast dla nas ważna jest  przede wszystkim  kultura dnia   codziennego, ten automatyczny, niekontrolowany sposób  reagowania na środowisko, na sposób wychowywania dzieci,  na rozładowywanie napięć w rodzinie,  na ocenianie  postępowania ludzi spotkanych na ulicy, lub w sklepie  według standartów Starego lub Nowego Kraju, a nawet na układanie sobie  tych   bajek, które każda i każdy z nas  opowiada sobie codziennie o sobie i które decydują o naszym poczuciu wartości.  świetnie  ilustruje to  Marie A. Jabłońska w swoim  życiorysie ... Co  zamierzam  tu opisać to serię kulturalnych szoków jakie przeciętny  Europejczyk ze średniej  klasy doświadcza po swoim  przybyciu  do Północnej Ameryki  jako ubogi  imigrant. Zanim  zacznę to opisywać...chcę dodać,  że dziś jestem  doskonale zaadaptowana do życia tutaj i nie zamierzam  wrócić do  Europy.  Po wtóre nie chcę być źle zrozumiana. Moim celem nie jest  krytykowanie albo wyśmiewanie czegokolwiek  w  Kanadzie. Poprostu chcę  podkreślić różnice w postawach i zachowaniach tak jak je widziałam wtedy, kiedy się tu znalazłam. I wierzcie mi,  byłam  nieustannie zdziwiona, zaszokowana i często  bardzo krytyczna.  Nic w tym  nie było  dziwnego, ponieważ  przywiozłam ze sobą cały bagaż europejskiego snobstwa  i  przesądów.[28]  W ciągu lat pobytu na obczyźnie ten bagaż kulturalny codziennego użytku modyfikuje się pod wpływem  wieku, stanu zdrowia, ale także pod uderzeniami codziennej rzeczywistości Nowego Kraju.  Asymilujący się imigranci prędzej czy później  zastępują w nim  dawne postawy sposobami nabytymi od lokalnych ludzi, w  czasie interakcji z instytucjami, urzędami  itd.  Zaobserwowane i może nawet nieświadome przyswajanie sobie  nowych form i nawyków  jest poszukiwaną przez nas podstawą odbywającej się asymilacji  imigranta. Drugie pokolenie wyrosłe   już na nowej ziemi ma znacznie mniejszy  zasób bagażu  kulturalnego  ze Starego  Kraju, ponieważ od młodości  chłonie zwyczaje i postawy kolegów  szkolnych i środowiska, w którym wzrasta przy  jednoczesnej coraz słabszej znajomości zwyczajów i postaw Starego Kraju.

Nawet  jednak  te i  ci imigranci,  którzy  świadomie lub  nieświadomie  bronią się przed  asymilacją  wprowadzają zmiany w  przywiezionym  ze sobą bagażu polskiej kultury  dnia codziennego.  Czasami  w  rezultacie tych zmian  następuje  automatyczne odrzucanie wszystkiego  co pochodzi  z  Nowego  Kraju,  kiedy  indziej  swoista i  spontaniczna  selekcja   przestarzałych  odruchów  przetwarza   przywiezioną kulturę dnia codziennego w  wyidealizowany  obraz, który  jednocześnie pozwala na pozorną adaptację  do  kultury życia codziennego Nowego  Kraju.  Wygląda  to wówczas  tak, jakgdyby imigrant lub   imigrantka  mówili  sobie  "wszyscy zachowujemy  się tak,  jak tego  wymagają normy Nowego  Kraju, ale tak  naprawdę wiemy,  że tylko nasze dawne postępowanie jest wyrazem  prawdziwej kultury".  To  też  jest sposób na rozładowywanie swoich   kompleksów  niższości wynikających z  poczucia  izolacji w Nowym  Kraju. Większość wytwarza sobie swoją osobistą  mieszankę kulturową, którą  posługuje się na codzień, powoli  zwiększając w niej  swój  wkład kanadyjski,  aż do punktu kiedy  kultura dnia  codziennego Polski jest  używana  tylko  przy spotkaniach z  rodakami  i to nie  ze wszystkimi.

Wśród imigrantów Kanady  zachodniej z  pierwszej  połowy  XX-go  wieku istniał  szczególny  rozziew pomiędzy  nagromadzeniem  doświadczenia kanadyjskiego  przez  mężczyzn, którzy zwykle przybywali pierwsi i przez  przybywające później  kobiety.  Ponieważ w  praktyce uzbieranie kwoty  pieniędzy potrzebnej na sprowadzenie rodziny często  zajmowało sporo lat,  więc w  chwili kiedy rodzina wreszcie przybywała, mężczyzna był już  "doświadczonym  Kanadyjczykiem", podczas  gdy  jego  żona i  dzieci zaczynały się  dopiero oswajać z  nową  rzeczywistością.Ta różnica  dawała  mężczyznom dodatkową  przewagę w  rodzinie. Stąd  polski ludowy  patriarchalizm i  hierarchiczna forma struktury rodzinnej  wyniesione ze wsi  Starego Kraju bywały w  Kanadzie wzmacniane przez  nabytą  przez  ojca znajomość Nowego Kraju i jego praw.  W  początkowych  latach   imigracji dla rodziny,  czyli  kobiet i dorastających  dzieci,  decyzje  ojca były więc w wielu rodzinach  absolutnie niepodważalne  W tamtych latach  dzieci nie mogły się  nie zgodzić z decyzją  rodziców, musiały słuchać[29]  Agata  Puzianowski autorka powyższej  uwagi nie odważyła się wprost odmówić swemu ojcu wyboru męża dla niej, ale broniąc się przed  narzuconym  narzeczonym za namową  swojej  kanadyjskiej  znajomej poprostu uciekła z  domu. Czyli  milcząco  przyjmując wybór  dokonany przez  ojca  zachowała  się  jak  Polka,  ale uciekając z domu przed narzuconym narzeczonym postąpiła  już  jak  dziewczyna kanadyjska.

W Kanadzie wschodniej,  gdzie emigranci polscy z  XIX-go wieku i z  pierwszej połowy  XX-go  osiedlali  się  przede  wszystkim w  miastach, patriarchalizm rodzin polskich  mógł [30]  nie występować w tak jaskrawych formach jak na zachodzie Kanady,  dlatego  że zarówno  większa  gęstość  zaludnienia, jak i ciągłe kontakty z różnorodnymi  kulturami etnicznymi mogły  działać  łagodząco na polskie wiejskie tradycje.  Ponadto, w  miastach łatwiej było się wyłamywać spod kontroli  ojca, ponieważ było znacznie więcej okazji do usamodzielnienia się.  Z  większymi możliwościami  zarobkowymi córek, łączyła się większa możliwość  wyprowadzenia się z  domu.  Wreszcie w  ośrodkach  miejskich  Kanady wschodniej osiedlały się także  emigrantki z Polski,  przybyłe samotnie. W  środowisku  polskiej  imigracji były  one  traktowane jako potencjalne żony, które mogły sobie wybierać mężów według swojej woli. Z  tych co jechali doKanady było parę rodzin  rusińskich, kilkanaście dziewcząt, które jechały jako służące albo do narzeczonych, a reszta to  żony z  dziećmi .  Był to  rok  1930.[31]

Aż do  przełomu lat 50-tych i 60-tych ub  wieku  emigrantka w  mieście miała bardzo niewielki  wybór zawodów. Najczęściej zatrudniana  była jako  służąca, nianka, ewentualnie opiekunka małych dzieci.  Rzadziej, dopóki  II  wojna światowa nie wywołała boomu produkcyjnego w miastach  Kanady  wschodniej ,  znajdowała  miejsce pracy w  różnych mniejszych lub większych  fabrykach rozwijających się w takich ośrodkach jak Montreal  lub Toronto,  ponieważ  brak znajomości języka zwykle uniemożliwial jej pracę w środowisku  fabrycznym,  z  wyjątkiem  pracy  w   sweatshops  bardzo popularnych w  czasie Wielkiego  Kryzysu.

Po  zakończeniu wojny i powrocie kanadyjskich żołnierzy do  domów  Kanadyjki  masowo  rzucały pracę zawodową i wracały do domów, aby  zakładać rodziny i  rodzić  dzieci.[32] ,  stąd  nieznaczny  procent imigrantek biegłych w języku  angielskim i znających  maszynopisanie oraz  inne prace  biurowe mógł teoretycznie już  wówczas  szukać prac sekretarek,  recepcjonistek, telefonistek itp.  Nieco później po wojnie wielkie magazyny i duże sklepy  zaczęły także  przyjmować imigrantki jako  sprzedawczynie, lub  kasjerki, a  małe  przedsiębiorstwa   usługowe, powstające  licznie w  latach  powojennych,  chętnie zatrudniały osoby znające różne europejskie języki, ponieważ ich klientela często tylko  takimi władała.  Imigrantki z  krajów Europy  wschodniej były także chętnie widziane w  urzędach  rządu  federalnego,  gdzie znajomość  różnych języków była potrzebna w  pracy.  W    sklepach  nikt się nie zastanawiał, czy nowo  przyjęta sprzedawczyni  jest zamężna czy nie, ponieważ  wiadomo  było,  że  imigrantki mężatki są tak samo  gotowe pracować jak kobiety niezamężne [33] Prace  zarobkowe podejmowane  przez  nie często pozwalały mężowi,  jeszcze  niepracującemu, na znalezienie lepiej płatnej  pracy, albo  zrobienie kursu językowego  lub  zawodowego, który z  kolei mógł mu zapewnić lepsze zarobki i  wyższy dochód w  rodzinie.  Stąd  zarobkowanie mężatek w  większości traktowane było wśród Polaków jako  chwilowe i  mąż  nadal  był uważany za głównego żywiciela rodziny. Mimo  tej  idee generale  dominującej wśród Polonii z  lat wojennych i powojennych praca zawodowa  imigrantek przeważnie wydłużała się w czasie, bo w miarę powstawania nowych  planów  życia  powstawały nowe potrzeby, jak np  studia dla dzieci, lub kupno nowego  domu. Zachęcała kobiety  do pracy zawodowej także i   ogólna  atmosfera  kraju,  gdzie wzrost potrzeb imigrantów był pochwalany jako normalny element asymilacji, a samodzielność była jednym ze  świętych  przykazań społeczeństwa kanadyjskiego.  Polskie imigrantki na ogół  chętnie  podejmowały pracę zarobkową.  Czasami  szczególnie atrakcyjna była  ona dla młodych  mężatek, które w pracy  zawodowej widziały dla siebie furtkę uwalniającą je od roli  housewife,  skoncentrowanej  wyłącznie na prowadzeniu  domu i wychowywaniu dzieci i  z  którą  "mąż  nigdy nie rozmawiał o swojej pracy zawodowej, a nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że o sprawach publicznych i zawodowych  można by  rozmawiać z  kobietą"[34]  Bunt  przeciwko tej  patriarchalnej postawie  męża znalazł się w odpowiedzi  jednej z respondentek na mini-ankietę,  imigrantki po  wyższych studiach przybyłej do Kanady  10 lat po  drugiej  wojnie.  Pisze  ona że pierwszą swoją pracę zawodową " podjęła wbrew woli męża. Mąż pogodził  się z moją decyzją, ale na jego warunkach. Gdy nie kolidowało to z  planami  jego i  dzieci." W dalszym ciągu ta sama respondentka tłumaczy dlaczego nie lubiła swojej pierwszej  pracy : " Pracowałam tam  gdzie miałam środek transportu, lub możność  dojścia w  czasie wolnym  od obowiązków  domowych. Z powodu  częstej  przeprowadzki z miasta do miasta ( awanse męża w pracy)  musiałam brać prace  bez dłuższego zobowiązania."[35]

Ta  "chwilowość"  zatrudnienia kobiety powodowała, że etapy jej asymilacji opierały się  przede wszystkim na osobistej zdolności adaptacji imigrantki do otaczającego ją środowiska od którego uczyła się języka, postaw i manier w kontaktach z ludźmi oraz  noszenia się po kanadyjsku. Etapy  tej adaptacji  przebiegały w różnych częściach Kanady w różny sposób. Także czas  przybycia imigrantki, jej status społeczny w Starym Kraju oraz jej wiek odgrywały poważną rolę w procesie asymilacji do kultury  kanadyjskiej. To  też inaczej przechodziły proces asymilacji Polki  które przybyły do Kanady podczas wojny, albo  zaraz po niej, a inaczej te, które później  uciekały z komunistycznej Polski, lub  przybyły na fali "solidarnościowej" emigracji.

Wydaje się, że po  wojnie w zetknięciach z Polonią zadomowioną już w Kanadzie, nowo  przybyłe  kobiety odczuwały potrzebę publicznego podkreślania swoich więzów ze Starym  Krajem. Imigrantki z okresu  wojennego i powojennego  często niejako  z obowiązku  partiotycznego czuły potrzebę publicznego wyrażania swego  przywiązania do Polski, swojej  dumy z polskiego pochodzenia,  tak jakby w ten  sposób chciały zbalansować odczuwane w  Kanadzie izolację i wykorzenienie.[36] W  miarę przedłużania się pobytu  na obczyźnie ten stan  emocjonalnej  egzaltacji mijał i sprawy ongiś w Polsce uważane za ważne większości respondentek obojętniały,  chociaż dla wielu z nich ich stosunek do Starego Kraju i jego kultury  się nie zmienił[37]

Niewątpliwie  kobiety, które  przybyły do Kanady przed  1939-tym rokiem zaczynały swą adaptację do Kanady  przez  najniżej kwalifikowaną pracę  zarobkową  podobnie jak ich mężowie lub ojcowie.  One wiedziały,  że wyjazd ze Starego Kraju miał oznaczać wypracowanie sobie lepszego losu i uzyskanie tego celu było zależne od szybkości ich adaptacji i od ilości zebranych przez  nie pieniędzy. "Czas  płynął. Zaczęłam lubić moją pracę  (autorka smażyła hamburgery)  Dolary stale napływały. Co tydzień odnosiłam do banku $ 3,  kupując sobie coś do mojej wyprawy. Po  ośmiu czy  dziewięciu miesiącach miałam  odłożone   180  dolarów, wyreperowane zęby i wszystkie ubrania jakie mogłam nosić. Dobrze mi się powodziło."[38]  A skoro poprawa losu  oznaczała adaptację do zwyczajów i sposobów  życia w Nowym Kraju,  to jak  najszybciej należało  dostosować się do lokalnej społeczności,  ponieważ wtedy można było łatwiej i lepiej  zarobić.  Czasami  jednak  przywiązanie do postaw wyniesionych ze  Startego Kraju bywało silniejsze aniżeli  chęć  zarobku. Taki  przykład  podaje  D. Hoerder  cytując Annę Polkę, która uciekła do" Indian" ze służby  u  "bogatego państwa", w domyśle, ponieważ nie traktowali  jej tak jak ona  by sobie życzyła[39]

Emigrantki  czasu  II wojny  światowej i pierwszych lat  powojennych, osiadłe przede wszystkim w  miastach Kanady  wschodniej  znajdowały w swoich pracach zarobkowych  znacznie mniej zachęty do asymilacji. Otwarte dla nich zawody  sprzątaczki, służącej, lub nianki  byly i nadal są w  pojęciu ogromnej większości Polek imigrantek poniżeniem  społecznym, którego należalo  unikać. Nieco  lepiej było być robotnicą w fabryce lub sprzedawczynią w sklepie, chociaż i to było wyrazem deklasacji  społecznej, a i zarobki w większości oznaczały raczej  przeżycie aniżeli perspektywy poprawy losu. Jednak już  10 lat po wojnie, kiedy  Kanadyjki nadal licznie zakładały  rodziny[40]  zaczęły się pojawiać wolne miejsca w zawodach  biurowych. Imigrantki  znające wystarczająco angielski lub francuski mogły więc, przy odrobinie szczęścia przejść  od pracy fizycznej do pracy  biurowej.  Bardzo powoli zaczęto także brać pod uwagę możliwości  zatrudnienia imigrantek odpowiednio do ich  wykształcenia, co do  czasów  wojny światowej było poprostu nie do  pomyślenia. Powojenne braki na rynku pracy przy  jednoczesnej  kontynuacji rozwoju  gospodarczego Kanady  powoli wymuszły więc  lepsze prace także i dla kobiet.

Ta  nowa pozycja polskiej  imigrantki  na rynku  pracy zaskoczyła do pewnego stopnia niektórych  członków Polonii.  Fakt,  że  dawała ona kobietom więcej  samodzielności  i  lepsze  pensje nie zawsze spotykał się z aprobatą ich  mężów.  Niektórzy z  nich byli  zadowoleni, że w ten sposób  rodzina miała więcej  pieniędzy,  inni  jednak reagowali na nową samodzielność ich  kobiet  niezadowoleniem i  poczuciem  zagrożenia  własnej pozycji żywiciela i pana domu. Z  drugiej  strony samodzielność  finansowa  mężatki potrafiła czasami  bardzo zmienić na gorsze  jej stosunek do męża.  Drobne rodzinne nieporozumienia zaczynały w takich rodzinach urastać do poważnych  problemów.  Niekiedy trwało  to miesiącami,  kiedy  indziej  latami, aż dodatkowe presje związane z  pracą i  trudnościami  adaptacji  w  Nowym  Kraju  jednej lub  drugiej  strony  doprowadzały  do  rozłamu w rodzinach.  Wiele małżeństw poprostu nie wytrzymywało takiej  próby.[41]  Kasia,  autorka  życiorysu  "Wolna i niezależna"  pisze  następująco ..." Bardzo dużo miejsca poświęciłam w niniejszym opracowaniu  mojemu  małżeństwu.  Były  ku  temu  dwa  powody.  Po pierwsze zdarzenia te były przedmiotem  największej mojej  troski w tym  okresie.  Po  drugie zdarzenia te w sposób pośredni ilustrowały moje przejście z jednej kultury w drugą. W  Polsce tragiczna sytuacja polityczna i ekonomiczna nie sprzyjała dojrzewaniu  psychicznemu młodych  ludzi. Nie kształtuje  się w  nich w sposób  naturalny  odpowiedzialności  za własne życie. Dlatego też przez  lata na wysiłki mego męża  zmierzające ku  uzależnieniu mnie, reagowałam  po  przez   próby  albo  zgody na jego  warunki, albo przez  wypracowanie sobie większej  wolności.  Trochę  jak  nastolatek  starający się albo  być  grzeczny, albo wywalczyć sobie większą wolność ze strony  rodziców,  gdybym  była  dojrzałą kobietą  taka sytuacja nigdy  nie zaistniała  by.  Odpowiedzialność za własne postępowanie i za własne decyzje  brałabym jako pewnik.  Byłabym  przeświadczona o swoim prawie do samostanowienia, a jakiekolwiek  próby uzależnienia mnie  trafiałyby w  próżnię.  Ponieważ nigdy  przed  ślubem takiej  dojrzałości nie osiągnęłam to i prawo do samostanowienia nie było czymś naturalnym dla mnie."[42]  Jeden  ze znajomych  polskich lekarzy, u którego leczy się  wiele rodzin  polskich imigrantów, uważa że do  dziś  częściej  mężowie  aniżeli  żony nie wytrzymują stresów związanych z imigracją.

Od  czasu  II  wojny  światowej w takich miastach   jak Montreal lub Toronto rozwój  społeczności  polonijnej następował bardzo szybko. Duży napływ imigrantów z rodzinami po  zdemobilizowaniu  wojska polskiego na Zachodzie  oraz  DiPisów z różnych obozów rozsianych po  różnych kontynentach sprzyjał powstawaniu dość zwartych grup polskich  kontynuujących  tradycje i zwyczaje  Starego Kraju, według  których kobieta  uważana  była za strażniczkę ogniska domowego  i do jej obowiązków należalo przechowywanie kultury i  tradycji narodowych.  Żołnierze  armii polskiej na Zachodzie,  którzy ściągali  swoje narzeczone z  Polski, albo  szukali Polek na  żony także  oczekiwali od swoich wybranek, że stworzą im  domy na modłę  polską, kontynuując polskie katolickie wartości kultury i  tradycji i przekazując te wartości ich  dzieciom. W tych  oczekiwaniach  brała często udział  miejscowa Polonia  pielęgnując atmosferę tradycyjnej roli  Polki  urządzającej  święta  według polskich tradycji,  biorącej udział w  imprezach  polonijnych, włączającej  się  w działalności społeczne : polskie szkółki  sobotnie  lub  niedzielne,  zespoły tańców polskich, udział w organizowaniu  kas samopomocowych,  witanie  nowo  przybyłych,  przygotowywanie kursów języka angielskiego, a także  organizowanie różnych  związków  lub komitetów pomocy imigrantom oraz  społeczeństwu polskiemu.

W pojęciu społeczności  polonijnej natomiast asymilacja kobiet do Kanady była sprawą drugorzędną,  prywatną każdej nowo-przybyłej  emigrantki i jako  taka nie była w planach  zainteresowań społeczności  polonijnej.  Nie było na przykład polonijnych kursów językowych  dla kobiet,  chociaż  Polonia organizowała kursy  zawodowe i językowe dla mężczyzn. Stąd  dla wielu  imigrantek mężatek  drugiego i  trzeciego  etapu (1940-1979) najczęstsza droga do  asymilacji  prowadziła  albo  przez  pracę  zarobkową  albo  przez bezpośredni kontakt ze społeczeństwem kanadyjskim, na przykład  podczas  cotygodniowych  zakupów  żywnościowych  w wielkich  magazynach żywnościowych, w których wystarczała nawet  minimalna znajomość  języka. O  tym  jak  bardzo kulawa   bywała taka  asymilacja świadczy montrealska anegdota ze środowiska kanadyjskich  sędziów  przepytujących  kandydatów na obywateli  kanadyjskich. Otóż na standartowe pytanie jednego z nich co kandydatka  robi w Kanadzie, pewna polska starsza  pani  odpowiedziała  szczerze  Me,  go to Steinberg, then push, push my  cart.  Na szczęscie w latach  powojennych sędziowie  kanadyjscy  przejęci zasadą łączenia  rodzin  przyjęli to kulawe zdanie jako  wystarczającą  znajomość wymaganego języka angielskiego  i  dali jej  obywatelstwo  kanadyjskie[43].  W  nieco lepszej  sytuacji  asymilacyjnej  znajdowały  się imigrantki matki  mające dzieci w wieku  szkolnym. Obowiązek uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców,  współpraca  z  nauczycielami,  udział w organizowaniu różnych  szkolnych imprez  oraz wszystkie inne kontakty ze szkołą  zmuszały polską matkę do rozszerzania swego minimum językowego,   a także zapoznawały ją z  różnymi  kanadyjskimi  instytucjami  życia społecznego. W rezultacie przy dobrej woli  imigrantki asymilacja osiągnięta   dzięki  tym kontaktom bywała  nieraz o wiele  głębsza aniżeli można było  przypuszczać.

 

 
            Źródła

 

Opracowanie niniejsze jest  próbą uporządkowania  informacji zaczerpniętych przede  wszystkim z wypowiedzi indywidualnych emigrantek, ich  autobiografii,  biografii,  wspomnień i  biogramów  publikowanych w  mało  licznej  dokumentacji  dotyczącej polskiej imigracji  kobiecej w Kanadzie.

Ponadto  opiera  się na anonimowej  mini-ankiecie  przeprowadzonej  przeze  mnie w latach  1998-1999,  której celem było uzyskanie dodatkowych  informacji o tym jak polskie imigrantki w  Kanadzie z drugiej połowy XX-go wieku patrzą na  siebie  i swoje życie na obczyźnie.  Otrzymałam  odpowiedzi 30-tu  respondentek, co stanowi około 10 %  rozesłanych ankiet.  Posługując się   przyjętym  podziałem  na  cztery etapy  imigracji otrzymałam  5 odpowiedzi od imigrantek  z drugiego etapu   (1940-1956 ),  11 odpowiedzi nadeszło od imigrantek z  trzeciego etapu (lata 1957-1979)  i  14  odpowiedzi z  czwartego etapu  (1980-2000).

Oba    źródła mają charakter osobistych  wypowiedzi i wskutek tego zawsze są  subiektywne w ocenie sytucji,  w której  znajdowały się kolejne fale  polskiej emigracji.  Dlatego  trzeba  było je uzupełnić informacjami zaczerpniętymi z  publikacji  omawiających ogólną sytuację imigrantów w  poszczególnych okresach  czasu, w tym  także,  ewolucję  kanadyjskiej  polityki   imigracyjnej w minionym stuleciu oraz ewolucję Polonii kanadyjskiej.

Ponadto  sięgnęłam do kilku  publikacji   polskich  imigrantów   oraz  kilku  reportaży  Polaków, którzy w ciągu  drugiej połowy  XX-go  wieku odwiedzali Kanadę. Z  uwagi na małą  prawdziwość  romantycznych  książek  Melchiora  Wańkowicza,  dotyczących imigracji  polskiej w Kanadzie nie uznałam ich  za wartościowe  źródła, podobnie  pominęłam  publikacje  Arkadego  Fiedlera, którego reportaże  nie mają żadnej  wartości poznawczej dla naszego  tematu  kobiet  polskich  w  Kanadzie.

Sporo informacji  dostarczyły mi   wydawnictwa  polonijne jak  słowniki  biograficzne, publikacje  omawiające dorobek kulturalny Polonii,  pamiętniki ,życiorysy, wspomnienia  oraz  biuletyny,  informatory,  księgi pamiątkowe itp  publikacje różnych organizacji  polonijnych. 

Wreszcie opierałam  się także na własnych spostrzeżeniach, notatkach  i obserwacjach uzbieranych  podczas prawie  czterdziestoletniego pobytu w  Kanadzie.

We wszystkich tych  źródłach  szukałam elementów odnoszących się do wizerunków polskich emigrantek, ale ponieważ są one najczęściej  ściśle związane z doświadczeniami emigracyjnymi ich  mężczyzn,  więc  opisując  imigrantki   polskie nie sposób  było nie  mówić o  ich partnerach,  mężach, ojcach, braciach  oraz o  ogólnej  roli  mężczyzn uznawanych do  dziś przez  znaczną  część Polonii  za głównych bohaterów  imigracji.

Notatki,  wspomnienia, biografie samych  emigrantek  cechują się  charakterystyczną stronniczością  informacji.  Historycznie    zróżnicowane  ilościowo i jakościowo. Biografie  i  wspomnienia pierwszego (1900-1940),  trzeciego  (1957-1979)  i  czwartego (1980-2000)  etapu  napisane są  przeważnie w odpowiedzi na apele instytucji  polskich lub  polsko-kanadyjskich.  Znalazłam  także  dwie krótkie biografie napisane przez kobiety z  drugiego (1940-1957)  etapu.  Wszystkie były  publikowane w trzech  instytutach  badawczych.

Przed  II  wojną  światową w roku  1936  Instytut  Gospodarstwa  Społecznego w  Warszawie zorganizował konkurs z  nagrodami pieniężnymi na pamiętniki emigrantów polskich  na świecie, w tym   także i  w  Kanadzie. W  roku  1957  tygodnik  "7  dni"  w  PRL-u  ogłosił  następny konkurs na pamiętniki emigrantów. Cele tego ostatniego zamierzenia były  jednak wyłącznie  propagandowe.

Po  wojnie Kanadyjsko  Polski  Instytut Badawczy przy  Kongresie Polonii  Kanadyjskiej  w  Toronto  rozpoczęł  zbieranie  pamiętników  i  biografii emigrantów w  Kanadzie .

Pamiętniki  emigrantów  wydane  przez  Instytut  Gospodarstwa  Społecznego  w  Warszawie przedstawiające  pierwszą falę  imigracyjną  noszą  na sobie znak  czasu. Są  one   opublikowane  "w stanie  surowym",  to  znaczy bez  dokonywania  selekcji pod kątem przydatności  do  badań  socjologicznych, albo  stawianych  hipotez i  dzięki  temu  są bardzo wiarygodne. Także  co  bardzo  charakterystyczne,    wszystkie poza  jednym pisane przez  mężczyzn.  Jedyny pamiętnik napisany  przez  kobietę,  żonę robotnika w  fabryce pończoszniczej odnosi  się do życia jej i jej  męża  w   prowincji  Quebec. Przedstawia on ciągły  proces  porównywania  życia w  Polsce i  w  Kanadzie i podkreśla walory  życia w  Nowym  Kraju, mimo  dyskryminacji i  samotności   tej  rodziny. 

Wspomnienia,  biogramy i  życiorysy  publikowane w Kanadzie są  często opracowywane,  skracane,  tłumaczone z  polskiego na  angielski  lub  odwrotnie,  a czasami redagowane przez ekipę  badawczą i  redakcję  publikacji (por. Polacy w  Albercie pod redakcją  J. Matejko).  Część  ich  przedstawia  wspomnienia rodzinne, w których  dzieci lub  wnuki opisują  poświęcenie,  pracowitość  i pomysłowość  matek i ojców na tle ogólnych  warunków  życia rodziny.  We wspomnieniach  pisanych  przez  kobiety uderza  programowy optymizm ;  było  ciężko, - ale  daliśmy  sobie radę,  było dużo  roboty i  było samotnie, - ale przybyło więcej  osadników i teraz  jest  lepiej,  spotykamy  się z sąsiadami i urządzamy wspólne śpiewy i zabawy  taneczne  itd.  To  dzieci i  wnuki,  a czasami  mężowie piszą jak  było  ciężko i ubogo i jak praca  ponad siły oraz  częste porody  wyczerpywały zdrowie imigrantek,  które  przybyły do Kanady młode i  zdrowe, aby zrealizować swój  sen o  dobrobycie na kanadyjskiej  farmie.

W prawie  wszystkich  przypadkach są to wspomnienia kobiet, które  mówią o  sukcesie ich życia i z  jednej strony są dumne z siebie,  że tyle  osiągnęly,  a z  drugiej uważają ten sukces  za wynik  zachowania wartości,  w których zostały wychowane,  szczególnie owej  back  breaking work,  która w  ich pojęciu jest należną  ceną za  późniejszy  sukces. Pojęcie sukcesu  jest  przy tym subiektywne,  czasami  oznacza tylko  długość  drogi  przebytej pomiędzy startem w warunkach największego  prymitywu,  a skromnym zabezpieczeniem na starość w postaci  niewielkiej rodzinnej  farmy,  innym  razem jest to  prawdziwy  sukces na wielkiej i  bogatej  farmie,  albo  w  przedsiębiorstwie miejskim.  Prawie  zawsze   przebija  duma ze  spełnienia obowiązku  rodzicielskiego i  zapewnienia dzieciom możliwości wykształcenia i awansu  społecznego.

Pamiętniki  kobiet z  lat  powojennych są  nieliczne. Kobiety z  grupy  uchodźców politycznych były   niechętne pisaniu własnych wspomnień  uważając niesłusznie: "że   pamiętniki powinny pisać osoby  wybitne, mężowie stanu, żołnierze,  którzy spełniali  heroiczne  czyny,  wielcy  artyści, albo ludzie, którzy mają naprawdę wielkie   osiągnięcia. A co może  napisać zwykła  emigrantka "?   Stąd  niechęć do  spisywania własnych dziejów tak  charakterystyczna w  grupie,  wychowanej w  przedwojennym   przekonaniu,  że  życie  kobiety  toczy się  małą  scieżką obok  życia jej  mężczyzny i  wogóle  jest  mniej  ważne niż  życie   mężczyzn.

Zmianę stosunku  do pisania pamiętników widać  dopiero wśród  powojennych emigrantek z  pokolenia urodzonego i  wychowanego w  Polsce  Ludowej.  W  tej  grupie imigrantki nie wahają się opisywać swoich i  rodzinnych sukcesów, niepowodzeń,  trudności napotykanych z  powodu  bezdusznej biurokracji albo nawet dyskryminacji. Podkreślają  swój  udział  lub swoją  rolę  w rodzinie pisząc  "ja  zdecydowałam...",  "ja  byłam  czujna"..., "moja  wrażliwość"...,  podczas gdy   poprzednie pokolenia imigrantek  używały  określeń  "mąż  zdecydował"...  lub  "zdecydowaliśmy"..., " Opisują swoje problemy osobiste,  często  wspominają o swoim  wpływie na mężów i o  roli mężów i dzieci w adaptowaniu się do Nowego  Kraju, o  tęsknocie za  Polską i  urządzaniu  się w  Kanadzie.  Robią uwagi ogólne porównywujące  życie w  Kanadzie i w Polsce,  wyjaśniają  powody,  dla których  wyjechały z Polski,  tęsknią, cieszą się i  złoszczą  na nieprzewidziane sytuacje,  chętnie dzieląc się z  czytelnikami własnym  poczuciem  ważności. 

Osobiste  wspomnienia, autobiografie i  biogramy są także obciążone kryteriami wyboru do  publikacji nadsyłanych wspomnień. Są  to  bowiem  odpowiedzi na apel  zbierania życiorysów.

 Polki, których wspomnienia i  autobiografie  zostały  opublikowane w  Polacy w Albercie. Wspomnienia i życiorysy    oraz w  Pamiętnikach  emigrantów [44] nie były wybrankami  losu,  znakomitościami o których  wszyscy wiedzieli, albo osobami  szczególnie ważnymi.  Wręcz   przeciwnie.  Ich  świadectwo było jednostkowym  opisem warunków życia emigranckiego nie wiele odbijającego od  losów życia przeciętnych  emigrantek z  różnych etnicznych grup ( poza  Brytyjczykami)  żyjących w Prowincjach  preriowych w XX-tym  wieku.

Nasuwają się  przy tym  dwie uwagi.  Pierwsza to,  że  dokumentacja  dotycząca  kobiet, które nie stały się przypadkami  sukcesu  jest  bardzo  nikła.  Druga  uwaga  wymaga,  że dla  obiektywnej oceny  osiągnięć polskich emigrantek  konieczne jest tło,  w którym  ich  życie się rozgrywało.  Pustki dotyczącej  przypadków przegranych marzeń i  nie udanego  życia nie udało mi się wypełnić analogicznymi przykładami  z życia kobiet z  innych  grup  etnicznych, ale charakterystyka ogólnych  warunków życia w danym  okresie czasu i  miejscu Kanady  wschodniej i zachodniej  przynajmniej  pozwoliła na nazwanie najważniejszych   przyczyn ciężkiego  życia. Stąd także wywodzą  się  konieczne  uzupełnienia dotyczące ogólnych  warunków  społecznych, ekonomicznych i polityczno prawnych w  poszczególnych  prowincjach i w całej  Kanadzie. One  to  bowiem  określały rezultaty imigranckich wysiłków i osiągnięć, a więc   także i polskiej  emigracji.  Konieczne było także  wzięcie  pod  uwagę ważnych  przemian  społecznych i  gospodarczych dokonywujących się w  Kanadzie nie tylko pod wpływem  masowej  imigracji  z  pierwszej  połowy  XX  wieku i wynikających  z  niej  przemian, ale także  rozwijających się pod wpływem sytuacji  światowej, a  przed  wszystkim Wielkiego  Kryzysu i   II  wojny  swiatowej,  jej skutków lokujących  nagle Kanadę wśród najbardziej  liczących się krajów świata.  Głębokość  przemian ekonomicznych i politycznych wywołanych tym  nowym  stanowiskiem zaważyła na mentalności  społeczeństwa  kanadyjskiego  do  tego  stopnia, że w ciągu paru  dziesięcioleci jego skala norm i  wartości uległa całkowitej zmianie.

Jak w tych    przemianach  partycypowały emigrantki polskie jest jednym z  pytań  na które w niniejszym opracowaniu  poszukujemy  odpowiedzi.  Faktem jest, że  polskie imigrantki w  Kanadzie mają  znaczną kartę w  budowie nowoczesnego społeczeństwa kanadyjskiego, nie tylko dlatego,  że  uczestniczyły we wszystkich etapach  przemian, ale także  ponieważ swoją pracą,  inicjatywą oraz  uporem w   utrzymywaniu własnego bagażu kulturowego  przyniesionego z  Polski  przyczyniły się do  rozwoju  Polonii  kanadyjskiej, aktywnej we wszystkich  dziedzinach  życia społecznego  oraz w zachowaniu kultury polskiej na obczyżnie.

 

                  Etapy  masowej emigracji  do Kanady

 

 

 Podziały  czasowe emigracji  polskiej w  Kanadzie bywają  różnie wyznaczane.  Naogół wszyscy są zgodni, że  emigrację polską   do  Kanady  można  podzielić na kilka okresów, które różnią się między sobą liczebnością  i  warunkami w Nowym Kraju. Bogdan Czaykowski, profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii w  Vancouverze [45]  dzieli prawie całe stulecie (1901-1988)  na 3 fale. Pierwsza (1901-1940)  przedwojenna objęła między 150  a 170 tysięcy  Polaków.  W  drugiej  fali  w  której wydziela 3 podokresy : wojenny  (1940-1945),  powojenny pierwszy  (1945-1957) i powojenny  drugi  (1957-1981)  liczba ogólna polskich imigrantów wyniosła około  100 tysięcy osób.  Trzecia fala, która wg. B. Czaykowskiego  stanowi  emigrację  "solidarnościową", która  zaczęła  się w  roku  1981 i  trwała do końca  wieku.  Aż do  roku  1984  objęła  około  20  tysięcy Polaków[46].

 Z racji charakteru naszego studium podział  czasowy emigracji  wprowadzony przez  prof.  Czaykowskiego musiałam nieco zmodyfikować, ponieważ trzeba  było uwzględnić  różnice występujące pomiędzy poszczególnymi grupami kobiet, a związane ze zmieniającą się sytuacją w Polsce oraz  ze zmianami odbywającymi się w Kanadzie. Z tej  racji minione stulecie polskiej   emigracji  w  Kanadzie podzieliłam na następujące cztery historycznie umotywowane etapy.:

I.      (1900-1940)  obejmował  czas, w którym  cała emigracja ( poza brytyjską)  do Kanady  była dobierana według zapotrzebowania na  niekwalifikowaną  siłę roboczą;

II.      (1940-1957)  opierał sie na nowych planach osiedleńczych Kanady wymuszonych wojną i składał się przede wszystkim ze zdemobilizowanych żołnierzy oraz  DiPisów. Kobiety imigrantki tego okresu to   war refugees,  żołnierki i DiPiski, do których Kanada początkowo odnosiła się bardzo niechętnie;

III.      (1957-1979) obejmował lata w których większość polskich emigrantów wyjeżdżała z Polski Ludowej,  pół- legalnie, nielegalnie i najrzadziej legalnie.Po gorzkich doświadczeniach okresu  stalinowskiego, frustracjach  rządów  Gomułki,  po niepokojach  społecznych za  Gierka  imigranci chcieli  przede wszystkim wybrać wolność. Imigrantki z tego okresu były naznaczone złymi doświadczeniami w  Polsce i  ich decyzja opuszczenia Polski była  tego  wynikiem.  Kanada natomiast  coraz  wyrażniej poszukiwała już wówczas  wykształconych  kandydatów na imigrantów.

IV.      (1979-2000)  obejmuje zarówno okres rosnącego fermentu  społecznego  przygotowującego  rozpad  komunistycznej władzy w Polsce jak i  pierwszą dekadę  niepodległości  III-ciej  Rzeczpospolitej.  Emigranci polscy tego okresu są obarczeni  frustracją przeżytą w Polsce, ale różnią się od  swoich  poprzedników  postawą osobistych oczekiwań wobec własnej  emigracji, a także tym,  że urodzili się i  wychowali w  PRL-u

Podział  wprowadzony przez  nas uwzględnia więc z  jednej  strony  przyczyny, dla których  Polacy emigrowali do Kanady , a z  drugiej zasady wyboru dokonywanego  przez  Kanadyjczyków w  masie potencjalnych kandydatów na emigrantów dobijających się do  drzwi tego  Kraju.

Pierwszy  etap  emigracji  (od około roku  1900 do  roku  1940) , miał  charakter  wyłącznie ekonomiczny i  cechował się jednorodnością społeczną przybyszów,  ponieważ  kanadyjskie kryterium  przyjmowania emigrantów z  kontynentu  europejskiego wpuszczało do Kanady  tylko  ludzi nawykłych do  ciężkiej pracy  fizycznej.  Mieli to  być robotnicy potrzebni  przy  budowach dróg, transkontynentalnych  kolei,  w  przemyśle górniczym,  przy eksploatacji  lasów, nieco  rzemieślników,  a wreszcie osadnicy rolni  kolonizujący puste, bo  zaledwie otwarte dla  osiedlania partie trzech  prowincji preriowych.  Podobnie bezludna, a może  nawet jeszcze bardziej,  była  Brytyjska Kolumbia,  gdzie parę dziesiątek lat wcześniej skończyła się właśnie gorączka złota i masy  odpływających  poszukiwaczy złota  pozostawiły  po sobie setki pustych obozów, osiedli i  ghost  towns ( pustych  miast.)

Spekulacja  ziemią oraz słabo  rozwinięta  infrastruktura administracyjna we wszystkich czterech  terytoriach, a następnie prowincjach   zachodnich  sprzyjały powstawaniu różnego rodzaju   form osadniczych.  Obok  ogromnych farm bydła wypasanego okrągły rok na pustych  przestrzeniach  południowo zachodniej  prerii i we  wnętrzu Kolumbii Brytyjskiej,   linia kolejowa  CPR[47] posiadała  miliony akrów  ziemi   podzielone na  townships -  dystrykty  wielkości  6  mil  kwadratowych. Te  z kolei  podzielone  na   30 sections  - kwadratów   po  4   działki o powierzchni 160 akrów  każda,  przeznaczone  do  osadnictwa. Wszystkie dystykty  były ponumerowane. Zasadniczo  osadnik  otrzymywał  1  ćwiartkę   sekcji (160  akrów) za  symboliczną  opłatę  i miał ją  zagospodarować.  Sprytniejsi, lub  bogatsi  korzystając z  informacji  dotyczących lokalizacji  stacji kolejowych wybierali  sobie  najlepsze  działki  lub poprostu  kupowali  całe sekcje  podstawiając  członków rodziny  jako  potencjalnych  osadników.   Następnie  w miarę  jak  cena ziemi  szła w  górę  sprzedawali ją  po kawałku, dobrze  na tym    zarabiając.  Inni  starali się odkupywać działki  już  przygotowane pod uprawy   od   osadników,   których z  braku  kredytów  nie stać było na  dalszą uprawę,  lub których  w rozmaity sposób  można było przekonać, że  się  na nich  nie utrzymają  ani  nie wyżywią  rodziny.  Spekulacja ziemią  w  Kanadzie Zachodniej od  dawna  miała  swoje  rozliczne rozgałęzienia   wśród   lokalnych notabli ,  tworząc  często  niekorzystne  dla  ubogich  imigrantów   warunki  osadnicze. Tereny   pozostawiane  dla   nich  bywały  więc  oddalone od   istniejących już miast, znajdowały się  w gęstym   buszu, lub,  jak w Peace River  Region  położone   była  daleko na północ od bardziej  zaludnionych części Alberty i  Brytyjskiej  Kolumbii.

Na   początku  XX-go wieku  parę  tysięcy  brytyjskich   imigrantów   znęconych  zupełnie fałszywymi  ogłoszeniami  o  wspaniałej okazji  osadniczej w  zachodniej  Kanadzie przybyło do  Saskatchewan   z  zamiarem  skolonizowania   okolic  miasteczka   Battleford[48]  Brytyjczycy, którzy dali się na  te  ogłoszenia nabrać  nie mieli pojęcia  jak  pusty i  dziki  był wówczas Saskatchewan poza tym  większość z nich  nie  znała   rolnictwa  ani   pracy na roli  a co  najważniejsze  nie miała  żadnych  funduszy, które pozwoliły  by  im  na  budowę  własnych   farm.  Toteż  jeszcze  w drodze do swoich miejsc osadzenia,  w  mieście  Saskatoon, w dopiero co powstałej w roku  1905  Prowincji  Saskatchewan w którym  było  wówczas więcej namiotów aniżeli budynków,  zniechęceni  Anglicy  stali się  ciężarem  rządu federalnego, który musiał  im  zapewnić   dach nad  głową  i zorganizować wyżywienie  dla  bezradnych   przybyszy   z Wielkiej  Brytanii. W  rezultacie   wielu  z nich wróciło do  kraju  macierzystego  i   tylko jedna  niewielka  kolonia   brytyjska   powstała  wokoło  miasteczka  Lloydminster.

 W końcu  XIX-go  i początkach  XX-go  wieku  powstawały  także     gentelmen  farms   czyli   farmy    czasami  mające  być  także szkołami hodowli lub rolnictwa,   organizowane dla synów bogatych brytyjskich rodzin,  tzw   remittance  men[49]. Byli  to  przeważnie młodsi  synowie bogatej   klasy  mieszczańskiej, również  nie mający pojęcia o  rolnictwie   wogóle, a tym  bardziej o  szczególnych trudnościach rolniczych Kanady  zachodniej.  Dla bardzo wielu z  nich  celem pobytu w  Kanadzie  było stworzenie angielskich enklaw imitujących życie   gentelmen  farmers,  takich jacy  wówczas  istnieli w  W. Brytanii. Na ich farmach bywały więc częstsze  zabawy i  polowania  uzupełniane dużą ilością alkoholu,  aniżeli  praca w  polu.  W  sąsiedztwie takich    gentelmen farmers    nierzadko   rozwijała się pomiędzy  kanadyjskimi  hodowcami  bydła i  osadnikami   rolnymi  ostra,  czasem krwawa rywalizacja o  wodę  i  ziemię.  Remittance  men  zwykle jej  nie zauważali,  zajęci reprodukowaniem angielskich wzorów  farm   opartych  na najemnej sile roboczej w słabo  zaludnionych regionach, w których stałej lokalnej  najemnej  siły roboczej praktycznie było bardzo  niewiele.  Niewątpliwie takie właśnie  doświadczenia z  naborem  brytyjskich  imigrantów  leżały u podstaw   dążeń  Partii Liberałów  do  zasiedlenia  prerii  przez  sheepskin  men  i  ich rodziny.

Polacy, podobnie jak i inni  europejscy imigranci, którzy  przybywali na prerie kanadyjskie przed  I-szą wojną światową  zazwyczaj  wybierali   tereny zalesione. Trzeby było  najpierw  je  wykarczować,  a dopiero potym osadnik   mógł  zacząć  uprawiać ziemię. To  wymagało  ogromnej  pracy w  bardzo prymitywnych warunkach i  często  bez podstawowych narzędzi,  dlatego  jako ubodzy  imigranci zaczynali  od pracy najemnej  u  innych  farmerów, lub  zimą  w obozach drwali  , aby  uzbierać sumę  potrzebną na zakup sprzętu ułatwiającego  karczowanie buszu,  orkę oczyszczonych  pól  no i  zakup  ziarna potrzebnego  do siewu na częściowo   uprawianych   polach.

Drugi  etap  imigracji  polskiej do Kanady został spowodowany  II  wojną światową.  Zaczął się w roku  1940-tym i  sięgał aż  po mniej więcej 1957 rok. W  tej  fazie  dominowało uchodźctwo polityczne z dużą domieszką polskich wyższych klas społecznych   oraz  zdemilitaryzowanych  wojskowych.  Uchodźcy ci  byli  zróżnicowani pod względem wykształcenia i wieku.  Wszyscy cechowali się  wyrażnie i otwarcie manifestowanym  patriotyzmem  i  większość z nich   starała się  przenieść do miast natychmiast po  zakończeniu  prac  kontraktowych  w rolnictwie.

Po roku  1957  zaczęli  do Kanady  napływać Polacy, którzy  uciekali z Polski spod reżymu komunistycznego.  W  fazie tej  polityka kanadyjska świadomie poszukiwała wśród uciekinierów zza Żelaznej  Kurtyny  ludzi posiadających  albo  wyższe wykształcenie albo dobre  kwalifikacje zawodowe.  Z drugiej strony w okresie tym Polacy w  Polsce postrzegali Kanadę  jako  kraj niemal  idealny, do  tego stopnia,  że  samo  słowo  Kanada  używane  było jako  oznacznik  najwyższej jakości lub wyjątkowego  szczęścia[50]. Polacy  opuszczający  Kraj  legalnie lub  nielegalnie znajdywali w tym  czasie w  Kanadzie już  niegołosłownie  życzliwe  przyjęcie.

Ostatni etap zaczął się kiedy  wielu młodych Polaków, sfrustrowanych sytuacją w Kraju w latach  80-tych  ruszyło zagranicę, ponieważ  "w Polsce już nie dało się żyć".  W kilka  lat później  dołączyli do tej  grupy aktywiści z  "Solidaności"  często wybierający  emigrację jako   alternatywę  więzienia.  Wreszcie w pierwszych latach  niepodległej  III  Rzeczpospolitej wyjechało z Polski wielu  młodych   którym  transformacje ustrojowo-gospodarcze wydawały się o  wiele trudniejsze aniżeli zaczynanie życia od początku  w Nowym Kraju.

Podział    na 4 etapy jest oparty  z jednej strony na konkretnej  polityce imigracyjnej rządu  kanadyjskiego, a z drugiej na różnicach  charakteryzujących polskie  imigrantki. Jest to   o tyle ważne,  że na ogół emigrację traktuje się jako jednostronną  decyzję osób gotowych opuścić swój  kraj,  rzadko zdając sobie sprawę, że w  procesie imigracyjnym rola kraju  przyjmującego  jest decydująca w wyborze potencjalnych obywateli. Zmieniając jej kryteria  można  manipulować charakterem  imigracji,  odpowiednio  do  zmian polityki  wewnętrznej. Jak  kiedyś powiedziała  mi  Lilian, moja   zmarła  przyjaciółka,  imigrantka z  Irlandii "w twoim Starym  Kraju myślą, że to ty  wybrałaś sobie miejsce i  rodzaj pracy, a nie wiedzą  że to od ciebie nie zależało".

 

 

 

CZĘŚĆ  DRUGA:  W  pojedynkę                                                 

 

ROZDZIAŁ   II

 

 

 

Etap  pierwszy  ( 1900  -1940 )

W pierwszej  połowie  ub.wieku   Polki emigrowały  do Kanady przeważnie jako  żony  lub  narzeczone  wcześniej  przybyłych  imigrantów, ewentualnie  jako dorastające  córki. Łączenie rodzin następowało zwykle  po  kilku, lub nawet  kilkunastu  latach oczekiwania, podczas  których  mężczyzna zbierał  pieniądze potrzebne do sponsorowania  i sprowadzenia  rodziny,  a także odpracowywał swoje zobowiązania podpisane  przy podaniu o  imigrację do Kanady. Wielkie  prace budowania kolei, łączących  powstające miasta,  popierane przez  rządy  prowincjalne  albo nawet  przez  rząd  federalny  wymagały  robotników , których  łatwo można było przenosić  z  miejsca na miejsce  w  miarę postępu  robót. Stąd w  pierwszych  dekadach  XX wieku świeżo  przybyły  Galician,  być  może  polski  ubogi   imigrant,   najpierw wędrował  po  różnych  obozach  drwali , po  obozach  przy  budowie linii kolejowych,  pracował w  kopalniach  węgla  lub różnych  metali i  znów  wracał do obozów drwali. Zycie miał monotonne  i  prymitywne :  praca, posiłki i  sen. W  dnie wolne od  pracy  jeździł do najbliższego miasteczka ;  tam  mógł wydać  zarobione pieniądze na wódkę i prostytutki.  Jeśli  miasteczko było  daleko  lokalne  prostytutki  zakładały w  pobliżu drwali  swoje przenośne  pomieszczenia z salą do tańca i  barem z  alkoholami.  Niektórzy  mieszkańcy   oburzali się  na niemoralność,  ale przeważnie zajęci  byli  swoimi  własnymi  sprawami, a dopływ  pieniądza zawsze się w  miasteczku  przydawał.  Mieszkańcy jego, z własnego doświadczenia wiedzieli,  że młodzi,  samotni  mężczyźni potrzebowali odprężenia.  Było powszechnie  wiadomo,  że wielkie kompanie potrzebują  robotników, których  można bez trudności   przenosić z miejsca na miejsce i nowi  imigranci świetnie tę rolę spełniali.

 Dziewiętnastowieczny  eksperyment z emigracją całej parafii z  Kaszub w Polsce, prowadzonej  przez polskiego  księdza, który  wyjechał z  Kraju   razem z emigrującymi  rodzinami zakończył się wprawdzie sukcesesm  i zbudowaniem osiedla  Wilno koło  Barry's  Bay,  w  Ontario, ale więcej  razy  nie został  powtórzony, a od  końca  XIX-go  wieku  Kanada  kładła nacisk  na młodych samotnych   mężczyzn, którzy  mogli  być  przerzucani z  miejsca na miejsce do pracy   gdziekolwiek  by  ona  była[51].  W  konsekwencji w  owym  czasie przez  Kanadę  przesuwały się  masy  samotnych  mężczyzn,  pracujących lub  poszukujących pracy   albo  stałego  miejsca  zamieszkania.  Oprócz  Chinczyków  i  Japończyków byli to  popularnie nazywani "brudno  biali"  czyli  emigranci z  Grecji, Włoch, Portugalii  oraz  Europy wschodniej i  centralnej,  w tym  także  i Polacy.  Po  zakończeniu kontraktów na pracę  europejscy imigranci pozostawieni  sami sobie,  zaczynali wędrować  po  preriach w  poszukiwaniu  dla siebie  i swoich rodzin własnego miejsca w Nowym Kraju.  Na stałe osiadali, kiedy  przybywały ich rodziny.

Koncepcja  ruchomej  siły  roboczej imigranckiej,  często nie mającej  prawa sprowadzenia rodziny ( jak np  Chinczycy i Japończycy)   okazała  się  jednak sprzeczna z  potrzebą  planowanego  zasiedlenia Kanady  zachodniej.  Idea,  że  osadnicy z  Europy z  żonami i  dziećmi są w  preriach potrzebni została wyrażona publicznie już   w  XIX-tym wieku  przez  Clifforda  Siftona, ministra  Spraw Wewnętrzynych   rządu  federalnego  . "Myślę, że silny i  zdrowy  wieśniak w owczym  kożuchu, rolnik z dziada  pradziada, z tęgą, zdrową  żoną i pół tuzinem  dzieci jest tym  czego nam potrzeba" [52].  Przemowa  ta  otworzyła nowy okres w  polityce imigracyjnej,  chociaż trzymała się zasady, że ludność  Kanady ma zachować  swój  brytyjski  charakter. Clifford   Sifton  zrozumiał  jednak,  że  angielscy  farmerzy  nie  są zainteresowani   emigracją  do  Kanady,  a amerykańscy farmerzy,  którzy  zaczęli  się licznie przesiedlać  do Kanady - szczególnie do Alberty-  mogliby  zanadto  prerie  zamerykanizować ,  więc  aby  zapewnić Kanadzie   dostateczny  napływ  osadników i  powiedział  po  raz  pierwszy w  historii , że narodowość ubogich Europejczyków   (sheepskin  men) jest  znacznie mniej ważna aniżeli liczba  ich   dzieci. Z jego punktu widzenia liczyło się bowiem dopiero  drugie pokolenie osadników,  urodzone na ziemi kanadyjskiej i wychowane w miejscowych szkołach, w  założeniu już zasymilowane i ono  dawało rękojmię,  ze  tereny preriowe zostaną trwale zasiedlone. Stąd na  początku  XX -go wieku zasada łączenia rodzin imigrantów europejskich obok  sprowadzania rodzin  stała się pierwszą  podstawą oficjalnej linii politycznej rządu  kanadyjskiego. Od tego  czasu imigracja kobiet europejskich do Kanady  zaczęła się odbywać na dużą skalę.

 Samotni imigranci zabiegali o żony w rozmaity  sposób.  Najczęściej  pisali  listy do  dziewcząt znanych im  jeszcze w Starym Kraju proponując sponsorowanie ich  przyjazdów  i  małżeństwo.  Tak  powstało znane w ówczesnej  Kanadzie i  Europie określenie mail  order bride (  narzeczona z  przesyłki pocztowej), która   często mało, a nawet wcale nie znając swego narzeczonego natychmiast  po  przybyciu  do Kanady  brała z  nim  ślub i wyruszała  na jego "farmę". Ile było nieporozumień, ile niedobranych małżeństw i zawiedzionych nadziei wynikających z tej formuły  małżeńskiej, nikt nie dociekał. Podobnie jak nikt nie pytał kobiety,  świeżo  przybyłej z polskiej  wsi, stającej przed  dugout (ziemianką), która odtąd miała być jej domem;  czy w tym  prymitywie poradzi sobie z  życiem i wychowaniem  dzieci. Wiadomo jednak, że niektóre kobiety  nigdy nie potrafiły się otrząsnąć z pierwszego szoku i  razem z  mężem pracować nad wspólną przyszłością. Związane z obcym sobie mężczyzną, w  obcym  i przerażająco prymitywnym buszu ,  miesiącami  zupełnie samotne w swoich lepiankach   czasami uciekały same nie wiedząc dokąd, czasami  poprostu marły z  głodu i wycieńczenia.

Przedmiotem łowów  małżeńskich była  każda dziewczyna, które  pokazała się w preriach. Wielu mężczyzn uważało, że córki osadników  preriowych były lepszym  materiałem na żony, ponieważ znały już pionierskie dugouts,  sodhouses, shacks,  shanties  i  bunkers  i potrafiły sobie radzić z  niejedną robotą nieznaną a  nawet niewyobrażalną w  Polsce.

Znamienne, że  poza nielicznymi wyjątkami przeważająca większość imigrantek polskich z tego  pierwszego okresu jest dziś bezimienna. Nikła  jest bowiem  dokumentacja ich  życia.  Często  analfabetki z Polski pod zaborami, a robotnice rolne lub służące w  Kanadzie nigdy  nie zdobyły łatwości wysławiania się w starym i  nowym języku, a już napewno w pisaniu. Ich angielski był uproszczony, pozwalając na pracę i życie w różno -  etnicznych  środowiskach  prerii, ale płynność języka i łatwość wyrażania się w  nim należały do wyjątków.

Dopiero po powstaniu niepodległego  państwa polskiego w 1918  roku i po  wprowadzeniu w niepodległej Polsce powszechnego obowiązku szkolnego  zaczęły  przybywać do Kanady  imigrantki, które umiały  czytać i pisać i które wobec  tego, jeśli  chciały mogły opisać historie swego  życia.  Dzięki  temu w  latach dwudziestych  wśród  zbiorów życiorysów polskich imigrantów  pojawiają się także życiorysy pisane przez  kobiety.  Jest  ich  jednak  niewiele, a  jeszcze mniej,  wspomnień i  życiorysów jest  opublikowanych.  Charakterystyczne  w tych wspomnieniach lub  life-writings   jest zawsze podkreślenie,  że  lata ciężkiej  pracy nie zostały  zmarnowane,  bo  autorki  doceniają to  do  czego  doszły one same i  ich rodziny.

Oprócz  żon  przybywających do  mężów  przeważnie do pionierskiej Kanady,  do miast  płynęły na kontrakty służących,  rzadziej robotnic  fabrycznych, młode niezamężne dziewczęta z  Polski.  Podobnie jak  mężczyźni   musiały one podpisywać kontrakty, które  obejmowały dwa lub trzy lata  pracy w  domu,   który uprzednio  zgłosił  zapotrzebowanie na służącą.  Zakładano,  że po tym okresie znajdą sobie   męża  i ich  dzieci powiększą liczbę  mieszkańców  Kanady. Ich  pracodawcy  byli  w zasadzie zobowiązani do odpowiedzialności za moralne prowadzenie się zatrudnionej  dziewczyny,  ale troską pani domu w tym  zakresie było zwykle tylko  uczestnictwo służącej w obrządku religijnym w  niedzielę, a i to bywało nieraz  utrudniane, ponieważ  pracy domowej zawsze było sporo, a poza tym  po małych  miastach lub wsiach większości prowincji  kościoły  rzymsko-katolickie (poza  prowincją  Quebec) były  nie częste.  Zwykle było to jedyne wychodne, na które pracodawcy się godzili. Poza  tym  jeśli młodej  dziewczynie  " zdarzyła się wpadka" i  zaszła w ciążę,  była  bezpardonowo i natychmiast wyrzucana z  pracy.  System  rządowych kontrolerów wobec  służących  imigrantek nie był stosowany, i  o  godzinach pracy w domu  decydowała pani  domu.  To  też z  reguły  wysokość zarobków   bywała bardzo różnorodna, a godziny  odpoczynku  służącej rzadkie.  Mała  była także kontrola dotrzymywania kontraktu ze strony  imigrantki, która,  jeśli  jej  się warunki  u pracodawców nie podobały, a nauczyła się już  jak  sobie dawać radę w  Kanadzie, to poprostu mogła zniknąć i szukać pracy  gdzieindziej  (pod warunkiem, że nic nie ukradła), ale wybór  innej  pracy  miała niewielki.  

Jak  pisali  H. Radecki i  B. Heydenkorn rynek  pracy  dla służących był jednak ograniczony i wielu  ludzi uważało że Kanada  nie potrzebuje tego typu  imigracji.[53]  Stąd większość polskich emigrantek z tego okresu odrazu kierowana była na zachód -  uważano bowiem, że jeśli  tam nie pójdą  na służbę to zostaną żonami  osadników.  Zdarzało się,  jak  to opisała emigrantka z lat  20-tych,  że  zakontraktowane dziewczyny próbowały uciec z  pociągu, który  je wiózł na zachód i znależć pracę w miastach  Kanady  wschodniej : ...Przybyłyśmy do Halifaxu pijane morską podróżą,  blade i zmęczone. Julia miała jakichś krewnych w Toronto. Planowała dostać się do nich.  Chodziły plotki, że  Zachodnia Kanada lodowata tak jak Syberia i  pełna śniegu,  dlatego  wiele emigrantek postanowiło zostać w  Ontario. Wiele z nas  zdecydowało zostawić walizki w  pociągu, a samym  wysiąść gdzieś  w  Ontario. Ubrałyśmy się w nasze najlepsze rzeczy, wzięłyśmy co która  mogła i jak pociąg stanął pobiegłyśmy do ubikacji,  aby tam  przeczekać jego odjazd. Miałyśmy nadzieję, że jak pociąg odjedzie wyjdziemy na miasto i poszukamy w nim roboty. Nie podejrzewałyśmy , ze  byłyśmy obserwowane i policzone. Jak tylko upchałyśmy się w ubikacji  policja zaraz  zastukała do drzwi. Starałyśmy się siedzieć cicho. Policjant otworzył drzwi i za ramię wyciągnął mnie podczas kiedy inna policjantka wyciągała  Julię.  Zaprowadzili  nas do pociągu, zabrali  nasze dokumenty i adresy i oddzielili od reszty pasażerów. Pamiętam sposoby jakich używali niektórzy imigranci, którzy znikali na małych stacjach i nigdy do pociągu  nie wracali.  My,  Julia i ja dojechałyśmy do  Winnipegu  cichutkie jak myszy, bojąc  się wysiąść nawet jak pociąg stał już na stacji. W  Winnipegu polski ksiądz powiedział nam, żebyśmy były ostrożne, nie uciekały jadąc do miejsca  przeznaczenia i starały się nauczyć angielskiego  tak  szybko jak to możliwe, a wszystko będzie dobrze.[54]

                   Być  gospodynia na własnej  farmie

 

Zdawać by się  mogło,  że teza stawiana w polityce imigracyjnej Kanady,  o potrzebie  szybkiego zaludnienia  prowincji preriowych między innymi  ze względu na rosnące niebezpieczeństwo amerykanizacji zachodniej  części   Kanady przez dynamicznie  rozwijające się Stany  Zjednoczone [55] powinna by  przekładać się  na tworzenie łatwiejszych warunków  życia  dla osadników w  preriach.  Jednak  w rzeczywistości ani  Kanada nie miała odpowiednich  możliwości, ani  założenia polityki imigracyjnej nie wymagały organizowania pomocy  nowym  przybyszom.  Toteż z  chwilą  przybycia na miejsce docelowe, nowi imigranci,   byli pozostawiani samym sobie. Do nich należało organizowanie sobie życia - dachu nad głową  i strawy w garnku na dzień  pierwszy i  wszystkie następne po nim.  Dla kobiet także nie było taryfy ulgowej. Po  podróży statkiem  przez  ocean,  przybywały  one  pociągiem do Winnipegu.  Podróż pociągiem dla wielu  była  przerażająca . "... Jechaliśmy dwa dni (w nocy  przynajmniej niczego  nie było widać), a tu cały  czas  same skały zarośnięte  lichym świerkiem, na lewo i prawo, od czasu do czasu szałas stoi  przy  torze kolejowym, nigdzie żadnej drogi, ani ludzi i  żadnego życia nie widać. Na twarzach emigrantów było przerażenie, strach ,  załamanie się, a nawet zrezygnowanie. Kobiety płakały.

Pół  wieku nie mogę  zapomnąć jednej baby, która z płaczem, przeklinając Kanadę lamentowała  -   Boże, o  Boże,  gdzież  on mnie tu wiezie " ..."[56]

 W  Winnipegu niezamężne dziewczęta  były kierowane  do kontraktorów, z  którymi podpisały umowy, a mężatki  miały  czekać, aż  przybędzie mąż, a jeśli się spóźnił, albo nie mógł dojechać to w hali dworcowej, pełnej  ludzi mówiących wszystkimi  językami świata, zakurzonej i przegrzanej zawsze można było  znaleźć kawałek podłogi, aby  doczekać przybycia męża lub jego wysłannika.  Laura Salverson w swoim life-writing opisuje spotkanie na dworcu w  Winnipegu : "..W  mojej  egzaltowanej fantazji ci ludzie wygądali jak jakieś monstra gotujące się we własnym smrodzie, jak zwierzęta w cyrku. Spieszyłam się  żeby przeskoczyć przez nich w pośpiechu i własnie wtedy  potknęłam się i rozciągnęłam jak długa na ogromnym chłopie , który leżał na ziemi. Z ręki wypadła mi  moja wiązanka kwiatów i jeżeli nie krzyczałam, to dlatego że przeraziło mnie kiedy ten wielki kłąb odzieży i tłomoków skoczył na równe nogi a jego wielka brodata twarz  rozciągnęła się w uśmiechu. Co więcej, ten zdumiewający  stwór podniósł z ziemi  moją wiązankę kwiatów... wtedy nagle kobieta leżąca obok niego wyrwała mu ją z ręki i zanurzyła w niej  swoją zmiętą twarz.."[57]  Niepiękny to musiał być widok tłumu na podłodze winnipegowskiego dworca.

Potem była droga do DOMU,  czasem  lokalną kolejką,  czasem  pieszo, czasem na wozie  ciągnionym  przez  woły, czasem tylko  kilka godzin, ale bywało i parę dni  zanim nareszcie kobieta z rodziną dotarła do tego co przez następne lata nazywała swoim domem.  A  "domy" bywały różne.

 Do najczęstszych  na terenach lesistych należały shacks   albo loghouses,  czyli  maleńkie jednoizbowe chałupy, lub kabiny sklecone z pni  drzewnych w których wycinano niewielkie otwory na okno i  drzwi.  Przypominały one bardziej jednoizbowy bunkier z klepiskiem zamiast podłogi aniżeli dom  mieszkalny. W  ścianach pnie często nie przystawały do siebie i przez  szpary  wpadał wiatr, deszcz i śnieg  dopóki  dom nie został ogacony gliną pomieszaną z trawą lub sieczką.  Często   to  była pierwsza praca kobiety i od jej umiejętności zależało czy wypełnienie szpar było trwałe. Mężczyźni naogół nie mogli  sobie dać rady z  ogaceniem lub  nie dbali  o  przekształcenie  zbudowanego bunkra w rodzaj domostwa. Z licznych  life-writings  wyłania się zawsze ten sam obraz chwili przybycia do "domu"- ..."przerażone spojrzenie kobiety, która natychmiast zabierała się do roboty, aby choć  odrobinę  ocieplić jej nowe domostwo" [58]  Wokoło bunkra znajdował się pas ziemi  oczyszczony z  krzaków i drzew buszu, który w  przyszłości mógł  zostać ogródkiem na ziemniaki i niektóre warzywa, a w międzyczasie mógł służyć jako teren zabaw dla  dzieci.  Jeśli  gospodarz  był   na tyle zasobny że miał konia lub wołu, obok  bunkra stała szopa dla nich, a nawet może i dla krowy. Zwykle dopiero po latach, gdy farmer się zasiedział i  wzbogacił  zaczynał myśleć o  ulepszeniu   starego domu  a lata później o wybudowaniu prawdziwego domu, w którym  były podłogi, kuchnia, a nawet pokój dla dzieci, później na starość - dla gości.  Często jednak zanim  do tego doszło niejeden osadnik sprzedawał swoją farmę, ponieważ karczowanie buszu okazywało się zbyt ciężkie lub zbyt kosztowne, albo poprostu nie miał już sił lub nie mógł już on i jego  rodzina dłużej  wytrzymać samotności w buszu.  Z  uwagi na podział  całych  prerii na  kwadraty  dystryktów  dom osadnika stał  zawsze  samotnie na  jego  działce, daleko  od sąsiadów. Dlatego  na preriach  nie było  wsi,  a często  nawet  nie było widać  swiatła w domu  sąsiada.

W  części  prerii gdzie nie było  drzew,  pierwszymi domami zwykle bywały ziemianki, sod houses pokryte darnią. Niewielkie samotne  pół-domostwa składały się z dużej  piwnicy wykopanej w  połowie jakiegoś wzgórka  falistej  bezleśnej  prerii,  nad tą piwnicą układano skośne oszalowanie  dachu z grubych dość  gęsto położonych kijów. Na to kładziono  siano  na wysokość  mniej więcej  stopy, przykryte  następnie dużymi kawałami  twardej darni.W  ten  sposób  powstał "pokój"  wsparty na kilku słupach.  Miał  on  klepisko jako podłogę, maleńkie okienko i  drzwi.  Im  grubsza  była  warstwa darni na dachu,  tym cieplejszy  był  "dom" .  Pośrodku stał żelazny piecyk, który jednocześnie ogrzewał  pomieszczenie i służył do  gotowania posiłków. Taki dom  czasami elegancko zwany darniowym był ciemny, ciasny i pełen dymu. W  zimie w  mrozy dach  przemarzał i  wewnątrz   z jego mokrej  powały  zwisały sople lodowe, na wiosnę zaś, kiedy  ziemia rozmarzała ciekło z niego jak z sita.  Fotografie z ta mtych czasów pokazują przed takim samotnym  sod-house  rodziny  złożone z rodziców i kilkorga dzieci.  Dla emigrantki nawet z najbiedniejszej polskiej  wsi musiał to być potężny szok  zamieszkać w  sod house, ale ponieważ nie było odwrotu,  więc  od jej pomysłowości, pracy i siły zależało ile dzieci  wyżyło i wyrosło i czy gospodarstwo domowe funkcjonowało. Kiedy  dzieci  trzeba  było ubrać, kobieta  szyła im ubrania z worków po mące, lub rzadziej po cukrze. (Wielu  osadników nie kupowało cukru, bo ich na to nie było stać). Jeśli kobieta  umiała, to ze skór zwierzyny ubitej przez męża szyła rodzinie kapce na okresy mrozów, ale poza tym często  chodzono  boso.

W  części prerii gdzie były  większe  wzgórza wykopywano w zboczach inne ziemianki zwane  dugout . Były to pomieszczenia bez okiem, wsparte na ściętych przez osadnika pniach, , czasem podzielone na tak zwane pokoje i kuchnię, z której wystawała na zewnątrz rura od pieca  kuchennego. Z reguły we wszystkich tych domach spało się albo  na sianie albo  dla większego  komfortu na wypchanych trawą siennikach i jadło z misek drewnianych,  często  blaszanych , wyklepanych z puszek po konserwach., wyjątkowo  na naczyniach  przywiezionych przez kobietę ze Starego  Kraju.

 Tuż za progiem ubogiego  domostwa czekało wiele niebezpieczeństw, które przerażały niejedną początkującą  imigrantkę.  Ksiądz  Scella ( czasami  Szylla,  Scylla lub  Schylla),  misjonarz  OMI , który  służył potrzebom duchowym osadników  polskich w  Albercie w pierwszych dekadach  XX-go wieku, tak opisywał ówczesne warunki życia w okolicy  Edmonton : " Prawdziwą plagą dla ludzi i  zwierząt były komary. Na głowy koni i wołów trzeba było nakładać worki, aby uchronić ich  oczy i  uszy. Dla ochrony zaś siebie w podróżach i w pracy osadnicy nosili ze sobą w kubłach dymiące ogarki.

Często ku  przerażeniu kobiet i dzieci,  niedźwiedzie rozbijały drzwi i  płoty niszczyły naczynia i meble, włamując się do domów w poszukiwaniu pokarmu. Niejednokrotnie bowiem kobiety musiały na dłuższy czas pozostawać same na swych życiodajnych, choć tak jeszcze mizernych działkach, gdy mężczyźni szli na zarobek do  sąsiadów, albo  pracowali  przy budowie kolei, lub przy wyrębie drzewa."[59]

W  odkrywkowych kopalniach węgla w południowym   Saskatchewanie  górnicy  zazwyczaj  mieszkali  w  domostwach  należących do  kompanii  w której  byli  zatrudnieni.  To  jednak  nie oznaczało  że ich  pomieszczenia były  lepsze od opisanych powyżej  domów. W    bezleśnej,  półpustynnej   okolicy  miasteczka  Estevan  były to pół-szałasy i pół-schroniska   z  papy i  desek  (... tar-paper  shasks that  companies  constructed...) . . Zimą  do  takich domostw  wiatr przez szpary  wwiewał śnieg,  a podczas  burz  dach  przeciekał.  Mebli w  nich bywało bardzo niewiele,  ponieważ  kompanie  nie dostarczały   podstawowego  umeblowania. Również   przy takiej  osadzie tylko   wyjątkowo  bywały  zorganizowane łaśnie i  pomieszczenia sanitarne.   Nie  mniej  latami  mieszkały w  nich  całe rodziny. Jeszcze  inne pomieszczenia  miały  3 ściany  zrobione ze skrzyń po dynamicie,  za czwartą  mając  stok wzgórza . Mieszkaly  w  nich  zazwyczaj rodziny  robotników   nie mających  jeszcze  obywatelstwa  kanadyjskiego,  albo  tak  zwani  transients, czyli  robotnicy bez  stałego miejsca zamieszkania. [60] 

Katastrofy  takie jak powodzie lub pożary buszu,  same w sobie bardzo przerażające, łatwo niszczyły życie i dorobek farmerów. Pożary  buszu  lub  lasu bywały tak strasznym  przeżyciem, że wiele kobiet po latach  jeszcze wspominało je jako koszmary. Niektóre traciły z tego powodu rozum, uciekały z domów wędrując bez celu po preriach.

      Nieoczekiwane przymrozki, susze, plagi szarańczy potrafiły także doszczętnie zniszczyć dorobek kilku, a nawet  kilkunastu lat pracy. Wyniszczenie pracą nad   siły, samotnością w buszu i nieleczonymi  chorobami zmuszały wielu  gospodarzy do opuszczenia, lub sprzedaży  farmy i przeprowadzki do miasta. Sporo  było kobiet " opętanych  buszem", albo cierpiących  na "szaleństwo  preriowe"  (prerie  madness), ktore po prostu nie wytrzymywały mentalnie izolacji i pracy nad siły. Niektóre z nich uciekały z własnych domów i włóczyły się bez celu po prowincji, umierając z wycieńczenia, lub  bywały zabite przez niedźwiedzia, pumy itp.

Życie osadników  kręciło się wokół pracy i posiłków i  obowiązkiem  kobiety było nakarmienie rodziny.  W ogromnej większości pieniądz  był rzadkim  gościem u nowych osadników. Mąkę i zboże często nabywano za uzbierane w lesie jagody.  Bogatsi farmerzy  sprzedawali   mleko, jaja, i co tylko mogli wyprodukować. Dlatego od pomysłowości i pracowitości kobiety zależało nie tylko jakie posiłki  będą  jadali  ale i co zdoła wyprodukować w swoim warzywnym  ogrodzie, jak  zatroszczy się o krowy i kury i  czy  nazbiera dziko  rosnących  jagód. Kiedy farma zaczynała przynosić dochód  i  gospodarz  mogł sobie pozwolić na kupno dodatkowych narzędzi rolniczych, wołów, albo krów praca żony przyczyniała się do zaczynającego się dobrobytu. Evangeline  Yagos tak opisuje  zajęcia swojej matki  Teresy  Jakubiec, żony  zamożnego  farmera :"  Teresa pomagała Mike'owi w prawie wszystkich pracach. Doiła  krowy, i sprzedawała masło, jaja, ser, który robiła ze świeżego mleka.  Kupujących było zawsze więcej aniżeli  zdołała wyprodukować. Teresa zawsze miała duży ogród,  wyrabiała swój własny syrop, dżemy i  galaretki z saskatoons i  chuckberries.  Zaprawiała na zimę mięso, drób i tłuszcz, robiła własne kiełbasy (  kiszki), głowiznę i kiełbasy wieprzowe.  Przepisy  kuchenne wymieniała z sąsiadkami i przyjaciółmi.  Była bardzo zręczna w szyciu i przy pomocy  maszyny do  szycia  szyła dziecięce ubrania i  rzeczy  potrzebne w gospodarstwie.  Córki   swoje uczyła szyć, robić na drutach i na kółkach ( crochet), tkać i robić chodniki (  rugs) tak jak to robiła w  Polsce. Robienie chodników było jej  zimowym hobby,  sama wymyślała wzory."[61]  Aby wykonać wszystkie te prace Teresa  Jakubiec musiała dysponować nieprzeciętną witalnością, wytrzymałością fizyczną oraz nadzwyczajnym  zdrowiem.

W regionach lesistych Manitoby, Alberty i Brytyjskiej  Kolumbii obficie rosną dzikie jeżyny i one stanowiły mile  widziany dodatek do wielu posiłków. W Saskatchewan, Albercie i Kolumbii Brytyjskiej rośnie do dziś   saskatoon  berry,  krzak ze słodkimi  owocami powszechnie jadanymi przez osadników. Już  Indianie używali saskatoon  berries   do produkcji  pemmican,  czyli suszonego mięsa bizonów sproszkowanego i zmieszanego z   saskatoons.  Dla bardzo wielu osadników, których nie stać było na cukier, którzy  często niedojadali lub zgoła chodzili  głodni, te dziko  rosnące jagody były jedynymi przysmakami, a jednocześnie źródłem potrzebnych witamin. Jak pisze Amerykanka  Leslie Pietrzyk w swojej pół-autobiograficznej powieści  Pears on a Willow Tree  : " ...  nie  miałam wyboru  Helenko -  powiedziała  moja babka. Jeśli nie ugotowałam to nie jedliśmy.  W  ten sposób  życie było  proste. Były dwie możliwości gotować i jeść, albo nie gotować i  być  głodnym... A jak myślę  o tamtych  dniach, kiedy każdy posiłek to była ciężka walka. Ja pracowałam przy sporządzaniu każdego posiłku...  Dziękowałam  Bogu  za każdy ziemniak, za każdy strzęp  kapusty, każdą  kroplę zupy czy  okruszek chleba."[62]

Żona osadnika bardzo wiele czasu spędzała samotnie, bo mąż często wynajmował się u innych  już  zagospodarowanych farmerów, a  w   zimie szedł do obozów  drwali ciąć  drzewo.  Do porodów czasami  miała pomoc sąsiadek mieszkających niedaleko, świadomych potrzeb  rodzącej matki, ale często rodziła samotnie.  Mimo  dużej  życzliwości osadników gotowych pomóc nowo  przybyłym w potrzebie, odległości dzielące ich, ograniczały pomoc sąsiedzką do najgroźniejszych wypadków.  Doświadczone  sąsiadki czasami  odwiedzały nowo  przybyłą, zawsze przynosząc ze sobą  jakiś niewielki, ale pożyteczny  dar i  dawały rady (o  ile mówiły tym samym  językiem)  przy  chorobach  dzieci, bo lekarze  mieszkali daleko po miastach a i pieniędzy na nich  przeważnie nie było. Taki lekarz, aby odwiedzić chorych musiał często pokonywać konno lub łódką duże   odległości [63]  i  zdarzało się  że  przybywał za późno.  Na rozpacz po stracie dziecka też nie było wiele czasu.  Trzeba było  zaraz  wracać do codziennej  pracy,  ugotować uprać, uszyć nazbierać suszu na opał, nazbierać jagód, jeśli były w  okolicy, wody  nanosić, chleb  upiec, zadbać o resztę dzieci. Dnie mijały szybko i następne dziecko  przychodziło na świat. Zycie mijało i jak w  przypadku Marii Andreyczuk,  kiedy umarła, to syn nawet nie miał pieniędzy na trumnę, więc  pochował  matkę w zbitej przez siebie skrzyni.[64]

Ale nie tylko matki musiały się oswajać z samotnością.  Kiedy dzieci podrastały ojciec oddawał  je na służbę do znajomych farmerów. Bywało,  że do tego momentu nie miały kontaktu z językiem angielskim. Stąd kiedy 16-letnia dziewczyna  musiała iść na służbę  do wybranego  przez  ojca farmera, przeważnie mało  znała jeszcze angielski. Musiała się więc  zmagać nie tylko  z ciężką  pracą od świtu do nocy, ale i z samotnością i izolacją wynikającą z braku angielskiego   Jeśli  farmer i jego  żona nie czuli pod jakim  naciskiem ich nowa robotnica żyje, to, to wyobcowanie było czasami nie do zniesienia, a ucieczka do  domu  była tylko  chwilową ulgą, bo wkrótce i tak ojciec ponownie odwoził ją na służbę,  wracając  tylko   po odbiór zarobionych przez  nią pieniędzy.  Agatha  Puzianowski w swojej  biografii pisze, że jako  szesnastolatkę  ojciec oddał ją na  służbę do  sąsiada dość odległego od ich gospodarstwa. Nie znając zupełnie języka czuła się tam tak   bardzo nieszczęśliwa, że pewnego dnia postanowiła się powiesić na drzewie wybranym w  buszu. Już sobie zakładała sznur na szyję, kiedy pasące się  niedaleko  cielęta,  przez  nią na farmie obrządzane,  wystraszywszy  się psów przybiegły do niej po  ochronę. Fakt,  że jednak jest komuś, a tym wypadku  cielętom,  jest potrzebna odwócił jej myśli  od popełnienia  samobójstwa,  więc  razem ze swoim stadkiem wróciła na farmę.[65]

Zazwyczaj początki nauki  języka przełamywały poczucie kompletnej  izolacji i  braku własnej wartości, a  kiedy  dziewczyna nabierała wprawy w angielskim rosły także jej szanse na prędkie zamążpójście.  Warto dodać, że zarobione przez dziecko pieniądze z reguły zabierał ojciec na potrzeby jego farmy i rodziny.

Swoista  wzajemna pomoc osadników  była zrozumiałą zasadą  pionierskiego  życia w  preriach. Niedawni  imigranci świadomi trudności swoich pierwszych lat w  nowym  kraju przeważnie, choć  nie zawsze,   byli sobie życzliwi.  Było w  zwyczaju niesienie pomocy w  przypadkach  pożarów, poszukiwania zaginionych w drodze  itp.,  drzwi  domostw nigdy  nie były  zamykane na klucz -  bo i  po  co - i  każdy  wędrowiec, który  przechodził w  pobliżu był  witany o każdej porze  dnia i nocy.  Było to  szczególnie ważne, ponieważ w tamtych  czasach imigranci  zwykli pieszo pokonywać odległości, które  dziś wydają się nieprawdopodobne.  Do  miasteczka  po  mąkę,  sól albo inne produkty  pierwszej  potrzeby bywało, że  szło się dwa lub  trzy dni i  droga  powrotna z  workami na plecach wydawała się jeszcze dłuższa.  Zamożniejsi  farmerzy  wiedli   jednak  bardziej  urozmaicone  życie towarzyskie. Do  sąsiadów chodzili  na chrzciny, albo śluby, na pogrzeby  a  nawet na  tańce organizowane z racji ukończenia  zbiorów,  albo  kanadyjskiego  święta.  Wówczas często i nocami spieszono do  domu. Oczywiście kto mógł zabierał się furmanką sąsiadów.

Wielkim  wydarzeniem  były wizyty  księży  katolickich.  Zdarzały się rzadko, ponieważ oblaci  OMI,  którzy jeszcze w  XIX-tym  wieku przejęli opiekę nad polskimi  imigrantami w Kanadzie  ,  nie byli  liczni  a na dodatek wszędzie chodzili pieszo, bo nie było ich stać na wóz i konia.  Dopiero, kiedy  zbudowano kościół i powstawała parafia, księża  nabywali swoje zaprzęgi i  wozy,  którymi  wizytowali parafian.  Zanim to jednako  nastąpiło   niestrudzenie   pieszo odwiedzali jednego osadnika po drugim,  przemierzając wielkie połacie prerii,  czasami nocując u odwiedzanych,  innym  razem  w lesie, albo na preriach,  zawsze chętnie witani  przez  osadników[66].  Przy  na prędce zorganizowanych  ołtarzach  spowiadali, komunikowali ,  dawali  śluby, często jednocześnie  chrzcąc dzieci nowożeńców, odprawiali modły za chorych i  zmarłych, pouczali o  życiu  w wierze  i moralności. Ale też  przynosili wiele ważnych  wiadomości z " wielkiego  świata". Mówili  o powstawaniu  parafii, o  zbiorach, o nowych  przepisach i prawach osadników,  o  tym co się wydarzyło nowego w  Kanadzie a nawet w Polsce,  pytali o nowych sąsiadów i  o drogę do nich. Byli szczególnie witani  przez  kobiety, które na równi   spragnione były rozmowy w  języku polskim jak i kontaktu z  autorytetem znanym  im  jeszcze ze Starego Kraju.  Dla znacznej większości polskich  imigrantek z  pierwszej połowy  XX-go  wieku ojciec  misjonarz, a  później kiedy  już zbudowany  został kościół,  ksiądz  proboszcz stanowili główny  kontakt  z  obyczajami i kulturą polską, a więc z  młodością spędzoną w Starym  Kraju,  ale  także byli ludźmi,  którzy  dobrze  orientowali się w zagadnieniach życia publicznego prerii[67].  Odwiedziny  księdza nie tylko  przerywały  nieustającą  samotność, ale wiązały domostwa nowo-przybyłych  pomiędzy  sobą  i  światem osadników. Czasami ksiądz  dał święty obrazek, jakąś książeczkę z modlitwami, wysłuchał długo tajonych  żalów,  czasem poradził, a zawsze był autorytetem,  do którego można się było odwołać. On  też  kształtował światopogląd polskich osadników i zwolna budował wspólnoty, z których następnie  w  prowincjach  preriowych  wyrastały  polskie parafie. To on przynosił także wiadomośći o  wydarzeniach z  za  oceanu, on  organizował   polskie święta narodowe, składki  na wojennych uchodźców w latach 40-tych, a  w  latach  80tych zachęcał do sponsorowania  Polaków z obozów  przejściowych. Jego  wizyta była wydarzeniem , o którym się długo pamiętało. To  też nie do  przecenienia jest  rola  ojców Oblatów w tworzeniu społeczności polsko-kanadyjskich w  preriach, w   utrzymywaniu polskości wśród osadników, i  w  budowaniu  nowego  porządku w ich małych lokalnych światach twardej i bezlitosnej  wtedy  Kanady.

W pierwszych dziesięcioleciach  XX-go wieku dzieci osadników w dystryktach już zasiedlonych chodziły do  obowiązkowych   szkół ,  zlokalizowanych  zawsze  na  centralnej  sekcji  jednej  ćwiartki  dystryktu i zwykle dopiero  tam zaczynały się uczyć angielskiego.  Ale  dzieci   osadników,  których farmy były w jeszcze nie zasiedlonych  sekcjach miały daleką drogę  do  funkcjonującej  szkoły. Jeśli  osadnicy  nie mieli środków   transportu, aby dzieci mogły bezpiecznie przebyć tę odległość ,  to  szły do szkoły dopiero  wtedy,  gdy  zostala ona  otwarta  bliżej, albo dopiero wtedy   kiedy  były na tyle dorosłe,  że rodzice nie obawiali  się już ich wędrówek po  buszu i przepraw przez  rzeki.

Ze względu na chroniczny brak rąk roboczych na farmach  młode i  silne  dziewczęta były  chętnie przyjmowane do pracy  jako   farm  hand  (  robotnice na farmach),  gdyż według zwyczaju zarobki ich  były niższe  od  parobczanych,  a właściwie wykonywały prawie wszystkie prace parobków na farmie.  W  razie zaś kiedy właśnie zabrakło  prac rolnych zawsze  mogły  pomagać  zapracowanej gospodyni domu[68]. Dla wielu  dziewcząt to  była  najlepsza ,  choć  ciężka   okazja  do wyrwania się spod twardej ręki ojca, który  rodzinę swą trzymał ciągle w  tradycji  patriarchalnej i  nierzadko  rozciągał swą  władzę nawet na dorosłe dzieci.[69]

Polki,  z natury  rzeczy  chętne do socjalizacji starały się na ogół dobrze  żyć z sąsiadami i  brać udział w lokalnych wydarzeniach. Biletem  wstępu i polem do popisu była zdolność gotowania. W  miarę polepszania się warunków  bytowych osadników umiejętność gotowania stawała  się dumą gospodyni i atutem w najmowaniu sezonowych robotników , którzych ze względu na krótki okres  żniw   zawsze było za mało. W  okresach zbiorów, z  uwagi na klimat  przeważnie odbywających się w  pośpiechu,  robotnicy sezonowi  wyraśnie wybierali sobie farmy z dobrą kuchnią[70].  Dlatego żona, znana w  okolicy  z tego że  smacznie gotuje,  ułatwiała swemu  mężowi najem  robotników sezonowych, a tym samym przyczyniała się do ukończenia żniw  na czas. Inną okazją  do  wykazania się swą sztuką kulinarną były  uroczystości religijne i obchody świąt  nieraz  gromadzące różne grupy  etniczne. Gotowanie  nie było  bezmyślną pracą usługową,  wymagało inwencji, gdyż  łączono lokalne produkty i potrawy ze znanymi  sobie przepisami  kuchennymi ze  Starego  Kraju.  Szczególnie obfite w Manitobie,  Albercie,  Saskatchewanie  i Bryt. Kolumbii czarne jagody i jeżyny oraz  saskatoons  i  salmon  berries   były używane do produkcji  różnych   pies  (ciasto z owocami). W miarę jak  początkowa  nędza ustępowała  i adaptacja do Nowego  Kraju  posuwała się naprzód,  rozwijała się także i  socjalizacja.  Zgodnie z lokalnymi zwyczajami,  jeśli  to nie był  czas robót rolnych  od czasu do  czasu  w soboty odbywały się tańce,  często  połączone  z  konkursami  kulinarnymi, a  przy  okazji świąt lub obchodów narodowych  szykowano  wspólne biesiady, albo zgoła lokalne festyny. Dla niezamężnych   dziewcząt były to ważne,  czasami jedyne okazje poznania młodych  mężczyzn z  Polski, lub innego językowo i kulturalnie pokrewnego narodu.  Dla mężatek,  jeszcze jeden sposób do nawiązywania znajomości, a nawet może przyjaśni, poznawania sąsiadek,  posłuchania ploteczek i powolnego zdobywania sobie miejsca w nowo powstającym wieloetnicznym społeczeństwie preriowym.

Bagaż  kulturalny   polskich emigrantek z lat  1900-1939,  zawierał przede wszystkim  dwa podstawowe czynniki , to jest chłopski  konserwatyzm i patriarchalne zrozumienie własnej  roli w rodzinie i  społeczeństwie.  Zetknięcie się z  rzeczywistością kanadyjskich prerii z  pierwszej połowy XX-go wieku było  więc dla nich niewątpliwym  szokiem.  Rozmaitość  kultur,  brak podziałów   klasowych,  swoista rubaszność mężczyzn, których maniery bywały     za bardzo  "pionierskie",  płynność  takich pojęć jak moralność,  posłuszeństwo dzieci,  prawa i obowiązki kobiety i mężczyzny,  spoistość  rodziny,  bezwzględność i  tolerancyjność praw, wszystko  to  testowane w codziennym  doświadczeniu, lub obserwacji dla  niejednej polskiej  matki na emigracji było trudnością  ponad siły. Co  wybrać,  co odrzucić,  czy zgodzić sie na asymilację  czyli  przyjęcie  preriowego  sposobu  życia  z jego lekceważeniem  autorytetów, swobodą  własnych decyzji,  tolerancją  wobec  różnic  religijnych i społecznych,  czy  też zamknąć się wewnętrznie i  trwać w kategoriach wartości  wchłoniętych w  młodości w Polsce i  te  same wartości  wbijać dzieciom  do  głów?  Nie ulega  wątpliwości,  że wsród tego zamętu skal  wartości  Kościół i jego  proboszcz  odgrywali  wśród osadników wielką rolę . Ludowa  obrzędowość parafii polskich w  Kanadzie była niejednokrotnie  katharsis   dla  skołowanej duszy  naszych  emigrantek.  Własne wspomnienia z  dzieciństwa w  Starym  Kraju i  religijno-narodowa atmosfera w polskich parafiach w  Kanadzie zlewały się w  pojęcie nowej,  kanadyjskiej polskości  w  której  katolicyzm stawal  sie synonimem  Polski  zamrożonej na poziomie folkloru,  recytacji patriotycznych wierszy   i odpływających  coraz  dalej  wspomnień pomieszanych z  otaczającą  je  kanadyzacją dnia codziennego  Powstałe  parafie polskie oraz  inne struktury społeczne stopniowo rozbudowywane wokoło  parafii  jak  związki regionalne,  kasy  zapomogowo-pożyczkowe, niedzielne szkółki polskie itp doskonale pasują do  teorii  W.  Thomasa i  F  Znanieckiego  :" uderzającym  zjawiskiem,  przedmiotem centralnym  naszego  badania  jest tworzenie się zwartych  grup  z elementów  chaotycznych,  powstawanie  społeczności, w  której  zarówno struktura jak i  przeważające postawy nie są ani polskie ani  amerykańskie , ale są  produktem, który  czerpał swoje źródła częściowo z polskich tradycji a częściowo z  warunków w których imigranci  żyją."[71]  W tych powstałych strukturach  polsko-kanadyjskich kobiety  miały od początku role wyraźnie określone.  Były organizatorkami  festiwali, nauczycielkami, sekretarkami kas zapomogowo-pożyczkowych, ale nigdy, aż do  czasów  drugiej  wojny światowej nie zajmowały  w nich stanowisk decyzyjnych.  Pozycje prezesów i  dyrektorów zawsze przypadały  mężczyznom.

Powolne krzepnięcie tej swoistej asymilacji polsko-kanadyjskiej w preriach znalazło dwukrotnie dość niespodziewane  ujście.  Pierwszy raz w  czasie II wojny  światowej, a drugi   podczas  "rewolucji  solidarnościowej" w Polsce,  kiedy  kilka ubogich  parafii z  Kanady zachodniej  zdobyło się na wysiłek sponsorowania grupy imigrantów z Polski.  W  obu  wypadkach te szlachetne gesty ze strony,  jak by  nie było osadników przeważnie o  ograniczonych  środkach  materialnych,  zakończyły się kompletnym nieporozumieniem i obopólnym zgrzytem.  W  pierwszym  przypadku  uciekinierki  z czasów wojny  nie przyjęły wyciągniętej  ręki, a w drugim nowo  przybyli Polacy nie zgodzili się na pracę fizyczną na farmach ich sponsorów stawianą im  jako  warunek pomocy. "Nasz  sponsor   ze Starej  Emigracji  był tłumaczem,  niektóre rzeczy z rozmowy rozumiałam, ale nie dokładnie. Stosunek naszego sponsora do  nas jest jak do intruzów.  Jest niesympatyczny. Kiedy  zapytaliśmy go gdzie moglibyśmy  przetłumaczyć dyplomy, odpowiedział:  po co wam  to ?  Ci  którzy  przybyli wcześniej przed nami, twierdzą że chce zrobić  nas   parobkami na swojej  farmie za talerz  kapusty,  bo inaczej podobno nie płaci.  Każdy  tam był i pracował  kilka dni, potem wszyscy się wykręcali, bo wiedzieli, że nie chce płacić" [72]

Przywiązanie do dawnych zwyczajów szło w  parafiach polskich w parze z niechęcią wobec wszelkich "nowinek",  czy to były  przemiany  dokonujące się w  Starym  Kraju,  czy  też  przechodzenie kanadyjskiego  społeczeństwa na  stronę tolerancji wobec ludzi o innych poglądach  lub wyglądzie. Trzeba  przyznać,  że postawa ta wywołana była często reakcją na akcje komunistów kanadyjskich,  którzy podczas kryzysu lat 30tych  i  w czasie II  wojny światowej wykorzystywali  nieludzko  ciężkie warunki  życia  ubogich i  organizowali  werbunek na członków partii wśród biednych i  często skołowanych imigrantów.  Kanada, pełna pół-zasymilowanych  lub słabo zasymilowanych imigrantów, bardzo biednych i  dyskryminowanych  była wdzięcznym polem szerzenia  komunistycznej  ideologii na którą  dawali się nabrać ubodzy   wszystkich nacji.  Niektórzy polscy imigranci z  pierwszej  połowy  XX wieku , także   ulegali   czarowi propagandy komunistycznej.  Były  przez  pewien  czas polsko-języczne gazety wychwalające Związek Radziecki  i  jego ideologię,  a ostro  krytykujące  "zgniły kapitalizm".  Bańki złudzeń co do prawdziwych intencji  ZSRR  pękały  po kolei.  Pierwszą z  nich zniszczyli "inżynierowie polscy" w  Toronto już w  czasie II wojny  światowej. Następne pękały pod wpływem  wydarzeń Zimnej Wojny, ale jeszcze w  latach  60-tych i  70-tych  komunistyczna partia kanadyjska liczyła w swoich  szeregach polskich  imigrantów.

Z  upływem lat,  powolna  adaptacja do nowego  środowiska,  zapewniała coraz  pewniejsze osadzenie w nowej  rzeczywistości i pewniejsze zrozumienie zasad wychowywania dzieci po kanadyjsku.  Ostrożne imigrantki-matki z  konserwatywnych stawały się pragmatycznymi i  godziły  się na coraz  szerszy  zakres  tolertancji i wolności  dzieci. Ograniczały się do wpajania dzieciom zasady  szacunku dla rodziców,  poczucia silnej więzi rodzinnej,  przynależności  do kościoła  rzymsko-katolickiego i  szacunku  dla ciężkiej  pracy, która  pozwoliła rodzicom na powolne podnoszenie standartu życia całej  rodziny. Podkreślały też wyraźny podział  ról.  Chłopców zachęcano  do kończenia szkół,  a nawet do studiów w  szkołach  położonych w  innych prowincjach,  dziewczęta  natomiast uczyły się obowiązków przyszłych żon i  matek. Ten schemat ról społecznych dość  wcześnie jednak  był zmieniany przez  wpływy  kanadyjskiej  szkoły i system jej stypendiów.  Dzieci raczej  wcześnie opuszczały dom  rodzinny, aby pracować zarobkowo  dla siebie, a następnie samodzielnie budować własne życie.

Przedstawiony szkic  postaci i  życia polskiej imigrantki w  Kanadzie zachodniej  jest jednak  niepełny  z  dwu powodów.  Po pierwsze opiera się na życiorysach,  które pisali tylko  ci i  te, którym  się powiodło i po latach pracy osiągnęli  pewną stabilność finansową, a jednocześnie ich związki  z  dziećmi  a może nawet z  wnukami pozwoliły im  patrzeć na przeżyte w  Kanadzie  lata jako  na dobrze  zapracowany  sukces.  Po  drugie wiemy, że wśród Polek tak samo  jak i  wśród kobiet innych  grup etnicznych pewien procent nie wytrzymywał nadzwyczaj ciężkich warunków życia  w pionierskich preriach Kanady,  zbyt  mrożnej  zimy, za gorącego lata, nieustannej walki z  komarami....,  samotności,  za ciężkiej  pracy..  Wiele z  nich  umierało po krótkim pobycie na emigracji, ponieważ nie wytrzymywały  trudnych warunków życia, przy porodach, z wycieńczenia, inne ginęły w  buszu  lub  w trudach podrózy  jak owa młoda matka, która wypadłszy z sań znaleziona została dopiero zmarznięta  martwa.[73]  Jeszcze inne nie wytrzymywały  samotności i  dzikości kraju i  uciekały do miast,  gdzie przepadały bez wieści.  Na inne spadały nieszczęścia w postaci  choroby lub śmierci męża - żywiciela.  Nie wszystkie były tak silne,  żeby sobie samej poradzić.  Jeszcze  inne zostały przez swoich partnerów  opuszczone z  dziećmi lub  bez i  nie miały siły pozbierać się.  Wreszcie niektóre były poprostu za słabe na trudne pionierskie warunki  zarówno w buszu jak  i w osiedlach czy nawet miastach.  Niedobrym lekarstwem na te  wszystkie nieszczęścia był alkohol,  łatwo dostępny, bo cichaczem pędzony na przedmieściach  miast  lub w  buszu.  W opinii  lokalnego społeczeństwa  ..." polscy imigranci należeli do pijących chętnie i często,  szczególnie w  chwilach niepowodzeń lub klęsk."[74] Nikt nie wie ile polskich imigrantek z pierwszej połowy  XX -go  wieku zniknęło w piekle pijaństwa. Nikt również nie wie ile imigrantek z tego samego okresu zeszło na drogę prostytucji.

 

           

 

     Dwa  światy  kobiet   w  kraju pionierów


      Kanadyjski  kraj pionierów, do którego  płynęła większość  polskich  żon i  narzeczonych   w  początkach  XX wieku  był przede  wszystkim krajem  mężczyzn. To  oni  stanowili  dominującą  większość mieszkańców  nowo  zakładanych  miast i miasteczek,  oni w  pojedynkę lub grupami  przybywali  z  Kanady wschodniej i  ze  Stanów  Zjednoczonych,  aby robić  biznes,  zakładać  przedsiębiorstwa, organizować  administrację miejską,  otwierać  nowe tereny pod osadnictwo,  pracować  w  kopalniach,  w transporcie,  w obozach drwali...Oni  nadawali  styl  pracy, ogólną atmosferę podniecenia  możliwościami  zrobienia dużych pieniędzy  w  krótkim  czasie,  oni  otwierali  nowe  tereny  i   budowali  koleje.  Oni  też nadawali  charakter   rozrywce  istniejącej wówczas  w   Kanadzie zachodniej.  .  Dla  nich  powstawały saloons, pubs  i  bars  jak  grzyby po  deszczu  gdzie  wyszynk,  legalnego i nielegalnego  alkoholu i burdy  pijackie należyły do  zwykłych widoków,  a  spotkanie  pijanych   na ulicach  nie było rzadkością.  Poza  pracą  pito  często i  dużo i  to  było najczęstszą rozrywką  po miastach i  osiedlach.W  saloons i  barach  było  także sporo  kobiet  lekkiego prowadzenia,  kwitła  specyficzna  prostytucja,  typowa  dla  pionierskich obszarów  Ameryki  północnej.  Sam  fakt, że  było znacznie  więcej mężczyzn niż  kobiet  i  że tysiące samotnych młodych  mężczyzn nieustannie wędrowało  po kraju, w  którym ciężka praca  fizyczna przeplatała się z okresami  wolnego  czasu, świąt,  lub  bezrobocia sprzyjał rozwojowi  prostytucji. Kanada  na  zachod od  Winnipegu  długo  była jeszcze  tak  dzika  i pionierska,  że wielu   mężczyzn  miesiącami,  a nawet zdarzało się - latami nie widziało białych kobiet  w  miejskim  stroju.  Nagłe  pojawienie się  sylwetki  kobiecej    w  miejskim  stroju,  obowiązkowym  kapeluszu  i  w rękawiczkach , potrafiło  wywoływać  wtedy  w     pionierskich obozach   lub  osiedlach  zamieszanie  trudne  dziś do  zrozumienia.   Bo  sylwetka kobieca taka jaką  znamy   z  ówczesnej  Kanady wschodniej   i  Stanów  Zjednoczonych  lub  Anglii   była w  Kanadzie  zachodniej  zjawiskiem zupełnie niepasującym  do pionierskiej rzeczywistości  z  początków  XXgo  wieku.

 Przybywające   imigrantki  nie liczyły się. Nie tylko  były  biedne i  natychmiast  zabierane przez  mężów do  przygotowanych domów, niezależnie od tego  czy to  były istotnie domy  czy też  ziemianki.  Nie znały  języka ,  były niepewne siebie ,  dziwacznie,  nie po  kanadyjsku  ubrane i  nie znały lokalnego  savoir  vivre.

 Poza  nimi  jednak  tylko bardzo   niewielki  procent samotnych  kobiet  odważał  się  na opuszczenie  rodzinnego  domu na wschodzie  Kanady lub w  Europie   i  zaangażowanie się w   pionierską  przygodę. W większości  były to młode kobiety  lub  dziewczyny   poszukujące  męża, które  jednak  często  nie znajdywały   lokalnych   kandydatów  ponieważ  ci  oceniali  je   bardzo krytycznie, uważając, że   nie  nadają się  na żony pionierów.  To  też  wiele  z  nich , a szczególnie  te które  przybywały z  Anglii, gdzie  mit  kanadyjskich prerii długo  był w modzie decydowało się na powrót  do  W.  Brytanii, ale   nie mając pieniędzy na powrót do  rodzinnych domów   musiały  zarobić  na  bilet  powrotny.  Na preriach najbardziej   poszukiwane  były  służące  do  bogatszych farm,  więc po powrocie  do  domów  wiele z nich mogło się pochwalić tym  doświadczeniem.  Tu  jednak  rzeczywistość nie była tak piękna jak  mit.,  bo  praca  służącej  na farmie  była  bardzo ciężka.. Kandydatki  na  służące najczęściej  nie  były    przygotowane ani  na ilość pracy, którą  musiały wykonać  ani  na szybkość   nadchodzących bez  przerwy  żądań. Zony farmerów same  ciężko  i  nieustannie  pracując  oczekiwały tego  samego od  swoich pomocnic.. Pierre  Berton  cytuje  jako  przykład  rozmowę  między zamożną i  wykształconą  Angielką Ellą   Constance  Sykes[75],wystarczająco  ekscentryczną,  aby   z  ciekawości próbować   przekonać się  jak  się naprawdę  żyje kobietom  na preriach  kanadyjskich. Już  podczas podróży    statkiem  do  Kanady  Ella Sykes dowiadywała  się  o  trudnościach  ich  życia.   Jedna  z bogatych  farmerek powracających z wizyty w  Starym  Kraju,   opowiedziała jej swoją  historię :  Pamiętam, że pytałam go o kolor tapety w  naszej sypialni, ponieważ chciałam dobrać odpowiedni  zestaw  w łazience. On  to pytanie wtedy  zbył, ale nigdy nie zapomnę moich uczuć,  kiedy zobaczyłam,  że nasz dom  to poprostu jednoizbowa  drewniana chałupa  kurtyną  podzielona na dwie części i oczywiście  bez   żadnej  tapety. To  był straszny  szok dla mnie.

Ale teraz, kiedy jesteście bogaci,  twoje życie  jest znacznie łatwiejsze - zapytała panna Sykes. Odpowiedź zdumiała ją.  Miałam mniej  roboty kiedy zaczynałam moje  małżeńskie zycie jako  biedna kobieta aniżeli  mam teraz. Mówi się  że pasją  farmera jest ciągłe dokupowanie ziemi : Oni  są temu   gotowi wszystko poświęcić i  dom i  jego komfort nic dla nich  nie znaczą.  Mój mąż kupuje każdy akr który może dostać i oczywiście zatrudnia najętych robotników do pracy na   roli. A im  więcej jest robotników,  tym  więcej  roboty   ma  kobieta...[76].

                Kiedy następnie  Ella Sykes dała ogłoszenie, że poszukuje pracy jako  pomoc  domowa na farmie, zgłoszenia pojawiły się natychmiast.  Pracowała  w pięciu  rozmaitych  domach. Między  innymi  pracowała przez  2 tygodnie u    Mr.  Brown , bogatego  farmera,  który miał żonę i troje dzieci.  Wybredna panna Sykes początkowo była zdumiona, że  mięso, kartofle,  jarzyny i  desery  jadało się  na tych samych talerzach. Prędko jednak  zrozumiała że dzięki  temu  ma o  dziewięć talerzy mniej  do  mycia. Trójka dzieci była jej  zdaniem  hałaśliwa,  pozbawiona  manier  i  nieposłuszna...tak  jak  to bywa, kiedy rodzice poprostu są  zbyt  zająci od świtu do nocy, aby  zwracać uwagę na zachowanie dzieci.  Pani  Brown stosunkowo  młoda kobieta na swoje lata   wyglądała staro, zużyta   nieustanną  ciążką   pracą... Ona   nie mogła  odpoczyć ani  chwili,  ani  zwolnić tempa swoich robót ... Nie mam  ani jednego  słowa pochwały dla prerii, powiedziała i kiedy tam jestem   zaczynam  nienawidzieć każdego mężczyznę. Dlaczego? Ponieważ mężczyzna oznacza  przygotowywanie posiłku.. [77]  Ogromna większość żon  farmerów  pracowała  zbyt ciężko, aby   mieć  ochotę i  czas  i  zadbać o  siebie.  W  dalszym  ciągu  cytując  pannę  Sykes,  Pierre  Berton  pisze :  Czy  nie ma kobiet które  kochają   życie   w preriach? zapytała /Miss Sykes/ " W  Anglii  zew  prerii jest  bardzo znany - . Być może są takie kobiety, ale ja nigdy ich nie spotkałam / powiedziała pani  Brown/.  Wszystkie moje przyjaciołki nienawidzą tej samotności,  braku rozrywki i  tej samej rutyny dzień  za dniem.  ... czy wiesz  że jeśli  usiądę i  zacznę pisać albo  szyć  moja Kitty (córka) pyta mnie czy to niedziela,  bo w dnie powszednie jestem  ciągle na nogach.[78]

Przeciążanie żon  farmerów   pracami  domowymi  było  rezultatem ogólnej  atmosfery  entuzjazmu ludzi, którzy  wokół  siebie widzieli ciągle nowe możliwości   bogacenia  się.  Farmerzy, którzy  przybyli  na  prerie  z  większymi  funduszami , lub  dorobili  się ich ,   natychmiast   próbowali  wykorzystać  wyjątkową okazję  do  dalszego bogacenia się  i  pośpiesznie   rozwijali  swoje  farmy. Wiedzieli także, że napływ nowych imigrantów zapewniał im  najemnych robotników,  których oczywiście, zwyczajem  krajowym,  jego  żona musiała  karmić  i  opierać niezależnie od tego  że i  tak już była   zajęta  rodzeniem    dzieci  i  własnym  gospodarstwem  domowym. Kiedy byli  biedni  musiała wszystko robić sama, bo  nie było pieniędzy  na pomoc dla niej, ale kiedy się wzbogacili  ogólny brak kobiet na preriach powodował   trudności  ze znalezieniem pomocy  dla  niej .  Dziewczyn  gotowych  objąć posady  służących  na  farmę  było  niewiele, ponieważ było  wiadomo,  że   praca  służącej  nisko  płatna,  nieustanna  i  jak to na farmie od świtu do nocy,  zniechęcała wiele kandydatek  Pozostawały tylko córki  nowo  przybyłych  imigrantów,  te jednak  jak  tylko  mogły wychodziły za mąż  -  na swoje.  Dziś  można powiedzieć,  że w  zaludnieniu i  rozwoju   trzech  prowincji  preriowych  w pierszych  dekadach  XX wieku  wielką  choć  niezauważaną  zasługę  miały  żony i  córki  farmerów,  owa  bezpłatna  siła robocza,  która  między  1900 i  1929  rokiem  zapewniała rozwój  rolnictwa  preriowego.  A  jak  dalece  była niezauważalna,  świadczy  fakt,  że dopiero w  latch  70-tych  ub.  wieku  podczas jednego z  procesów   rozwodowych   pary  farmerskiej,  sąd  po  raz  pierwszy  w historii  prerii kanadyjskich  uznał  prawa  żony  do  części  majątku, zbudowanego   pracą  obojga  i  przyznał  jej  odpowiednie  odszkodowanie.

Także i  w  miastach  Kanady  zachodniej  brakowało  służących.  W Brytyjskiej  Kolumbii mimo  szybko  rosnącej liczby ludności ciągle było  za mało  służących. W  Victorii i  Vancouverze zamożne  mieszczki  zastępowały  nieistniejące służące  Chinczykami, którzy  godzili się na niskie  płace,  byle  pracować  w  Ameryce Północnej.

                 Niekiedy  na  prerie  przybywały  samotne kobiety, ktore   pociągnęła   egzotyka  pionierstwa  i  nieznajomość  Kanady  zachodniej, tak   jak   bogatą i  wykształconą   Ellę  Konstancję  Sykes. Inne  przybywały jako nauczycielki bo  one   w  Kanadzie  zachodniej, a szczególnie w  Brytyjskiej Kolumbii  były  lepiej płatne niż w  Kanadzie wschodniej. Przybywały też  lekarki i   misjonarki, kucharki szukające pracy w nowo powstających  miastach i  hotelarki  otwierające   swoje przedsiębiorstwa  tam  gdzie  budowa  prawdziwych hoteli dopiero  ruszała. Wreszcie przyjeżdżały  na występy  także   dziewczyny  zarabiajające  na życie tańcem,  dancing  girls,[79]   ale  żadna z  nich  nie  chciała  zamieszkać  na farmie  jako  służąca.

              Najczęściej  jednak  przybywały   prostytutki.

              Do  lat  dwudziestych  ub.  wieku w miastach i miasteczkach  zachodniej  Kanady  zorganizowana legalna rozrywka  ograniczona  była do  wyszynku alkoholi  i  okazyjnych  zawodów  pokazujących   siłę fizyczną i  sprawność  młodych mężczyn.  W  zasiedziałych  już   miejscowościach  gdzie  mieszkały   rodziny  z dziećmi  urządzano od czasu do  czasu  lokalne festiwale z  tańcami,  Od 1915 roku  w  Calgary   odbywały się  corocznie  Stampedes   czyli  wyścigi  wozów  pionierskich,  chwytanie  bydła na lasso,  ujeżdżanie  młodych  koni,  jazdy na  bykach  itp,  męskie,  pionierskie rozrywki  mocno  podlane  spożyciem alkoholi,  strzelaniem  z broni  krótszej lub dłuższej   do  celu  lub w  powietrze.

                 Czasami   do  miast   i  miasteczek położonych   przy  szlakach  kolejowych  ze wschodu na zachód  sprowadzano   objazdowe trupy artystów -  show people,   poetów recytujących swoje wiersze[80],  iluzjonistów, ludzi imitujących ptaki, drugorzędnych skrzypków  i  spiewaków  i  także  "tańczące dziewczyny"  przywożone  z  wielkiego  świata przez  swoich impresarios na parę występów. Dziewczyny  tańczyły na scenie w naprędce zorganizowanych salach wnosząc wesołość, lekkość  i powiew wielkiego świata,  poczem szybko znikały, już w drodze do następnej  miejscowości,  pozostawiając za sobą frustracje niespełnionych  nadziei.  Na miejscu pozostawały  prostytutki.  Przez  pionierów były one  postrzegane jako  normalny fakt  życia w  świecie, w którym    było  za mało  kobiet.  Były tolerowane, a czasami  nawet  podziwiane  za swoją zdolność przeżycia,  za odwagę z jaką wędrowały po niezmierzonych  przestrzeniach prerii albo  buszu tylko po  to,  aby  w sąsiedztwie jakiegoś obozu  budowy  jeszcze jednej linii kolejowej,  drwali w  lasach  lub  kopalni  węgla zainstalować  prymitywne  budy,  gdzie można było potańczyć i zapomnieć o ponurej  codzienności.  Jak pisze  Hoerder za  Edwinem Alm ..." niektóre z  tych  kobiet otwierały swoje biznesy w pobliżu obozów robotniczych...Wystarczyła  byle  jaka  podłoga nawet bez  położonych porządnie desek,  dachy nad  namiotami, ktoś grający na pianinie, kontuar gdzie sprzedawano parę gatunków wódek.  Wokoło stały namioty każdej z   dziewczyn. Wizyta  u nich  kosztowała 3 -  5 $,  a nawet w "dobrym" roku  1910 aż  8$. Co  parę miesięcy, a czasem tygodni,  kiedy obóz robotniczy przenosił się dalej,  dziewczyny zwijały swoje " budy",  pakowały namioty i ruszały za  robotnikami..." [81]   ich zdolność adaptacji do trudnych warunków połączona z elementami wyszukania i elegancji ( choć  często fałszywej) niejednokrotnie osładzała jednostajność życia i  ciężkiej pracy. Czasami  wieczorom  weekend'ów  nadawała elementy odświętności i  oczekiwania.  Ceniono także  umiejętność   fizycznego  przeżycia i  odporność  psychiczną  tych kobiet pracujących najczęściej w warunkach  kompletnego  prymitywu,  przeważnie traktowanych  szorstko, lub nawet gwałtownie  przez  odreagowywujących się na nich  mężczyznach. " W  Regina, /stolicy  prowincji  Saskatchewan/, w tzw. Germantown czyli  dzielnicy imigrantów było 5 hoteli połączonych z  "saloons",  7  pool halls i tylko  3 sale taneczne. Te ostatnie zatłoczone,  hałaśliwe pełne prostytutek i pijanych rozrabiaczy dla niejednego   samotnego imigranta stanowiły jedyną odmianę w jego nędznym życiu..."[82]  Właściciele lub   właścicielki  domów publicznych bywali  bogaci jeśli  pracujące u nich dziewczęta  umiały  przyciągać  klientów. Z powodu  braku kobiet z którymi drwale, górnicy,  robotnicy  rolni i przemysłowi mogliby się ożenić[83] w niektórych latach przed  I  wojną światową prostytutki  w  Kanadzie zachodniej  były tak liczne, że zakaz wpuszczania do Kanady  "bezwstydnych kobiet "/of moral  turpitude/ z roku 1906 cztery lata później został ponowiony z dodatkowym podkreśleniem że dotyczy  kobiet  "przybywających  w celach niemoralnych".  Tymczasem ani prostytutki, ani  ich klienci nie uważali, aby w ich postępowaniu było coś  niemoralnego. Natomiast prostytutki skarżyły się często na brutalność mężczyzn w stosunkach z nimi. [84]

Były dwa typy prostytutek:  przyjezdne i lokalne. Pierwsze były bardziej doświadczone, sprytniejsze,  czasami więcej utalentowane, śpiewały, tańczyły,  a  przed  wszystkim umiały natychmiast wyłowić   bogatszych  mężczyzn  i  przyciągnąć  ich do siebie.  Były wśród nich kobiety, które przekładały samodzielne życie prostytutki ponad społeczną nieskazitelność    kobiety  zamężnej,   legalnie podległej mężowi.  Wiele podróżowało  pomiędzy  Kanadą i  Stanami  Zjednoczonymi.  Niektóre przybywały znęcone plotkami o bogactwie pionierów  czasami przesadzonymi i po krótkim okresie sprawdzania znikały. Jeszcze inne widziały w prostytucji   drogę do stosunkowo uregulowanego życia samotnej kobiety w   miastach  prerii  lub   Kolumbii Brytyjskiej,  często obarczonej utrzymaniem  dzieci.  Celem  wielu prostytutek  było uzbieranie takiej ilości  gotówki, aby mogły kupić sobie nieruchomość i otworzyć dom publiczny w mieście, lub trwałej osadzie, ponieważ dopiero wówczas ich biznes stawał się naprawdę opłacalny. Ponadto posiadanie własnej nieruchomości  stawialo  je w znacznie lepszej pozycji społecznej wobec władz osiedla,  czy miasteczka,  a  nawet  policji. Wówczas bowiem,   dzięki  posiadanej  własności ziemskiej   stawały się one  obywatelkami  miasteczka .W  razie potrzeby np pożaru, albo powodzi w  miasteczku,  chętnie wspomagały groszem poszkodowanych,  wiedząc, że w ten sposób kupują sobie przychylność ojców miasta, albo lokalnej policji RCMP,  mężczyzn, których często  przecież znały jako swoich klientów.[85]

 Czasami  trudno   było zgadnąć kto najwięcej  zarabiał na prostytucji. Kiedy przed  II wojną  światową  w  Winnipegu szef policji chciał usunąć domy publiczne  sprzed oczu szanownych obywateli, zwrócił się o pomoc do podejrzanego handlarza  nieruchomościami. "Ten  w ciągu roku sprzedał lokalnym  burdel-mamom 20 nowych posesji z dala od "respectable population"  za niesłychanie wyśrubowane ceny zarabiając na tym $ 70,000,  po czym zniknął.  Prawie napewno był podstawiony  przez  szefa policji, jego przyjaciół,  lub lokalnych polityków." [86]  Nie wiadomo  więc  było w czyim interesie działał.

Dobre  stosunki w miasteczkach lub osadach bywały bardzo pomocne w licznych  sprawach sądowych, które  nieuchronnie spadały na prostytutki[87]. W  wielu   pionierskich osiedlach  i miastach  domy  publiczne spełniały rolę ośrodków odpoczynku i  zabawy.  Zawsze  pełne muzyki,  hałasu  i  alkoholu  pozwalały klientom na chwile relaksu.

Czasami zdarzało  się ze  niektórym  mężczyznom w  pionierskim miasteczku   tak obrzydła  wieloletnia samotność (kobiet ciągle było mniej niż mężczyzn),  że  próbowali przekupić swoje ulubione prostytutki i namówić  je, aby wyszły za  nich zamąż. Oczywiście takie propozycje musiały  być  poparte dowodami  zamożności, a i to nie wszystkie prostytutki  decydowały się zamienić swoją wolność na  klatkę ówczesnego  małżeństwa,  choćby nawet  złotą.

Drugą grupę  prostytutek, znacznie liczniejszą tworzyły młode kobiety, lokalne mieszkanki  lub  imigrantki, które uciekły z domu lub zostały opuszczone przez  męża albo kochanka,  czasami wdowy, dla których prostytucja była  jedynym sposobem na przeżycie  własne i  dzieci.  To  były  kobiety  pracujące w  ubogich,  bardzo prymitywnych "ruchomych" domach publicznych,  przy obozach  drwali,  gdzieś  na końcu świeżo założonych dróg,  albo prostytutki miejskie niskiej klasy, których pełno było w  barach i piwiarniach. Te ostatnie miały zwykle "opiekunów", zabierających  im sporą część zarobków, ale za  to  stanowiących  pewną protekcję kiedy klienci stawali się zbyt brutalni.  Często  także kobiety musiały się opłacać właścicielom  wyszynków za prawo szukania kientów w ciepłym lokalu.  Ponieważ były to czasy prohibicji w  Stanach  Zjednoczonych,  więc wielu  średnio  zamożnych Amerykanów przekraczało  granicę kanadyjską, aby  użyć alkoholu "until  they  show a profit" i  przy okazji poznać nowe  girls.

W  miarę upływu  czasu i  zaludniania się  Kanady  Zachodniej żonaci osadnicy  coraz  liczniej wypełniali miasta, pustkę  prerii i  puszczy. Budowano  domy, krzepły struktury społeczne, a życie stabilizowało się i  dostosowywało  do osiadłego społeczeństwa. Domy publiczne  brały udział  w  tych  przemianach.  Nierzadko  umieszczone  przy  najlepszych ulicach zaczynały  irytować  swoją obecnością  wpływowych sąsiadów  szczególnie, że wielu klientów  mniej lub więcej  podchmielonych  myląc adresy,  dobijało  się do domów prywatnych .  Stąd ojcowie miasta i  zwierzchnicy policji  starali się  "oczyścić " ważne ulice  z  niemoralności." Odbywało się to prawie zawsze przez przenosiny z  centralnych ulic  na bardziej peryferyjne a więc  mniej  rzucające się  w  oczy.

                    Pastorzy protestanccy,  księża katoliccy  i  prawosławni naciskali na budowę  kościołów i powstawanie parafii. Organizowano grupy cywilne głoszące życie według wartości chrześcijańskich  i  przywódcy tych grup publicznie potępiali rozpustę i pijaństwo  biedoty miejskiej. Jak zawsze pierwsze poparcie znajdywali wśród zamężnych kobiet i matek rodzin, które  nadawały  ton  miastu.  Tworzyła się klasowość etniczna,  rozwijał się rasizm  i podwójna moralność  poparta pracą  ojców miast  pastorów,  księży i  policji.

  Prawie równocześnie ze zmianą akceptacji społecznej standartów moralnych pojawiły się w  Kanadzie zachodniej objazdowe kina,  zaczęto organizować  parki  i  tereny  gier sportowych. Domy publiczne, jeden po drugim  przestawały być głównymi atrakcjami miejskimi,  więc ojcowie  miast starali się  wypchnąć je na  przedmieścia,  gdzie mieszkali przeważnie imigranci i  uboga ludność  miejscowa.   Pojawiały się nowe zawody  dla kobiet,  wzrastało zapotrzebowanie na służące i niańki z rekomendacjami oraz  na  robotnice w  fabrykach. Prostytutek  jednak  nadal było bardzo   dużo.  Ale prostytucja  widziana  przez   pionierów jako  fakt oczywisty  przewagi  ilościowej  mężczyzn  nad    kobietami   przestawała być  uważana  za jeden ze sposobów  na  przeżycie  kobiety bez  męża.  Została  zepchnięta do  kategorii  społecznych wyrzutków. Żywot, który prowadziła  większość  prostytutek przypominał nadal  życie ważek- efemeryd;  kobieta wykonywała swój fach tak  długo, jak zdrowie i młodość  jej pozwalały, a potem znikała nie pozostawiając po sobie żadnych śladów.

Czy  wśród polskich emigrantek były także prostytutki ?  Nikt dzisiaj  nie dojdzie.  Zapewne przy braku  pracy dla kobiet zarówno w  pierwszej połowie XX-go wieku jak i  po drugiej  wojnie światowej niejedna młoda  imigrantka nie wahałaby się w ten sposób uzupełnić swego budżetu [88],  ale napewno ograniczenia  związane z różnicami etnicznymi bardzo jej  utrudniały podjęcie tego  fachu.

Podobnie jak we wszystkich innych grupach etnicznych tak i  w polskiej  przywiązanie  do tradycji  wyniesionych jeszcze z wiejskiej Polski  narzucało  imigrantkom  silne hamulce moralne. Ponadto  pragmatyzm polskich imigrantek wyrażał się koncentracją na jednym  tylko celu, a mianowicie na założeniu  rodziny i wychowaniu  dzieci. Jeśli  któraś emigrantka w  czasie podróży do Kanady miała ciekawość świata i związane z tym aspiracje, to pierwsze lata nadzwyczajnie ciężkiej  pracy, prymitywnych warunków i licznych upokorzeń, prędko pozbawiały ją złudzeń. W kraju, w którym kultura pokrywania  milczeniem  swoich porażek była podstawą stosunków  międzyludzkich  i , w którym skarga na los spotykała się z  pogardą lub kpinami, uboga polska emigrantka dawniej w Polsce  zawsze  otoczona grupą gotową  ją moralnie wesprzeć,  w nowej ojczyżnie czuła się obco i niepewnie. Dla takiej bezdomnej emigrantki  mąż i dach nad głową były konkretami i głównym celem. Aby zastąpić poddasze, komorę na strychu lub w   bejzmencie  u pracodawcy w mieście lub na farmie warto było ciężko pracować nawet po  14-16 godzin dziennie, każdy grosz przybliżał bowiem realizację najświętszego marzenia -  własnego  domu.

Bo  dom,  to nie tylko zakładanie rodziny i wielki postęp na szczeblach awansu społecznego, ale także ochrona byłej najemnej pracownicy przed  upokorzeniami i niepewnością  jutra.  A nawet   jeszcze coś znacznie więcej,  bo  razem z poczuciem własności  domu  znikała świadomość  bezdomnej emigrantki, a zastępowała ją świadomość gospodyni na swoim z  poczuciem przynależności do tego Nowego Kraju, w którym dzieci się  rodziły i  uczyły dla nowej, lepszej  przyszłości i  gdzie starzejący się rodzice w  spokoju   mieli  dożywać swoich  dni[89] .  Tradycyjna rola żony i matki  skoncentrowanej wyłacznie na rodzinie i pracy nabierała w tym kontekście   podstawowego znaczenia, bo  dzięki niej  rodzina zdołała przeżyć i następne pokolenie mogło się zacząć piąć po szczeblach społecznego znaczenia i  dobrobytu.  Pragmatyczna, pracowita, odpowiedzialna za rodzinę, ale niechętna nowinkom  społecznym, a nawet wroga "wymyślnym  fantazjom  kobiet ,co  zapomniały o ich miejscu w społeczeństwie",   bezimienna  emigrantka polska z  okresu 1900-1940  była najważniejszą  podstawą istnienia i rozwoju  Polonii tego okresu, a  jednocześnie miała znaczny  udział w  budowaniu kanadyjskiego  Zachodu .  Do  dziś  nie ma dokumentacji jak wiele zależało  od tych  kobiet,  które na codzień pracowały w domu i na farmie, rodziły i  chowały dzieci , a od święta  na festiwalach polonijnych i obchodach  parafialnych piekły, gotowały, ozdabiały  i sprzątały sale, organizowały występy  lokalnych chórów i zespołów tanecznych, a następnie niemal  automatycznie wycofywały się za plecy swoich  mężów i swego proboszcza, pozostawiając im  honor reprezentowania środowiska polskiego.

 

 

Imigrantki  w  miastach


            Urbanizacja  Kanady naprawdę  nabrała rozpędu  dopiero od końca II  wojny  światowej.  W  okresie poprzedzającym ją istniały  w  Kanadzie tylko dwa duże miasta : Montreal i  Toronto,  kilka pomniejszych  jak Halifax w Nowej  Szkocji,  Winnipeg w  Manitobie,  Calgary i  Edmonton w  Albercie  i  Vancouver  nad  Pacyfikiem. Poza tym  były  osiedla  często  zasługujące raczej na nazwę miejscowości, osad lub  wsi  aniżeli miast.  Ogromna większość  miast  prerii  rosła  niezwykle  szybko, ale ponieważ  startowały od   budynku  stacji kolejowej  jako  jedynej budowli w "mieście" ,  więc  długo  nie mogły  dorównać miastom  Kanady wschodniej.  Po  za tym ich rozwój  widoczny w  stawianiu  imponujących gmachów i  błyszczących  bogactwem  pałaców  nuworyszów  nie szedł w parze z  tworzeniem  się tkanki  społecznej  opartej na szerokiej   bazie  obywateli miejskich  Po  pierwsze  obywatelami  miasta  byli  tylko  ludzie, którzy posiadali  w tym  mieście  nieruchomość  ziemską,  wszyscy  inni  nie  mieli  prawa  głosu  nawet w   najbłahszych sprawach  municypialnych.  Po  drugie  w  miastach  prerii  przed   I  wojną  światową  najlepszym   biznesem  był  obrót  ziemią.  Ponieważ  spekulacja  wybuchała co  chwila w coraz to innym   miejscu  prerii, przez  które akurat wtedy  budowano  kolej  więc  ludzie, posiadający  odpowiednie  informacje  zarabiali  fantastycznie  na  handlu  działkami ziemskimi, w  zasadzie przeznaczonymi  dla osadników. W ten  sposób  w  powstających  miastach  od pierwszego momentu  realna  władza   pozostawała w rękach  przeważnie  tych samych członków, albo  krewnych i  przyjaciół  grupy  zbierającej  śmietankę  z  otwierania  prerii. Dominowali w niej  Anglo-Sasi  i  byli  Amerykanie  tworząc warstwę uprzywilejowaną i  nadającą  ton  zarówno  przez  swoje wpływy polityczne  jak i  przez   bogactwo.Warstwy  niższe były natomiast   wieloetniczne.   Ich  członkowie nie tylko  nie  byli  uprawnione do  glosowania - bo nie posiadali  nieruchomości  miejskich,  ale także  jako  robotnicy najemni,  byli   uzależnieni od pracy  u bogatych przedsiębiorców.  Rozwój  miast preriowych  był  więc  z jednej strony  bardzo  dynamiczny ale z drugiej   chaotyczny,  nie sprzyjający  powstaniu   klasy średniej.   Istniał  antagonizm  między  oby  grupami.  Wynikał  on z  eksploatacji  i  dyskryminacji    siły roboczej  w różnych miastach prerii  i przybierał słabsze lub  ostrzejsze  formy, ale zawsze  przeszkadzał w   powstawaniu  tkanki  społecznej danego miasta. Jednym  z  miast w którym istniała  ostra eksploatacja  i  dyskryminacja  imigrantów i  robotników   był   Winnipeg , ówczesne   centrem  przemysłowe  prerii.  W jego   fabrykach  odzieżowych pracowało bardzo wiele imigrantek.  Ich  warunki  pracy często urągały   regułom  zdrowia i  hygieny,  a  ponieważ   kobiety  tam  zatrudnione,  pracowały  na akord,  więc najmniejsze przerwy w pracy   oznaczały  obniżenie i  tak  bardzo  niskich zarobków. Ponieważ  inspektorów pracy nie było  więc ta sytuacja  nikogo nie interesowała. W 1911 roku,   na społecznej  scenie Winnipegu pojawiła się  Nellie  McClung,  członek  Local Council of  Women  - Lokalnej  Rady Kobiet , która  za cel  postawiła sobie  między innymi poprawę losu robotnic fabrycznych. Dzięki swojej  zawziętości  i  uporowi Nellie  McClung  szybko  zdobyła  popularność wśród uboższej ludności miasta,   a następnie  pozyskała sobie  polityczną opozycję  rządu  Manitoby. Kiedy   po kilku latach walki  z  Liberałami   konserwatywny premier  Manitoby  przegrał  wybory  i  do władzy doszli  Liberałowie, najgorsze  przekroczenia  przeciwko  hygienie pracy w fabrykach zostały ujawnione,  a w 1916 tym roku  rząd Manitoby  dał kobietom  prawo  głosu.  W ten sposób w  emancypacji  kobiet  Manitoba  wyprzedziła  wszystkie  inne prowincje Kanady.

Na wschodzie  Kanady  w tym czasie   urbanizacja  rozwijała  się   w  sposób bardziej  uporządkowany.  Tam miasta i miasteczka dawno wytworzyły  warstwę  średnią wraz z  jej lokalnymi  odmianami   kulturowymi,  rozbudowały struktury  i  instytucje miejskie,  rozwinęły  dominującą życie mieszkańców lokalną opinię  społeczną, opartą na zasadach,  przesądach i odmianach  ksenofobii, albo  tolerancji zgodnej z głównymi  zrębami dominującego  wyznania   i  zależnej od stopnia odosobnienia lub kontaktów ze  światem zewnętrznym.

 Duże  miasta z większymi  grupami  różnych etnicznie imigrantów cechowały się  większą tolerancyjnością  i  do nich  to ciągnęły  przede  wszystkim polskie imigrantki. Wiadomo,  że  niektóre  z nich  próbowały ucieczką z  pociągu do  Winnipegu uwolnić  się od podpisanego kontraktu  - jak  to opisywała  Carolina Dziurzyński -  i  znaleźć  pracę na  wschodzie Kanady. Rzadko zdarzało się  jednak, że po odpracowaniu kontraktu  zobowiązującego  dziewczynę do  pracy  służącej na  zachodzie Kanady,  imigrantka ruszała na wschód szukać lepszych  warunków w  Toronto  lub innym  mieście  Prowincji  Ontario,  najczęściej prędko  wychodziła zamąż za lokalnego mieszkańca. (Dlatego  niektóre  dziewczęta  pouczone listami  krewnych lub  przyjaciół  odrazu  wybierały   pracodawców  we  wschodniej  Kanadzie.) A  jeśli żona  osadnika - imigranta   owdowiała lub  została opuszczona  na  farmie,  to  zwykle, aby  przeżyć,  musiała farmę  sprzedać  i  przenieść  się do pobliskiego  miasta.  Za  pieniądze uzyskane ze sprzedaży farmy  mogła  wtedy kupić  na spłaty,   stary i możliwie duży dom, w którym odnajmowała pokoje   przejezdnym  robotnikom  imigrantom.  Ten  bardzo  skromny  dochód  uzupełniała   zwykle praniem  dla  swoich  lokatorów lub  okolicznych  mieszkańców.  Wiele imigrantek  nie wiedziało, że w   latach dwudziestych  były już  w  miastach  Kanady   agencje  miejskie   wspomagające  finansowo  samotne  matki z  dziećmi.  Podczas  wielkiego  kryzysu  lat  30-tych   agencje  te,  z  uwagi  na  niewielkie  własne  zasoby zostały  zmuszone  do ograniczenia swojej pomocy   tylko  do określonych  kategorii dawnych  mieszkanek  danego miasta.  W roku 1932,  w Vancouverze  inspekcja przeprowadzona   przez  Charlotte  Whitton, specjalnego  wysłannika  ówczesnego Premiera  Kanady   R.B.  Bennett'a, uznała  na przykład,   że kobiety  w średnim  wieku,  które nigdy  przed  kryzysem nie pracowały (bo  zgodnie z panującym   zwyczajem,  żony  nie powinny  były pracować)  nie mają prawa do  zasiłków związanych z  kryzysem, ponieważ  ich potrzeby  nie  wynikały  bezpośrednio  z  kryzysu. One przedstawiają  problem istniejący w każdym  czasie i który powinien  przede wszystkim dotyczyć   lokalnych  funduszy. Opuszczone żony i samotne dziewczyny  powinny być uczone pracy domowej. Kobiety na  zasiłkach macierzyńskich  nie są  obciążeniem  usprawiedliwionym  "form a justifiable charge"[90]  W  ten sposób  opuszczone żony  lub wdowy  wpadały w  przegródkę administracyjną, według  której  ich nędza  nie była  wynikiem  kryzysu,  więc pomoc im się  nie  należała .

Kiedy  zaczęła  sie  imigracja  Polek  do Kanady wschodniej  nie wiadomo. Dokumentacja dotycząca polskich  imigrantek na wschodzie Kanady jest bardzo uboga .Dla okresu 1900 -  1940 poza  jednym pamiętnikiem[91]   nie znalazłam żadnej  biografii, ani  wspomnień autorstwa kobiety polskiej.  Wiadomo jednak, że  jeszcze w  XIX-tym  wieku w  Montrealu i Toronto, a także w kilku  innych  miastach  Ontario byli polscy  rzemieślnicy,  drobni kupcy,  przewoźnicy, najemni pracownicy większych  przedsiębiorstw kanadyjskich.  Niektórzy  przybywali  z  Europy, inni napływali z  niedalekiego  Detroit, lub  z  odleglejszego  New  York.  Większość ciągnęła  do Toronto,  chociaż i w Montrealu rozwinęła się w  początkach  XX-go wieku grupka polskich  imigrantów.  Wielu z  nich  pożeniło się z miejscowymi  dziewczynami, inni uporczywie  pisali  o  żony do Polski.  Jak pisze żona pończosznika mieszkającego  w  jednym z  quebeckich  miast,   wracając  z wizyty w  Polsce   w roku 1930-tym  spotkała   grupę  kilkunastu dziewcząt  płynących do swoich  narzeczonych w  Kanadzie albo  na  kontrakty  służących.[92]

Jakie to  były  dziewczęta, skąd  pochodziły i  co umiały,  trudno  dziś dociec. Nie mówią o  tym  rejestry parafialne ani inne pisane żródła. Niechętne wspomnieniom swoich początków jako  służące  były także i  same kobiety.  Te spośród nich, do których się los  uśmiechnął  wolały nie wspominać doświadczeń  pierwszych lat ubóstwa w Nowym Kraju.  Mniej szczęśliwe podobnie jak w  Kanadzie zachodniej znikały bez słowa lub wspomnienia.

Można jednak oprzeć się na  kilku  założeniach, które  pozwalają nam określić typ  kobiety przybywającej  z  Polski   gotowej startować samodzielnie w swoim nowym  życiu w  Kanadzie.  Przede  wszystkim taka imigrantka musiała mieć  inicjatywę i upór w dążeniu do swoich celów.  Następnie musiała być zdolna do zrozumienia różnic  pomiędzy  marzeniem polskich bezrolnych chłopów o  posiadaniu  gospodarstwa rolnego, a jej własnymi  możliwościami w  Nowym  Kraju.  Jeśli  pochodziła z  miasta to już  siłą  rzeczy wolała i w  Nowym Kraju  urządzać się w  mieście.  Musiała być  samodzielna, aby  chcieć decydować o sobie, a nie czekać na decyzje  rodziców, lub ewentualnie męża.  Wreszcie musiała rozumieć co to znaczy pracować w  Kanadzie jako służąca, pomocnica kucharki, niańka do dzieci, albo wyjątkowo jako robotnica w   małej fabryce.  Prawdopodobnie z  listów od  krewnych lub  przyjaciół dawniej  przybyłych do Kanady potrafiła sobie  wyrobić opinię, że zdoła się utrzymać przy życiu i może dobrze wyjdzie zamąż.  Musiała się prędko  nauczyć  podstawoweych informacji o warunkach miejskich w  Kanadzie ze znacznie wyższymi wymaganiami  hygieny[93],  punktualności  oraz  ogólnego sposobu poruszania się wśród obcych, od których  była zależna. Musiała  też  zapomnieć o wielu  przesądach polskich, ponieważ przesądy w Kanadzie były inne i te polskie spod zaborów rosyjskiego, niemieckiego lub austriackiego były pogardzane i wyśmiewane.

W pierwszych  jej krokach było  konieczne oswojenie się z samotnością, z  której można było uciec tylko na kilka sposobów.  Przede wszystkim przez  odnalezienie polskiej  parafii, lub  jakiegoś polsko-kanadyjskiego związku czy stowarzyszenia, których we wschodniej Kanadzie było więcej  niż  na  zachodzie, następnie  przez  nawiązanie przyjaśni z  niektórymi  koleżankami po  fachu, imigrantkami  bardziej doświadczonymi ,  choć  często innej  narodowości i wreszcie przez  znalezienie  mężczyzny, który  by  w  przyszłości mógł  zostać  jej  mężem.

Zaden z tych celów nie był łatwy ponieważ samotna imigrantka naogół bardzo niewiele  wiedziała o społeczności polonijnej i jej organizacji w  mieście,  do którego skierował ją podpisany  kontrakt. W  większych  miastach  było  jednak powszechnie wiadomo gdzie znajdują się dzielnice imigrantów i jak się do nich dostać. Już więc  na  początku  swego pobytu mogła zdobyć wiadomości gdzie mieszkają i pracują polscy imigranci,  to też   poczucie  jej  samotności wśród społeczeństwa  o odmiennych  obyczajach i innej kulturze dnia codziennego było o  wiele  mniejsze  aniżeli  samotność żony  osadnika w  preriach  pozostawianej samej  sobie na wiele  miesięcy w  mizernej ziemiance lub chałupce.

Pozostawała jednak  następna warstwa  samotności z  braku  kogoś  bliskiego z  którym możnaby porozmawiać, pośmiać się, a nawet  robić plany wspólnej   przyszłości.  Jednak i ten  rodzaj  samotności mógł dość szybko  zniknąć.  Z  uwagi  na  coroczny   napływ  imigrantów, Kanada była krajem, w  którym kobiet było ciągle mniej niż  mężczyzn.  Tym ostatnim samotność  doskwierała równie mocno  jak  nowo  przybyłym kobietom.  To  też  każde stowarzyszenie, nie mówiąc o parafii zawsze  miało na agendzie życie towarzyskie swoich członków. W  soboty  urządzano  tańce, organizowano miejscowe  chóry, grupy  muzyczne,  festiwale związane ze świętami  kościelnymi  lub narodowymi,  podawano  sobie informacje o nowo  przybyłych i szukano sposobów, żeby ich włączyć do istniejących już  organizacji,  zakładano kasy pożyczkowe,  później zaczęły być  organizowane szkółki parafialne języka polskiego.

  Jedną z przedwojennych  działaczek  polonijnych  była  Krystyna  Idziak,  żona polskiego  sklepikarza w  Toronto, która posiadała   duży  zmysł organizacyjny.  Jej  to zawdzięczała Polonia torontońska organizację zespołów śpiewu i tańca,  tak dobrze rozwijających się pod jej kierownictwem,  że w  eliminacjach doszły  do występów na festiwalach etnicznych całej Kanady.

Parafie z reguły były ośrodkiem życia społecznego i kulturalnego lokalnej Polonii.  Wywieszały tablice, na których poszczególni członkowie wymieniali informacje dotyczące  dnia codziennego np.przyjmowanie  lokatorów na pokoje,  udzielanie  porad  prawnych ,  poszukiwanie znajomych,  przyjaciół, nawet członków rodzin  itp. Równocześnie życie w  mieście wywierało  wielki nacisk na uczenie się języka i młoda  służąca z  Polski od pierwszego  dnia musiała go używać.

Służba w prywatnych domach zmuszała do stałego poszerzania znajomości kultury angielskiej lub  francuskiej.  Obyczaje "państwa" odnoszące się do codziennego porządku, posiłków jadanych w  domu,  przyjmowania gości,  chorowania, kłótni domowych i tych wszystkich detali,  w których  służąca lub niańka automatycznie uczestniczyła, kształtowały jej własne maniery  i  sposób  oceniania świata.

Na ogół służące i  niańki  należały do  zawodów nisko płatnych i pozbawionych wyraźnych  godzin wolnych od pracy. Pani  domu ustalała ilość  wykonywanej  pracy i  czas  jej długości. Od niej  zależało  czy  służąca była wykorzystywana przez  rodzinę  "państwa", dyskryminowana z powodu  śmiesznego akcentu, " przesadnej" religijności,  braku  znajomości  "Canadian  way of life" i  błędów, które robiła próbując przetlumaczyć sobie niezrozumiałe słowa i reakcje kanadyjskiego społeczeństwa.  Zdarzały się wypadki,  że służące zmęczone nieustanną dyskryminacją poprostu odchodziły z  pracy  bez  wypowiedzenia, a nawet odebrania ostatniej wypłaty.  O  takiej "służącej  Annie Polce"   w  Winnipegu  krótko wspomina D. Hoerder, podając że  poprostu  uciekła do Indian[94]. Nie wiemy  co  spowodowało jej ucieczkę,  czy to było zniszczenie jakiegoś sprzętu,  zbicie porcelany,  lub szkła, które służąca